font_preload
PL / EN
Energetyka Energia elektryczna Gaz Węgiel 22 października, 2015 godz. 11:49   
REDAKCJA

Lewicki: Gra o przyszłość europejskiej energetyki toczy się w mediach (ROZMOWA)

Grzegorz Lewicki

ROZMOWA

Grzegorz Lewicki opisuje zależności między biznesem, a mediami w Europie, oraz jej wpływ na debatę o przyszłości sektora energetycznego.

Dostał pan wyróżnienie od London School of Economics za zastosowanie teorii gier w naukach humanistycznych. Skąd fascynacja teorią gier?

Przede wszystkim, stąd, że teoria gier stara się spojrzeć na badane zjawiska systemowo, kompletnie, nie gubiąc żadnych istotnych wątków analitycznych. Stara się identyfikować wszystkie najważniejsze łańcuchy przyczynowe oraz logicznie możliwe konsekwencje danej sytuacji. Często naukowcy zajmujący się nią tworzą piętrowe modele interakcji, w których działania podmiotów sprzężają się i wzajemnie warunkują. Ta złożoność to coś pięknego – świat jest w końcu skomplikowany, i tylko nie bojąc się myślenia holistycznego można odtworzyć tę złożoność. Teoria gier pomaga znaleźć wszystkich interesantów danej sytuacji oraz analizować ich wszystkie możliwości działania i warianty korzyści, jakie mogą odnieść.

W takim razie zastosujmy teorię gier do powiązania media-biznes-dyplomacja w Unii Europejskiej.

Trudno stworzyć taki model ad hoc, choć nawet intuicyjnie każdy czuje, że te trzy rzeczy są ze sobą powiązane. I to wielopoziomowo! Każda potrzebuje pozostałych dwóch. Upraszczając: media potrzebują biznesu by mieć pieniądze, a dyplomacji, by łatwiej zdobywać informacje. Z kolei wielki biznes potrzebuje mediów, by kierować ton debaty publicznej na przychylne mu tory, a dyplomatów dodatkowo do ustalania przychylnych mu legislacji. Natomiast dyplomacji z politykami potrzebują mediów by przepychać swoje stanowisko, a biznesu do sfinansowania reform i swojej działalności zawodowej. Ten trójkąt jest zaklęty, bo wszyscy potrzebują wszystkich. Tylko gdzieś gubi się obiektywizm. A w zasadzie nie gubi się, bo go nigdy nie było.

Właśnie dlatego podoba mi się rynek medialny w Wielkiej Brytanii, że tam, w przeciwieństwie do Polski, nikt nie udaje obiektywizmu. Te gazety mówią wprost „tak myślimy i kropka, takich ludzi, takie rozwiązania cenimy i wspieramy”. Wiadomo, że „The Guardian” wspiera lewicowe środowiska związane z Labour Party i ma zacięcie ekologiczne, a „The Economist”” wspiera liberalne środowiska związane z bankami inwestycyjnymi. I nikt nie ma z tym problemu. Co ciekawe, u nas podobny trend też się powoli wyłania – „WSieci” popiera PiS i nie ma z tym problemu, choć na przykład „Gazeta Wyborcza” w dalszym ciągu woli pompować iluzję i mówić „jesteśmy nie-PiSem”, zamiast uczciwie wyłożyć karty na stół i powiedzieć „popieramy PO, bo ich program jest dobry”.

Skoncentrujmy się na mediach.

W XXI wieku oblicze mediów zmienia się – i mówię to jako dziennikarz – niestety diametralnie. Coraz mniej osób ufa dziennikarzom, a narzędzia presji na niepokorną jednostkę ze strony coraz większego biznesu są coraz bardziej skuteczne. Czasem niepokorni padają trupem. Gdy badaczka Anna Rosmus odkryła nazistowskie korzenie firm działających w Pasawie (Passau), nadepnęła na odcisk jednemu z wydawców prasy, który dziś w samej tylko Polsce ma kilkanaście gazet. Doszło do niewyjaśnionych do dziś gróźb śmierci, napaści, ostatecznie Rosmus wyjechała z kraju. Kto ma jej bronić? Zwykli ludzie? Ich wbrew pozorom obiektywne informacje nie interesują.

