Strupczewski: Białoruski projekt jądrowy w Ostrowcu może budzić obawy

17 sierpnia 2017, 07:30 Atom
Budowa elektrowni jądrowej w Ostrowcu. Fot. Neftegaz.ru Budowa elektrowni jądrowej w Ostrowcu. Fot. Neftegaz.ru

Białoruska elektrownia jądrowa jest budowana zgodnie z rosyjskim projektem generacji 3+ z dwoma blokami z reaktorami WWER-1200 o mocy ok. 1200 MWe każdy. Projekty tych reaktorów są dobre, spełniają współczesne wymagania bezpieczeństwa, mają one charakterystyki podobne do reaktorów budowanych w krajach OECD – pisze dr inż. Andrzej Strupczewski, prof. nadzw. Narodowe Centrum Badań Jądrowych.

Reaktory WWER 1200 generacji 3+ są zbudowane w Chinach i budowane w Indiach, a będą budowane na Węgrzech, w Finlandii i w Turcji. Także dozór jądrowy w Czechach i w Bułgarii nie miał zastrzeżeń do tej technologii. W czasie konsultacji transgranicznych Polska również miała wgląd w charakterystyki tych reaktorów i nie miała zasadniczych uwag. Można spokojnie przyjąć, że technologia, która będzie stosowana w elektrowni jądrowej na Białorusi, jest bezpieczna i sprawdzona przez urzędy dozoru jądrowego w kilku krajach poza Rosją.

Natomiast nie mamy pewności, czy wykonawstwo tej elektrowni jest zadawalające. Dotychczasowe incydenty na placu budowy mogą podważyć zaufanie do poziomu bezpieczeństwa białoruskiej instalacji. Np. w nocy z 9 na 10 lipca 2016 r., podczas przygotowań do instalacji zbiornika ciśnieniowego reaktora, doszło do awarii w czasie transportu zbiornika o wadze 330 ton. Mogło to spowodować odkształcenia zbiornika. Władze, które konsekwentnie milczały na temat zaistnienia podobnej sytuacji, w końcu potwierdziły to zdarzenie. Pomimo deklaracji dyrekcji budowy o zwolnieniu odpowiedzialnego za wypadek podwykonawcy – rosyjskiej firmy Siezam – okazało się, że przedsiębiorstwo to nadal wykonuje usługi przy realizacji siłowni .

Pełną informację na temat tego wypadku podał zastępca dyrektora generalnego koncernu Rosatomu, Łokszyn. Otóż dla przeniesienia zbiornika na inne miejsce, oddalone o ok. 10 metrów, zbiornik podczepiono do dźwigu bez pokrywy, którą montuje się później. Zbiornik ma niemal 11 metrów długości i masę ponad 300 ton. Grubość ścian i dna to prawie 20 cm stali. „Jednakże w czasie podwieszania podwykonawcy dopuścili się odstępstw od instrukcji, z powodu których doszło do przechylenia ładunku przy jego podnoszeniu” oświadczył Łokszyn.

Kiedy zbiornik podniesiono na wysokość 4 metrów, wystąpiła usterka dźwigu, z powodu której operację trzeba było przerwać. „Zbiornik przez ponad pół godziny pozostawał w zawieszeniu. Przez ten cały czas przechylenie stopniowo wzrastało, aż zbiornik ześliznął się ze stalowych podwieszeń i zawisł ukośnie, stykając się z podłożem” – mówi Łokszyn. Według niego, cała operacja była filmowana, rejestrowane były również obciążenie haka dźwigu, dzięki czemu można było stwierdzić, że nawet w momencie kontaktu z podłożem ponad dwie trzecie ciężaru zbiornika spoczywało na dźwigu. „Szybkość opadania nie przekraczała szybkości poruszania się pieszego. Tak więc używanie określeń takich, jak „uderzenie w ziemię” czy upuszczenie” jest wprowadzaniem w błąd, bo nie oddaje istoty tego, co się stało. Można co najwyżej mówić o zdarciu ze zbiornika fabrycznej farby przez stalowe podwieszenia”.

Rosatom utrzymuje, że zbiornik nie został uszkodzony i m.in. dlatego wcześniej nie informował o zdarzeniu. Według Łokszyna, „kontrole i obliczania pokazały, że maksymalne obciążenie zbiornika było wielokrotnie mniejsze od dopuszczalnych i półtora raza niższe od obciążenia, jakiemu jest poddawany w czasie normalnej eksploatacji”. W dodatku, „aby usunąć wszystkie ewentualne wątpliwości klienta”, Rosatom zdecydował się na kolejne badania, których dokonali specjaliści głównego projektanta zespołu reaktora – spółki „Gidropress”, oraz producenta – „Atommaszu”. „Przeprowadzili defektoskopię ultradźwiękową i dodatkową kontrolę spawów. Żadnych niepokojących śladów nie znaleziono”. Rosatom utrzymuje zatem, że budowa może być kontynuowana.

Podobnych zdarzeń mogło być więcej. Chociaż w konkretnym przypadku zsunięcia się zbiornika reaktora z zawieszenia na dźwigu można uwierzyć w wyjaśnienia Rosatomu, to jednak cały przebieg wypadku – niedbalstwo przy transporcie najważniejszego elementu elektrowni jądrowej, usterki dźwigu, a więc niewystarczający poziom obsługi i konserwacji dźwigu, zatajenie informacji o tym wydarzeniu, które niewątpliwie powinno było być starannie zbadane ze względu na znaczenie zbiornika dla bezpieczeństwa elektrowni, wszystko to wykazało, że kultura bezpieczeństwa wykonawców jest niedostateczna, a dozór jądrowy w Białorusi jest słaby i nie potrafi wyegzekwować właściwego zachowania od wykonawców. Można mieć obawy, czy w przyszłości nie dojdzie do innych zdarzeń mających ujemne skutki dla bezpieczeństwa jądrowego.

Wzmocnienie dozoru jądrowego Białorusi, jego kompetencji i autorytetu, uniezależnienie dozoru od wykonawców a w przyszłości od operatora elektrowni jądrowej wydaje się konieczne dla zapewnienia rzeczywiście bezpiecznej eksploatacji elektrowni Bałtyckiej.