font_preload
PL / EN
Środowisko 3 grudnia, 2018 godz. 7:30   

Jakóbik: Paryż płonie. Czy po COP24 zapłonie świat?

COP21 Wieża Eiffla 2 Paryż w dniach szczytu klimatycznego, na którym doszło do porozumienia globalnego. Fot. Wikimedia Commons

Trzy lata po porozumieniu klimatycznym z Paryża, w pierwszych dniach COP24 świat dalej patrzy na stolicę Francji. Zamieszki, które mogą zmusić rząd do wprowadzenia stanu wyjątkowego każą zapytać uczestników rozmów w Katowicach o koszty transformacji niezbędnej do walki ze zmianami klimatu – pisze Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert.pl.

Transformacja kosztuje ale ratuje

Porozumienie klimatyczne z Paryża z 12 grudnia 2015 roku to wspólne zobowiązanie państw świata do walki ze zmianami klimatu poprzez konkretne działania na rzecz utrzymania wzrostu globalnej temperatury poniżej 2 stopnia, a najlepiej najwyżej o 1,5 stopnia Celsjusza. Szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach, który 3 grudnia otworzy m.in. prezydent RP Andrzej Duda, ma doprowadzić do przyjęcia tak zwanego „rulebooka” (regulaminu?) zawierającego konkretne zobowiązania poszczególnych krajów.

Wszyscy uczestnicy szczytu na warstwie deklaracji zgadzają się, że działanie jest konieczne. Różnią się jednak w doborze instrumentów. Polska prezydencja ma pogodzić kraje domagające się ambitnej polityki z tymi, które przypominają o rosnących kosztach transformacji. To między innymi przez te koszty w dniach szczytu oczy świata będą prawdopodobnie skierowanie nie na Katowice, ale znów na Paryż.

W stolicy Francji trwają zamieszki, które wywołała podwyżka cen paliw spowodowana wprowadzeniem opłaty paliwowej jako dodatku do akcyzy. Celem nowej daniny jest gromadzenie środków na transformację sektora paliwowego, jak w Polsce. Jednakże polska opłata spowodowała wzrost cen paliw o kilka groszy, a państwowi dostawcy postanowili wziąć jej koszty na siebie, tymczasem podwyżka francuska wyniosła kilkadziesiąt centów na litrze, przez co ludzie wyszli na ulice. Media informują o trzech ofiarach zamieszek, do późnego wieczora 2 grudnia, kiedy powstaje ten tekst, naliczono 133 rannych, w tym 23 przedstawicieli organów bezpieczeństwa. Władze Paryża ostrzegają, że do manifestacji przyłączają się organizacje skrajne z prawa i lewa. Rozważane jest wprowadzenie stanu wyjątkowego.

Takie obrazki mogą stać się codziennością, jeżeli transformacja na rzecz ochrony klimatu zostanie przeprowadzona bez dialogu i solidarności z tymi, którzy poniosą największe koszty ograniczania emisji. Najtańsze i najbardziej emisyjne środki transportu oraz pozyskiwania energii to nadal podstawa egzystencji istotnej części populacji globalnej. Zgodnie z hasłem COP24 kraje-sygnatariusze porozumienia klimatycznego muszą „zmieniać się razem” i dzielić się tak zobowiązaniami, jak i środkami wsparcia. Wciąż nie wiadomo skąd wziąć 100 mld dolarów na Zielony Fundusz postulowany na szczycie w Paryżu.

Korekta czy fałszowanie polityki klimatycznej?

Opowiedzenie się przez Polskę po jednej ze stron może być utrudnione ze względu na to, że polska prezydencja będzie miała za zadanie dbanie o dobrą atmosferę negocjacji i gaszenie sporów. Z tego względu kluczową rolę może odegrać porte-parole Warszawy, czyli sektor energetyczny oraz strona społeczna, które planują szereg wydarzeń na COP24. Polska będzie oficjalnie popierać wyśrubowane stanowisko Unii Europejskiej reprezentowanej jako całość przez Komisję. Tymczasem energetyka i strona społeczna z nią związana – Solidarność – będą bronić „sprawiedliwej transformacji” z walką z ubóstwem energetycznym na sztandarach.