Dlatego następuje erozja mediów. Pełnią w coraz mniejszym stopniu rolę informacyjną, a w coraz większym – perswazyjną. A perswazja tym się różni od informacji, że jej celem jest subtelne przekonanie kogoś do jakichś racji, a nie zwyczajne przekazanie treści. Informacja coraz częściej staje się niejako dodatkiem uwiarygadniającym treści, które mają wywołać określony efekt. Nie oznacza to oczywiście całkowitego zaniku rzetelnej informacji w mediach. Chodzi raczej o to, że media coraz częściej są pasem transmisyjnym dla „wrzutek” czyli informacji spreparowanych przez źródło zewnętrze w celu wywołania określonej reakcji, albo same tworzą wrzutki zgodnie z interesem wydawcy.

Na przykład?

Wrzutka „z zewnątrz” – kilka lat temu media w Europie jak najęte publikowały bezkrytyczne recenzje filmu „Gasland” będącego mało merytorycznym, ale sugestywnym – bo prezentującym wybuchającą wodę z kranu! – atakiem na gaz łupkowy. Z kolei przykład najwyraźniej świadomego preparowania treści, czyli wrzutki „z zewnątrz” czyli przez media zrobionej to sprowadzalne do rosyjskich i niemieckich agencji informacyjnych komunikaty prasowe z tego roku, według których polski gazoport w Świnoujściu będzie ostatecznie bezużyteczny. Z resztą jako nieliczni pisaliście o tym na BiznesAlert. Albo artykuł brytyjskiego Guardiana, też z października, promowany przez rosyjski Interfax, argumentujący za tezą, że łupki w Polsce definitywnie się skończyły. Co ciekawe, ten sam Guardian zachwycał się kiedyś antyłupkowym „Gaslandem”.

Wrzutki, zarówno te tylko transmitowane, jak i tworzone od zera przez media wmieszane są w materiały rzetelne. Niestety często trudno je od siebie odróżnić: bo wrzutka nie musi być wcale jakąś agresywną, śmierdzącą na kilometr propagandą. Wręcz przeciwnie, czytając najlepszą nawet nie mrugniesz. Będzie dobrze napisanym, w miarę „obiektywnym” materiałem. Jej rola wcale nie polega na agitacji bezpośredniej ale na tzw. agenda setting, czyli subtelnym ustawieniu tonu debaty. Albo na tak zwanym non-decision, czyli na ukryciu jakiegoś zjawiska w cieniu poprzez podświetlenie drugiego. Chodzi o to, że poprzez zajęcie uwagi mediów jednym możemy ukrywać czy odsuwać w czasie mówienie o drugim. Bo przecież czytając jakiś materiał zawsze dokonuję wyboru, że akurat nie przeczytam w danym momencie innego. To, co czytam zajmuje miejsce w przestrzeni, moją uwagę i mój czas. W efekcie, tego miejsca w przestrzeni, tej uwagi i tego mojego skrawka czasu nie zajmie inny materiał, który mógłby mi w głowie zbudzić inne skojarzenia. Poza tym media nie są w stanie napisać o wszystkim, więc muszą coś wybrać. I chodzi właśnie o to, by wybrały zgodnie z interesem konkretnej spółki, czy polityka. Wszystko po to, by skojarzenia czy myśli po lekturze artykułu zostały przez jakiś czas w podświadomości – to co przeczytam stanowi pewnego rodzaju okulary, przez które choćby przez moment będę jeszcze patrzeć na świat. Indywidualnie, to co zostanie mnie lub panu w głowie jest średnio ważne, ale pomnóżmy ten sam komunikat razy milion odbiorców, i już tworzy się zjawisko masowe, wielkie okulary, które niewidzialna ręka może nakładać na nos elitom oraz całym krajom.

