font_preload
PL / EN
Alert EurActiv.pl 26 września, 2017 godz. 11:00   
REDAKCJA

EurActiv.pl: Koalicja jamajska w Niemczech jest najbardziej prawdopodobna

reichstag niemcy

Znany jest już ostateczny rezultat niedzielnych wyborów do Bundestagu. Komisja wyborcza policzyła dane z wszystkich 299 okręgów. Okazało się, że główne partie straciły nieco w stosunku do sondaży exit poll, a niektóre mniejsze partie trochę zyskały. Nie zmieniło to jednak wiele. Wciąż typowana jest czarno-żółto-zielona koalicja- pisze portal EurActiv.pl.

Pierwsze miejsce w wyborach zajął sojusz ugrupowań chadeckich CDU/CSU z wynikiem 33 proc. Drugie w kolejności socjaldemokratyczne SPD zgromadziło 20,5 proc. głosów, zaś trzecia Alternatywa dla Niemiec (AfD) uzbierała 12,6 proc. poparcia. Każde z tych ugrupowań miało zatem wczoraj wieczorem wg wstępnych wyników po ok. 0,5 proc. więcej niż wg prognoz. Także Zieloni, którzy ostatecznie zdobyli 8,9 proc. głosów, wg sondaży wypadli o 0,3 proc. lepiej. W lepszych nastrojach obudzili się dziś za to liberałowie z FDP, którzy uzyskali 10,7 proc. (wobec 10,4 w badaniach exit poll) oraz postkomunistyczna Lewica (Die Linke) z 9,2 proc, wobec równo 9 proc. we wczorajszych prognozach.

Nie zmieniło się natomiast jedno. Najbardziej prawdopodobna koalicja to ta, którą komentatorzy już wcześniej ochrzcili mianem „Jamajka”, czyli czarno-żółto-zielone porozumienie CDU/CSU, FDP i Zielonych. Taki sojusz gwarantuje najwięcej mandatów w Bundestagu po stronie rządu. Ewentualna powtórka z Wielkiej Koalicji, czyli wspólnego gabinetu CDU i SPD też jest matematycznie możliwa, ale przewodniczący socjalistów Martin Schulz krótko po wyborach wykluczył taką ewentualność i zapowiedział przejście jego partii do opozycji. Gotowość do negocjacji koalicyjnych zgłosili natomiast szybko liberałowie.

Trudny sojusz z liberałami

Porozumienie z FDP może jednak nie być łatwe. Choć partia ta po czterech latach banicji wraca do Bundestagu i osiągnęła dopiero czwarty wynik, nie zamierza tanio oddać swojego poparcia dla kanclerz Angeli Merkel. Lider FDP Christian Lindner już w kampanii wyborczej często krytykował chadeków. Zgodę na wejście do rządu uzasadnił zaś wczoraj od „istotnej zmiany kursu”.

Już wiadomo, że liberałowie nie zgodzą się na pomysły zmian w funkcjonowaniu strefy euro, jakie zaproponował niedawno prezydent Francji Emmanuel Macron. „Nie wyobrażam sobie osobnego budżetu dla strefy euro. To by oznaczało de facto utworzenie wspólnego państwa. Macron chce przekazywania na taki budżet kilku procent PKB. W przypadku Niemiec oznaczałoby to conajmniej 60 mln euro, które oddalibyśmy po prostu Francji czy Włochom by finansować ich konsumpcję czy naprawiać rachunkowe błędy” – mówił w telewizji ARD Lindner. Zastrzegł, że ta kwestia jest dla liberałów „czerwoną linią”. Skrytykował także pomysł ustanowienia osobnego unijnego ministra finansów dla strefy euro. Swoje dokładne projekty zreformowania UE prezydent Macron przedstawi oficjalnie jutro na paryskiej Sorbonie. Z prezentacją czekał właśnie na wyniki niemieckich wyborów.

Stanowisko Zielonych, nie jest jeszcze do końca jasne, ale partyjni liderzy wspominali na wczorajszym wieczorze wyborczym, że „wzmocniona Europa” jest jednym z priorytetów tego ugrupowania. Spodziewane jest też ze strony Zielonych nasilenie presji na kraje Grupy Wyszehradzkiej, aby zaczęły przyjmować uchodźców z Grecji i Włoch w ramach programu obowiązkowych relokacji. Z drugiej strony, mocno lewicowi Zieloni zwykle ostro spierali się liberalnym i mocno pro-rynkowym FDP. „Na arenie europejskiej FDP wcale nie jest tak daleko od AfD. Jeśli liberalne pomysły zostałyby wdrożone, czeka nas kolejny kryzys w strefie euro” – przekonywała dziennikarzy posłanka Zielonych Franziska Brantner.

Koalicja zajęta sama sobą?

Część komentatorów w niemieckiej prasie zastanawia się jednak czy rzadko spotykana w powojennej historii Niemiec trójpartyjna koalicja rzeczywiście będzie mocno skupiać się na polityce europejskiej. Być może bardziej zajęta będzie problemami wewnętrznymi Niemiec, co osłabi głos Berlina na arenie UE. Z jednej strony mogłoby to owocować zmniejszeniem nacisku na Polskę, Czechy czy Węgry w sprawie uchodźców, a z drugiej strony oddać nieco pola Paryżowi.

Kłopotem dla Angeli Merkel będzie na pewno 94 posłów wybranych z list eurosceptycznej i skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec. Z jednej strony oznacza to zaostrzenie się retoryki w Bundestagu, bowiem także opozycja lewicowa będzie chciała wypaść wyraziście. Martin Schulz ostro zaatakował Merkel już podczas niedzielnej telewizyjnej debaty, w której liderzy ugrupowań tradycyjnie podsumowują głosowanie. Z drugiej strony kanclerz może także mieć kłopoty ze swoim tradycyjnym sojusznikiem – bawarską, siostrzaną chadecką partią  CSU, która straciła na rzecz AfD sporo głosów i będzie zapewne chciała odzyskać przynajmniej część bardziej prawicowych wyborców.

Skąd sukces AfD?

Alternatywa dla Niemiec wchodzi do Bundestagu jako trzecia siła polityczna. Zawdzięcza to przede wszystkim głosom mieszkańców wschodnich landów. Na terenie byłej NRD – AfD notowała wyniki w okolicach 16-22 proc. W Saksonii nacjonalistyczni eurosceptycy zdobyli nawet 27 proc. głosów, zajmując pierwsze miejsce (o zaledwie 0,1 proc. wyprzedzając CDU). W skali całego kraju było to jednak „tylko” 12,6 proc. głosów.

Wiele osób po wyjściu z lokalu wyborczego, pytana przez ankieterów o to dlaczego poparła AfD, odpowiadała, że chciała w ten sposób wyrazić swój sprzeciw wobec partii głównego nurtu. 35 proc. wyborców Alternatywy dla Niemiec to także ludzie, którzy w poprzednich wyborach nie zagłosowali. Frekwencja we wczorajszym głosowaniu rzeczywiście była wyższa niż cztery lata temu. Wyniosła 78 proc., wobec 72,4 proc. w 2013 r. Najwyraźniej widać to było we wschodnich landach, w których cztery lata temu do urn poszło 67,6 proc. uprawnionych, zaś wczoraj zrobiło tak już 74 proc. z nich.

EurActiv.pl