Od przedstawicieli ministerstw środowiska oraz energii można nieoficjalnie usłyszeć poglądy pasujące bardziej do krajów rozwijających się, które pragną chronić przemysł przed zbyt dużymi obciążeniami polityki klimatycznej, niż do państw rozwiniętych, które dotąd zamierzały wnieść jak największy wkład do walki ze zmianami klimatu. Dla rządu polskiego, jak i kilku innych, COP24 może być rozbiegiem do walki o korektę unijnej polityki klimatycznej w 2019 roku, kiedy zostaną wybrane nowe władze unijne. Nowe rozdanie budzi w części elit europejskich nadzieje na to, że uda się ograniczyć ambicje klimatyczne pomimo śmiałej deklaracji dekarbonizacji do 2050 roku złożonej przez odchodzącą Komisję Europejską.

Z drugiej strony, spadek ambicji w Unii Europejskiej, to zmniejszona presja na śmiałą politykę klimatyczną na poziomie globalnym. Europa stoi w jej awangardzie. Spadek ambicji mógłby oznaczać, że jeśli nie na COP24, to na którymś z następnych szczytów mogłoby „spłonąć” porozumienie z Paryża. Obrazki ze stolicy Francji mogą zostać użyte jako argument do ograniczenia globalnej polityki klimatycznej. Warto jednak przypomnieć, że będą się one pojawiać coraz częściej nie tylko przez rosnące koszty transformacji, ale także przez postępujące zmiany klimatu. Należy również pamiętać o klimatycznym aspekcie migracji z Afryki Północnej oraz Bliskiego Wschodu. Nad światem unosi się widmo walki o malejące zasoby, przed którym może uchronić tylko zdecydowana polityka.

Polska oficjalnie się na nią decyduje, jako kraj rozwinięty i bogaty w porównaniu z niektórymi państwami wyspiarskimi, zagrożonymi zniknięciem z mapy w wyniku zmian klimatu. Jednakże jej realna polityka klimatyczna w Katowicach, nazwanym przed szczytem „miastem węgla” przez zachodnie media, może zostać podyktowana przez chęć ochrony grup egzystencjalnie zagrożonych zbyt radykalnymi rozwiązaniami. Najbardziej prawdopodobny finał szczytu to brak przełomu albo wiążące zobowiązania o ograniczonej ambicji.

Warto także wziąć pod uwagę rosnące ryzyko fałszowania polityki klimatycznej, której dopuścił się w przeszłości Volkswagen manipulując pomiarem emisyjności swych samochodów, a o której w przypadku Chin informowały niedawno opublikowane informacje wywiadowcze na temat ukrytej budowy nowych elektrowni węglowych w tym kraju. Wiążące zobowiązania nie wystarczą. Potrzebny jest odpowiedni mechanizm weryfikacji, który pozwoli walczyć z propagandą statystyczną na temat walki ze zmianami klimatu. Czas stanąć w prawdzie, ale nie wiadomo czy będzie możliwy konsensus w tej sprawie.

Kupowanie czy strata czasu?

Nieoficjalnie można usłyszeć, że zwiastunem takiej polityki mógł być projekt strategii energetycznej przedstawiony w przeddzień szczytu. Zapowiada on, że Polska utrzyma udział węgla w miksie energetycznym na poziomie 60 procent do 2030 roku. Atom ma stopniowo zastępować elektrownie węglowe, ale dopiero od 2033 roku. To zapowiedź co najmniej dekady status quo na Śląsku i gwarancja, że w dniach szczytu nie zapłoną opony w Katowicach. Czy na COP24 uda się znaleźć złoty środek, który pozwoli także w przyszłości uniknąć powtórki z Paryża w polskich miastach? Czy na pewno zagwarantuje to korekta polityki klimatycznej zagrażająca przyspieszeniem zmian klimatu? Czy wskutek braku odpowiednich działań „zapłonie” rozgrzewająca się planeta?

Wójcik: Czarne oblicze zielonej rewolucji w Chinach