font_preload
PL / EN
Energetyka Gaz 1 czerwca, 2016 godz. 9:00   

Jakóbik: Gazprom gra na przeczekanie rządu Prawa i Sprawiedliwości

spotkanie rządu poświęcone polityce w elektroenergetyce

KOMENTARZ

Wojciech Jakóbik

Redaktor naczelny BiznesAlert.pl

Chociaż Polacy nie twierdzą, że zamierzają zrezygnować z rosyjskiego gazu w ogóle, to mają taką możliwość. Ewentualna decyzja o zatrzymaniu dostaw z Rosji nie zaszkodziłaby bezpieczeństwu energetycznemu naszego kraju, pod warunkiem, że plan dywersyfikacji dostaw zostanie zrealizowany zgodnie z deklaracjami władz w Warszawie. Gazprom liczy na to, że Polacy nie zdołają go doprowadzić do finału przez niestabilność polityczną nad Wisłą.

Wszystkie przekłamania na temat rozwoju polskiego rynku gazu, które pojawiły się po deklaracji Piotra Naimskiego o woli porzucenia kontraktu długoterminowego z Gazpromem po 2022 roku warto zebrać w jednym miejscu.

W odpowiedzi na zapowiedź Naimskiego Gazprom nie planuje podejmować żadnych działań. Deklaruje gotowość do ugody z PGNiG w sprawie cen dostaw gazu poza arbitrażem, który trwa w Sztokholmie od maja 2015 roku. Portal branżowy Neftegaz ocenia słowa polskiego przedstawiciela, jako dezinformację polityczną, która „została użyta z nadzieją, że zadziała”. Przyznaje jednak, że już teraz Polska zmniejsza zakupy od Gazpromu. Chociaż w kontrakcie na dostawy Gazociągiem Jamalskim zapisano do 10,2 mld m3 rocznie, w 2015 roku Polacy sprowadzili tylko 8 mld m3 z tego wolumenu. Rosyjski portal Regnum przekonuje, że w razie porzucenia dostaw gazu z Rosji stracą zyski z opłat tranzytowych. Tymczasem według nieoficjalnych informacji umowa tranzytowa z Gazpromem zakłada niskie opłaty, których poziom wielokrotnie krytykował przywołany wyżej Piotr Naimski. Z informacji, do których dotarłem wynika, że Polacy mogą zarabiać na tranzycie rosyjskiego gazu do około 20 mln złotych rocznie. To ponad 4 razy mniej, niż Warszawa miała przychodu z parkomatów w 2015 roku (83 mln złotych).

Gazprom sugeruje, że Polacy nie sięgną po znaczne ilości gazu z nowych źródeł. „Zastanowiłbym się przez sekundę, skąd brać ten gaz, jeżeli zabraknie surowca rosyjskiego lub będzie go mniej” – ocenił wiceprezes firmy Aleksander Miedwiediew. Co innego można przeczytać w relatywnie niezależnym portalu RBC.ru, który ma niebawem ulec zmianom własnościowym zakomenderowanym przez Kreml, zapewne nie bez powodu. Portal pisze, że nie tylko Polska zamierza zrezygnować z rosyjskiego gazu. Zrobiła to w 2015 roku Ukraina. Wolumen dostaw obniżają Litwa (dzięki LNG z Norwegii) oraz Turcja, która zamierza sięgnąć po gaz śródziemnomorski, kaspijski i z Azji Centralnej. Turecki BOTAS, podobnie jak PGNiG, prowadzi spór cenowy z Gazpromem w trybunale arbitrażowym. Turcy zapewnią alternatywne źródła nie tylko sobie, ale całej Europie. Przez ich terytorium przebiegać będzie Gazociąg Transanatolijski, który jest elementem Południowego Korytarza Gazowego mającego dać Unii Europejskiej dostaw azerskiego surowca. Maria Belowa z Vygon Consulting przypomina, że w przeciągu następnych 3,5 roku wygasną kontrakty na dostawy rosyjskiego gazu do Bośni, Czech, Estonii i Węgier. W 2015 roku łączny wolumen dostaw na te rynki wyniósł 11,4 mld m3, czyli nieco więcej od rocznego importu gazu do Polski.

