font_preload
PL / EN
Atom Energetyka 29 sierpnia, 2017 godz. 7:30   
KOMENTUJE: Bartłomiej Sawicki

Sawicki: Atom z Chin dla Polski? Oby nie na rumuńskich warunkach

Elektrownia Jądrowa Cernavoda Elektrownia Jądrowa Cernavoda. Fot.: Nuclearelectrica

Rumunia planuje rozbudowę własnej elektrowni jądrowej ze względów bezpieczeństwa energetycznego. Pieniądze na rozbudowę Elektrowni Jądrowej Cernavodă mają dać Chińczycy. W zamian oczekują jednak stałej ceny energii elektrycznej na poziomie znacznie wyższym, niż zaoferowali Wielkiej Brytanii przy budowie Hinkley Point. Czy kiedy Polacy zdecydowaliby się na atom z Chin, Pekin zaoferowałby Warszawie rumuńskie czy brytyjskie warunki? – zastanawia się redaktor BiznesAlert.pl Bartłomiej Sawicki.

Rumunia potrzebuje atomu

Rumuński koncern Nuclearelectrica, operator jedynej elektrowni jądrowej w Rumunii, jest gotowy wznowić negocjacje z chińskim potentatem jądrowym China General Nuclear Power Corp. (CGN) w sprawie budowy dwóch nowych reaktorów.

W ramach projektu w Cernavodzie mają powstać dwa nowe reaktory o mocy 720 MW każdy. Całkowity koszt ma wynieść od 4 do 6 mld euro. CGN miałby sfinansować projekt i przejąć udziały w wysokości co najmniej 51 proc. Co ciekawe Rumunia, odmiennie od krajów regionu, dysponuje potencjałem jądrowym w technologii kanadyjskiej, a nie sowieckiej, co daje Bukaresztowi znacznie więcej możliwości modernizacji i rozbudowy, w przeciwieństwie do Węgier, których elektrownia jądrowa Paks bazuje na technologii WWER z Rosji.

Plany rozbudowy elektrowni jądrowej w Cernavodzie były przedmiotem dyskusji od wielu lat, przy czym różni inwestorzy międzynarodowi, w tym CEZ, GDF Suez i RWE, wycofali się na wcześniejszym etapie.

CGN podpisał umowę z Nuclearelectrica jeszcze w 2013 r. Trzy lata później rząd rumuński zatwierdził plany przeprowadzenia wspólnego przedsięwzięcia dwóch spółek. Postępy były jednak powolne. Dodatkowo udziałowiec Nuclearelectrica, Fondul Proprietatea (FP), jest przeciwny projektowi.

Dyskusje z CGN zostaną wznowione we wrześniu, powiedziała 25 sierpnia agencji Agerpres dyrektor generalna spółki Daniela Lulache. Zarządzała ona Nuclearelectrica przez ponad cztery lata. Na początku września zostanie zastąpiona przez pełniącego obowiązki prezesa Cosmina Ghita.

– Nasi partnerzy mają pytania, na które odpowiadamy, dlatego nie da się osiągnąć porozumienia w ciągu sześciu miesięcy. Rozmowy nie są łatwe – powiedziała Lulache. Przekazała również, że dwa dodatkowe reaktory są potrzebne do zapewnienia niezależności i bezpieczeństwa energetycznego kraju.

Zarząd spółki otrzymał mandat z walnego zgromadzenia akcjonariuszy 24 sierpnia, aby kontynuować negocjacje przez kolejne sześć miesięcy. Fondul Proprietatea chce z kolei dążyć do maksymalizacji dywidendy z firmy. Rumuńska spółka posiada 9,1 proc. udziałów w Nuclearelectrica. Zdaniem władz funduszu projekt jest niewykonalny i szkodliwy dla akcjonariuszy. Natomiast według rządu postawa Fondul Proprietatea podyktowana jest krótkoterminową polityką nastawioną na zysk.

Wciąż istnieje wiele kwestii do rozstrzygnięcia między Nuclearelectrica i CGN. Chińska firma poprosiła o zapewnienie 15 proc. wewnętrznej stopy zwrotu (Internal Rate of Return – IRR) z budowy nowych reaktorów. Władze rumuńskie najprawdopodobniej nie zaakceptują takiego poziomu, ponieważ oznaczałby wysoki koszt dla konsumentów – czytamy w rumuńskiej prasie. Wcześniej poziom wewnętrznej stopy zwrotu przewidziano na poziomie zaledwie 11,3 proc. w ramach strategii rozwoju firmy opracowanej w 2013 r., kiedy akcje Nuclearelectrica były notowane na giełdzie. Przy projekcie opracowanym przez EDF w Hinkley Point w Wielkiej Brytanii władze brytyjskie otrzymały zgodę Komisji Europejskiej na zagwarantowanie 10 proc. IRR, która nadal postrzegana jest przez brytyjski rząd jako zbyt wysoka.

