font_preload
PL / EN
Energetyka 11 października, 2016 godz. 7:30   
REDAKCJA

Dyner: Trudna miłość Białorusi i Rosji (ROZMOWA)

Putin i Łukaszenka

ROZMOWA

W rozmowie z BiznesAlert.pl Koordynator Programu Europa Wschodnia w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych Anna Dyner mówi o perspektywach rozwiązania kryzysu energetycznego między Białorusią a Rosją oraz o przyszłości stosunków między Mińskiem a Moskwą.

BiznesAlert.pl: Jak można odczytywać ostatnie decyzje Białorusi o podniesieniu stawek na tranzyt rosyjskiej ropy? Czy Mińsk próbuje w ten sposób zmusić Moskwę do ustępstw i obniżenia ceny gazu?

Anna Dyner:  Tak. Rzecz dotyczy dwóch aspektów tzn. długotrwałych negocjacji w kwestii ceny gazu oraz ropy dla Białorusi. Mińsk domaga się tego aby zgodnie z ideą państwa związkowego Rosja dostarczała węglowodory po cenach wewnętrznych. Z kolei Rosjanie nie chcą się na to zgodzić. Dla Białorusi niskie ceny surowców są ważne z dwóch powodów. Jeżeli chodzi o kwestie gazowe to wiadomo, że białoruska energetyka w dużym stopniu opiera się na elektrowniach gazowych. Jeżeli chodzi o ropę naftową to jest to kwestia związana z wpływami do białoruskiego budżetu. Jednym z głównych źródeł białoruskich dochodów było przetwórstwo ropy i sprzedaż produktów ropopochodnych do państw Europy Zachodniej. W momencie kiedy ceny ropy znacząco spadły, a Rosja nie obniżyła wystarczająco cen dostaw dla Białorusi, to sprzedaż i przetwórstwo surowca stały się mniej opłacalne. Dla Białorusi, która zmaga się z poważnymi problemami gospodarczymi każdy dolar jest na wagę złota.

Czy wobec tego istnieje szansa na osiągnięcie porozumienia? Tym bardziej, że ostatnie wypowiedzi prezydenta Łukaszenki, w których mówił o wywieranym przez Moskwę nacisku na Mińsk mogą na to nie wskazywać.

Wydaje się, że jest szansa. To nie pierwszy raz gdy obydwa państwa toczą spór o ceny surowców energetycznych. Białoruscy eksperci twierdzą, że Łukaszenko nie stoi na straconej pozycji. Rosja potrzebuje sojuszników wśród państw regionu. Jest to w pewien sposób zapewnienie sobie spokoju na tzw. zachodniej flance. Z kolei Łukaszenko prowadzi politykę polegającą na tym aby uzyskać od Rosji możliwie jak najwięcej. W tym konkretnym przypadku też trudno jest się mu dziwić. Ze względu na sytuację finansów państwa nie ma wyjścia. Wiele razy bywało tak, że obydwa państwa prowadziły rozmowy do późnych godzin wieczornych w noc sylwestrową i porozumienia były osiągane. W tym przypadku jestem umiarkowaną optymistką. Wszystkie podpisane kontrakty są zawarte do końca roku. Rzeczywiście czasu jest coraz mniej, ale to nie jest też tak, że obydwie strony zupełnie nie chcą rozmawiać. Aleksandra Łukaszenkę wyprowadzają z równowagi dwie kwestie. Po pierwsze to, że przedstawiciele białoruskiego rządu, którzy często podróżują do Moskwy, bardzo często wracają z niczym. Mimo, że wydawałoby się, iż to z czym jadą już dawno wynegocjowane i ustalone przez stronę rosyjską. Ponadto irytuje go nacisk Moskwy. W dość ostrych słowach powiedział ostatnio, że nie pozwoli sobie na to aby jakiekolwiek państwo siłą zmuszało Białorusinów do czegokolwiek.

Co Pani zdaniem mogą oznaczać tak zdecydowane wypowiedzi Aleksandra Łukaszenki? Czy może świadczyć to o wzroście znaczenia Mińska w relacjach z Moskwą i tym, że Rosjanie zaczynają mieć ograniczony wpływ na Białoruś?