– Jeżeli do 2022 roku utrzyma się nadpodaż, Gazprom będzie musiał obniżać ceny, by utrzymać konkurencyjność – przyznaje Ildar Dawleczyn z Renaissance Capital. Ze względu na nadpodaż na rynku według Dawleczyna dochody Gazpromu nie zyskają dodatkowych 5 mld dolarów. Analityk Michaił Krutichin dodaje, że przy obecnych cenach dostaw Gazprom sprzedaje ze stratą, a w najbliższych latach cena gazu ma spaść do 120-130 dolarów za 1000 m3 ze względu na pojawienie się dostaw LNG z Kanady, Australii, Afryki i USA. – Gazprom będzie zmuszony do walki cenowej o udziały w Europie – przekonuje Krutichin.

Gazprom utrzymuje, że dostawy LNG „nie będą panaceum” na problemy Polski i nie zapewnią atrakcyjnej cenowo alternatywy dla dostaw z Rosji. Gaz z USA ma trafiać na rynki azjatyckie, które będą bardziej atrakcyjne cenowo. Tymczasem dostawy LNG do Azji, ze względu na powrót Japonii do energetyki jądrowej, są coraz tańsze i sięgają rekordu 11-letniego. Polacy sprowadzą w czerwcu pierwszą dostawę gazu skroplonego z Norwegii, która pokaże, czy możliwe jest powtórzenie sukcesu litewskiego. Dzięki dostawom z Norwegii, wolumen importu gazu z Rosji stanowi już poniżej 50 procent dostaw do naszego północno-wschodniego sąsiada i według jego informacji oferta norweska jest tańsza od rosyjskiej. Według RBC.ru jedyną odpowiedzią Gazpromu może być obniżka cen dostaw. Rosyjski gigant stoi więc bez wyboru wobec oczekiwań polskiego PGNiG, że przyzna rabat cenowy. Jak wskazuje ekspert Michaił Korczemkin w rozmowie z portalem ze względu na dostępność wirtualnego rewersu na Gazociągu Jamalskim, przez który Polska sprowadza z giełdy niemieckiej rosyjski gaz z pominięciem Gazpromu, chociaż sumarycznie wolumen eksportu z Rosji nie spadnie, to spółka ta tracić będzie 25 dolarów na 1000 m3. Faktem jest jednak, że Rosjanie mają przestrzeń do obniżek. Wydobywają gaz ziemny po najniższych kosztach na świecie. Według informacji Gazpromu koszt wydobycia 1000 m3 rosyjskiego gazu wynosi 20 dolarów. Ten poziom przyciąga firmy zachodnioeuropejskie, które w ramach wymiany aktywów powiązanej z promocją kontrowersyjnego Nord Stream 2 liczą na dostęp do syberyjskich złóż i tanie wydobycie na swoje potrzeby. W okresie styczeń-kwiecień 2016 roku cena rosyjskiego gazu na granicy niemieckiej wynosiła 161,9 dolarów za 1000 m3, głównie dzięki obniżce wywołanej spadkiem wartości baryłki ropy naftowej, od której uzależnione są kontrakty długoterminowe Gazpromu. Według wyliczeń Vygon Consulting, cena gazu od Gazpromu mogłaby spaść do 130-140 dolarów za 1000 m3.