To znaczy?

Na przykład na Onecie, szczególnie od czasu, gdy kupił go niemiecki Axel Springer, pojawiają się materiały z Deutsche Welle, czyli niemieckiej, państwowej grupy nadawczej. Od krytyki Kaczyńskiego po jego atakach na Angelę Merkel, przez racjonalizacje niemieckiego stanowiska w ważnych negocjacjach unijnych. Te materiały są często dobrze napisane, ciekawe, więc wydawca portalu może argumentować, że bronią się same i to nie jest żadna wrzutka. Nie da się jednak ukryć, że wpływają na ton debaty publicznej w Polsce, szczególnie jeśli ujawniają nieznane dotąd informacje w kluczowym momencie. Można spytać: a dlaczego akurat teraz?

Chodzi o to, że timing jest ważny. Właściwie wrzucony materiał może nadać ton całej debacie. Kilka lat temu, pierwszy raport o gazie łupkowym w UE dawał wydźwięk negatywny co do jego wydobycia i koncentrował się na zagrożeniach. Było to na rękę i Francuzom, którzy stawiają na atom, i Niemcom, którzy stawiają na źródła odnawialne. W efekcie wszyscy chcący przekonywać do łupków musieli najpierw zakasać rękawy i cierpliwie tłumaczyć, że łupki wcale nie są ani takie złe, ani niebezpieczne, a dopiero potem próbować dorzucić parę zdań o tym, że to szansa na energetyczny przełom. Opinia publiczna dostała jednak do głowy skojarzenie, że łupki to niebezpieczeństwo, a przecież o wiele łatwiej jest zasiać na pustej ziemi jakieś wrażenie, niż je potem zmienić. Wszyscy, nawet politycy ulegają takim manipulacjom. A siewcy wrażeń zacierają ręce: jedna z agencji PR-owych obsługujących rosyjski sektor energii stwierdziła wręcz, że członkowie Komisji Europejskiej posiadają „ograniczone zasoby informacyjne” i lubią polegać na gotowej informacji dostarczonej z zewnątrz. Proszę bardzo, chcą informacji to im jej dostarczymy. Wraz z komentarzem.

Gdzie w tym wszystkim teoria gier?