Tak na dobrą sprawę ani jedno ani drugie. Z jednej strony świadczy to o desperacji Łukaszenki. Z drugiej strony jest to pewien rodzaj gry politycznej prowadzonej z Rosją. Białoruski prezydent sprawdza na ile może sobie pozwolić i gdzie znajduje się tzw. ,,czerwona linia”, której Rosjanie nie pozwolą przekroczyć. Łukaszenko pokazuje, że jest w stanie rozmawiać z państwami w Europie Zachodniej, z Unią Europejską wobec czego niech Rosja nie naciska tak na Mińsk, gdyż wywoła to odwrotny efekt, tzn. Moskwa może spowodować dalsze zmiany w polityce Białorusi. Oczywiście jest to straszenie, ale również próba wysokiego licytowania aby uzyskać to co chce Łukaszenko. Polityka polityką, ale dla białoruskiego przywódcy liczy się przede wszystkim to aby ceny węglowodorów były jak najniższe.

Jak w tym kontekście ocenia Pani przyszłość relacji rosyjsko-białoruskich? Czy istnieje szansa na rozwój projektu państwa związkowego Białorusi i Rosji?

Państwo związkowe nie funkcjonuje we właściwy sposób. Niby istnieje wspólny budżet, wspólne projekty gospodarcze. Wprawdzie są wspólne posiedzenia rządu, ale ta struktura jest bardzo rzadko wykorzystywana w praktyce. Choć można się spodziewać, że strony Rosjanie wykorzystaliby zapisy umowy o Państwie Związkowym w zakresie np. konieczności obrony państwa. W skrajnym wypadku, w przypadku konfliktu zbrojnego, oznaczałoby pewne ubezwłasnowolnienie Białorusi. Natomiast Łukaszenka też się powołuje na to, że wspomniane Państwo Związkowe ma polegać na tym, iż podmioty gospodarcze z Białorusi mają być traktowana jak te z Rosji. W innym przypadku struktura ta, podobnie jak Euroazjatycka Unia Gospodarcza, nie ma sensu, gdyż Białorusini są na z góry przegranych pozycjach m.in. z tego powodu, że ich formy pracują w oparciu o droższe surowce.

Jeżeli chodzi o przyszłość Państwa Związkowego to nie można jej jednoznacznie określić. Na razie projekt istnieje. Na pewno nie będzie podważany, ale nie ma też politycznej woli obydwóch stron aby pogłębiać integrację. Od wielu lat mówiło się o wprowadzeniu wspólnej waluty ale rozmowy na ten temat zeszły na dalszy plan kilka lat temu. Nie ma też mowy o większej integracji politycznej. Trzeba też pamiętać w jakim kontekście były tworzone związki między Rosją a Białorusią. To był koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy słabła pozycja Borysa Jelcyna i kiedy Łukaszence marzyło się aby stworzyć coś na wzór konfederacji. Po dojściu do władzy Władimira Putina wszystkie te plany nie powiodły się.

Wspomniała Pani o współpracy wojskowej. Czy istnieje możliwość, by Białoruś została wykorzystana jako miejsce stacjonowania rosyjskich wojsk w kontekście obecności wojsk NATO m.in. w Polsce?

To byłoby trudne do zrealizowania. Widać, że Łukaszenko bardzo się przed tym broni, czego przykładem jest baza lotnicza w Bobrujsku. Zapisy o Państwie Związkowym aż tak na to nie pozwalają mówiąc o obronie w razie zagrożenia. Taka decyzja nie tylko mocno zachwiałaby niezależność Łukaszenki, ale przede wszystkim godziłaby w niepodległość Białorusi. Jak dotąd to białoruski prezydent jest głównodowodzącym siłami zbrojnymi na terytorium Białorusi. A w przypadku funkcjonowania tam obcych wojsk ciężko byłoby stwierdzić kto może wydać rozkaz dotyczący m.in. startu samolotu czy wyjścia żołnierzy z bazy. Nie mówiąc o tym jak ta sytuacja zostałaby odczytana na Ukrainie, która dotychczas uznaje Białoruś za państwo neutralne wobec siebie, stąd m.in. cały proces ,,pokojowy” toczy się w Mińsku, a nie gdzie indziej.

Nie sądzę aby Rosjanie bezpośrednio wykorzystali Białoruś ale mogą to zrobić w inny sposób, np. poprzez dostarczenie dodatkowego uzbrojenia. Będą też kontynuować swoją politykę ochrony nieba nad Białorusią (na wzór tzw. air policing), czy zwiększać liczbę wspólnych ćwiczeń. Moim zdaniem te działania byłyby wystarczające. Trzeba też pamiętać o innych działaniach Rosjan. Już mamy rozlokowanie nowych jednostek (trzech dywizji i dwóch brygad) nad granicami Rosji z Białorusią i Ukrainą. Widać wyraźnie, że jest to pewien wymiar działań mających wyprzedzić następne kroki NATO.

Rozmawiał Piotr Stępiński