Rumuńska lekcja dla Polski

Chińczycy są obok Japończyków, Amerykanów oraz Francuzów wymieniani jako potencjalni partnerzy przy budowie polskiej elektrowni jądrowej. Polska w odróżnieniu od Rumunii nie ma żadnego reaktora, jest jednak w tym samym „koszyku regionalnym”, z którym w ramach regionu Europy Środkowo-Wschodniej rozmawia Pekin. Jeśli faktycznie jest tak, jak piszą Rumunii, że Chiny chcą od Bukaresztu stopy zwrotu większej od tej, jaką zaoferowano Londynowi (poprzez stałą cenę za energię elektryczną z nowych reaktorów), może to oznaczać, że Państwo Środka mając do czynienia ze słabszym partnerem, chce uzyskać znacznie więcej niż na Zachodzie. I to mimo tego, że Rumunia, podobnie jak Wielka Brytania, jest w Unii Europejskiej.

Wnioski z przedłużających się rumuńsko-chińskich rozmów wydają się być następujące. Jeśli Polska będzie chciała budować elektrownię jądrową razem z Chinami, to oprócz czynnika bezpieczeństwa dochodzi także aspekt gospodarczy. Polska podobnie jak Rumunia to kraj Europy Środkowo-Wschodniej, z którą Pekin rozmawia o współpracy gospodarczej, w tym energetycznej, w formacie „16 + 1” . Rozwijaniem energetyki jądrowej razem z Pekinem zainteresowana jest przede wszystkim Praga. Natomiast mniej od Czechów interesują się tym Węgrzy, którzy rozbudowę potencjału jądrowego opierają na współpracy z rosyjskim Rosatomem.

Rumunia, która mimo poprawy sytuacji gospodarki wciąż nie może liczyć na duże zaufanie kredytodawców i inwestorów, poszukuje wsparcia poza Europą. Może się jednak okazać, że Chińczycy, którzy są zainteresowani udzieleniem pożyczek, będą jednocześnie chcieli zagwarantować sobie długoletnie wpływy na rynku energetycznym w Rumunii poprzez stałą cenę za energię elektryczną z rozbudowanej elektrowni.

Stępiński: Grzech pierworodny polskiej energetyki gubi atom

Chiny mogą wykorzystać Europę Środkowo-Wschodnią

Polska, realizując własny projekt jądrowy, chce oddzielić model finansowania od wyboru technologii. W rozmowie z portalem BiznesAlert.pl wiceminister energii Andrzej Piotrowski powiedział, że jej wybór nie będzie sztywno związany z wyborem finansowania.

Niewykluczony jest więc wariant, że Chińczycy mogliby sfinansować projekt, który będzie zakładał wykorzystanie technologii z innego kraju. Zwłaszcza, że chińska nie jest certyfikowana przez Unię Europejską. Podobne rozwiązanie zastosowano przy rozbudowie brytyjskiej elektrowni jądrowej Hinkley Point. Projekt będzie realizowany przy wsparciu chińskich pieniędzy, ale z użyciem francuskiej technologii. Problem polega jednak na tym, że wariant realizowany w Rumunii, a w przyszłości być może w Polsce, musi uwzględniać odmienną od Wielkiej Brytanii i niekorzystną pozycję kredytową państw naszego regionu. Londyn uchodzący za finansowe centrum Starego Kontynentu jest dużo bardziej atrakcyjny i wiarygodniejszy niż Polska czy Rumunia, nawet mimo wieloletniego członkostwa w UE.

Piotrowski: Zbudujemy elektrownię jądrową w dekadę od decyzji (ROZMOWA)

Chiński kapitał a bezpieczeństwo

Niezależnie od wątpliwości technologicznych i finansowych ocenie podlega również niemniej istotny aspekt bezpieczeństwa. Energetyka jądrowa uchodzi za strategiczne źródło energii. Pojawia się więc pytanie, czy współpraca w rozwoju takiej technologii z krajem, którego nie wiąże ten sam co Polskę, Rumunię i inne kraje naszego regionu sojusz wojskowy NATO, jest bezpieczna i czy nie skomplikuje współpracy z sojusznikami w energetyce oraz sektorze bezpieczeństwa. Do tego dochodzą podejrzenia, że za współpracą gospodarczą Chin de facto stoi ekspansja polityczna i wywiadowcza.

Rumuński przypadek jest kolejnym przykładem, że w gospodarce podobnie jak w polityce nie ma nic za darmo. Chińczycy kredytując projekt w kraju, który mimo szybko rozwijającej się gospodarki wciąż nie ma wysokiego zaufania kredytodawców, chcą zarobić i jednocześnie stworzyć przyczółki dla ekspansji gospodarczej i politycznej w Europie. Rozwijające się kraje Europy Środkowo-Wschodniej, poszukujące kapitału do dalszego rozwoju, wydają się łatwym łupem dla Pekinu.

RAPORT: Atom znów na stole. Czy Polska podoła?