Jak pisze Neftegaz.ru, „działania rusofobicznych władz w Polsce odbiją się na jej obywatelach zimą”. Nie należy traktować groźby tego medium poważnie. Gazpromowi zależy na utrzymaniu sprzedaży do Polski, bo w okresie niskich cen gazu i ryzyka utraty kolejnych rynków, Rosjanie muszą maksymalizować eksport, co pozwoli kompensować spadek dochodów. Z tego względu Gazprom pochyla się z troską nad losem konsumentów gazu w Polsce. – W ostatecznym rozrachunku wszystkie koszty spadną na odbiorców – przekonuje Elena Burmistrowa, szefowa Gazprom Export. Spółka po raz kolejny w historii relacji z Polakami używa kryterium najniższej ceny, jako podstawowego wyznacznika w ocenie kierunków dostaw. Aleksiej Grywacz z Narodowego Funduszu Bezpieczeństwa Energetycznego przekonuje, że zastąpienie dostaw z Rosji gazem skroplonym po 2022 roku będzie niemożliwe. Szacuje, że cena dostaw LNG z Kataru jest o 1,5 razy wyższe, od dostaw gazociągowych z Rosji. Trudno wierzyć w te szacunki, skoro warunki umów są tajne. Jednak stawiając słowo przeciwko słowu można uznać, że dostawy LNG z Norwegii, tak jak na Litwie, będą tańsze od oferty Gazpromu. Tym bardziej realne jest, że dostawy Korytarzem Norweskim, czyli połączeniami gazowymi między Polską, Danią i Norwegią, będą tańsze od oferty Rosjan. O tym jednak rosyjskie media nie wspominają. Nie wspominają także o tym, że według polskiego operatora Gaz-System ze względu na niekorzystne warunki umowy z Rosjanami, Polska traci rocznie 400 mln złotych. O zawyżaniu cen dla klientów Europy Środkowo-Wschodniej przez Gazprom mówi Komisja Europejska w zarzutach sformułowanych w toku śledztwa antymonopolowego. Okazuje się więc, że w pierwszej kolejności to rosyjski monopolista obciąża Polaków politycznie zawyżoną ceną dostaw. Naimski deklaruje wolę uniezależnienia się od tego dyktatu.

– Politycy zmieniają się często, ale obywatele wybierają racjonalność ekonomiczną – uspokaja rosyjską opinię publiczną Elena Burmistrowa. To aluzja do zmian politycznych w Polsce, które Gazprom uznaje najwyraźniej za nietrwałe. W tym kontekście ważne są słowa wiceprezesa firmy, który poinformował, że pod koniec 2015 roku były gotowe warunki ugody z PGNiG, ale zmienił się zarząd polskiej spółki i władze w Warszawie, co przedłużyło proces negocjacji. Rosjanie uderzają w czuły punkt, czyli zmienność polityczną nad Wisłą. Przykładem szkodliwej niestałości polityki energetycznej Warszawy było porzucenie umowy gazowej z norweskim Statoilem przez rząd Leszka Millera. Chociaż Polacy i Norwedzy przygotowali grunt pod dostawy do 5 mld m3 gazu ziemnego rocznie, po oddaniu władzy przez Akcję Wyborczą Solidarność w ręce Sojuszu Lewicy Demokratycznej, kontrakt został porzucony. Przyniosło to Polsce straty wizerunkowe. Z nadszarpniętą reputacją przez wiele lat walczyło PGNiG zwiększając zaangażowanie w złoża na szelfie norweskim. Obecnie posiada tam już 19 koncesji, z których chce czerpać gaz dla Korytarza Norweskiego. Ambitny plan rozbudowy terminala w Świnoujściu do 10 mld m3 rocznie, budowy połączeń gazowych z Norwegią o przepustowości do 10 mld m3 lub sprowadzenia do Zatoki Gdańskiej pływającego gazoportu (FSRU) o przepustowości do 10 mld m3 musi zostać zrealizowany. Bez tego deklaracja Naimskiego pozostanie gołosłowna. Rosjanie liczą zapewne na to, że po czterech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości w Polsce dojdzie do zmiany władzy, na bardziej przychylną kontraktowi jamalskiemu. Trudno przewidzieć jak będzie wyglądał rynek gazu w Polsce za 6 lat, kiedy skończy się obecna umowa na dostawy od Gazpromu. Warszawa zdefiniowała jednak jasno, jak chciałaby, aby wyglądał. Dywersyfikacja ma zapewnić mu bezpieczeństwo i atrakcyjne ceny, także od Gazpromu. Należy zadbać, aby plan dywersyfikacji ogłoszony przez Polaków został konsekwentnie zrealizowany. Warto także dbać o stabilność polityczną w kraju, która nie da przestrzeni do manipulacji z zewnątrz. Krótkofalowo należy oczekiwać od Gazpromu rabatu cenowego dla PGNiG.