Wszędzie! Mając na uwadze choćby mechanizmy o których rozmawiamy jedno jest jasne: gra o przyszłość energetyki da się zrozumieć tylko wtedy, gdy rozkodujemy interesy, którym służą niektóre, podkreślam – zazwyczaj tylko niektóre – „polityczne” publikacje konkretnych mediów. Dlatego strategię gry danego kraju zawsze najlepiej rozumieć nie przez pryzmat wypowiedzi polityka, ale poprzez wiązkę działań medialno-biznesowo-dyplomatycznych, które wiążą się z tą wypowiedzią. Zasady gry w energetykę w UE są takie, że gdy pojawia się pomysł na promocję własnego pomysłu (np. energia atomowa przez Francję), to razem z nim idzie strategia, w której skład wchodzą wszystkie możliwe metody zwalczenia konkurencyjnych wobec proponowanego przez nas źródeł energii. Tutaj przydają się media. Mediom „cudzym” można implantować swoje argumenty jako wrzutki, posługując się autorytatywnymi źródłami, w stylu raporty („atom bezpieczniejszy i bardziej wydajny”). Mediom „swoim”, czyli takim, na które mamy wpływ można zlecać bezpośrednie wrzucanie wrzutek w eter, które podsterują klimat na pożądane przez nas tory. Tu dochodzimy do istoty problemu – im więcej wpływowych kanałów perswazji, czyli „swoich” mediów, tym większa potęga kraju na świecie. Np. Niemcy w Polsce do promocji odnawialnych źródeł energii mają ogromne środki, w końcu to ich flagowy przemysł, który dał setki tysięcy miejsc pracy. Fundują nawet nagrodę dziennikarską za teksty o ochronie środowiska i źródłach odnawialnych. Niemcy mają ten przywilej, że posiadają zależne od siebie media rozsiane po całej Europie – czyli tysiące proc mogących teoretycznie posłużyć do ukamienowania jakiegoś groźnego dla nich pomysłu zręcznie przygotowaną wrzutką. Z kolei Wielka Brytania zamiast tysięcy proc postawiła na jedną armatę, czyli model scentralizowany – jeśli o czymś zrobi materiał brytyjskie BBC, zaczyna gadać o tym cały świat. Polska, wiadomo, wypada tutaj słabo – wątłym śladem naszych ambicji co do wpływu na ton międzynarodowych dyskusji jest skierowany na wschód Biełsat. Innych nardzędzi niestety nie mamy. Dlatego trudno jest nam walczyć z wrzutkami, żeby dekonstruować cudze i szkodliwe dla nas narracje. Nie mówiąc już o formowaniu europejskiej opinii publicznej. Wasz portal jako jeden z nielicznych stara się rzetelnie identyfikować takie wrzutki. Ale to za mało. Szczególnie gdy walczymy dywersyfikację dostaw gazu, a naprzeciw mamy całą masę graczy, którym zależy na status quo. W teorii aparat ideologiczny UE daje nam narzędzia do kanalizacji naszych interesów poprzez mówienie o „solidarności energetycznej”, „stawianiu na ekologię” etc. Ale jak widać po niemieckim projekcie Nordstream 2 solidarność energetyczna to rzecz, przed którą niektórzy uciekają, z resztą tak samo jak przed okowami ekologii, co niedawno dobitnie pokazała skala eko-oszustwa Volkswagena.

Czy metody stosowane przez biznes i dyplomację do kontroli mediów się różnią?

Niekoniecznie. Bywają identyczne, ponieważ, jak mówiłem wcześniej, wielki biznes i dyplomacja w każdym skutecznie działającym kraju ściśle ze sobą współpracują. Ogólnie mówiąc, na dobrobycie biznesu, mam tu na myśli spółki strategiczne typu rosyjski Gazprom, czy brytyjsko-holenderski Shell, zależy politykom tych krajów. I odwrotnie – biznes przychylnie patrzy na wspierających go polityków i „pomaga” im w karierze. Poza tym występuje zjawisko „drzwi obrotowych” – politycy i dyplomaci idą z polityki do biznesu, a weterani korporacji wchodzą do polityki. Przykład: Günter Verheugen, kiedyś komisarz ds. przemysłu, a obecnie udziałowiec i współpracownik niemieckich firm. Niemieckich, bo dlaczego miałby reprezentować polskie? Jeśli już miałbym obstawiać, kto co woli, powiedziałbym, że w preparowaniu informacji i późniejszym trzymaniu kciuków, że łykną je media przoduje biznes. Z kolei we wpływaniu na dziennikarzy i tworzone przez nich treści częściej lubują się politycy i dyplomaci. Oraz, pamiętajmy, zaprzyjaźnieni z nimi właściciele koncernów medialnych!

Rozmawiał Wojciech Jakóbik

*Grzegorz Lewicki – .dziennikarz od 2011 roku związany z tygodnikiem
„Wprost” (działy „Świat” i „Nauka”). Absolwent filozofii w London
School of Economics, stosunków międzynarodowych w Wyższej Szkole
Europejskiej im. Tischnera i socjologii na Uniwersytecie Maastricht.
Autor wykładów TEDx, raportów dla MSZ i uczestnik projektów
prognostycznych finansowanych przez Komisję Europejską. Redaktor
magazynu Pressje i członek Klubu Jagiellońskiego. Obecnie przygotowuje
doktorat z teorii cywilizacji na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kontakt:
www.greglewicki.com