font_preload
PL / EN
Atom Energetyka OZE Węgiel 20 lutego, 2019 godz. 7:31   

Stępiński: Bitwa pod Złoczewem o Brukselę?

photo_2019-02-19_14-01-40 Dyskusja o Złoczewie w Sejmie. Fot. BiznesAlert.pl

– Wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski zapewnia, że odkrywka Złoczew nie jest zagrożona. Czy jego deklaracja to początek kampanii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w których wystartuje obecny wiceszef resortu energii? – zastanawia się Piotr Stępiński, redaktor BiznesAlert.pl.

Bełchatów zajmuje szczególne miejsce na mapie Polski. To węglowe serce naszego systemu energetycznego. Pracuje tam 12 bloków węglowych, o łącznej mocy 5 298 MW, która pokrywa ok. 20 proc. zapotrzebowania Polski na energię. Rocznie z pól Bełchatów i Szczerców wydobywane jest ok. 42 mln ton węgla brunatnego, czyli 50 proc. całkowitego krajowego wydobycia. By lepiej zrozumieć tę skalę wystarczy wziąć pod uwagę, że w trakcie sezonu grzewczego gospodarstwo domowe zużywa 7-8 ton węgla. Taką ilość kotły w Elektrowni Bełchatów spalają w trakcie zaledwie 2 sekund.

Problem polega jednak na tym, że bełchatowskie złoża zaczynają się kończyć. Pole Bełchatów jest już bliskie wyeksploatowania mimo, że koncesja wygasa w 2024 roku. Natomiast surowca z pola Szczerców wystarczy do ok. 2038 roku. Oznacza to, że w perspektywie najbliższych 19 lat może pojawić się problem z zasilaniem bełchatowskich bloków.

Ministerstwo Energii znalazło na to sposób – nowe odkrywki, również w okolicach Bełchatowa. Chodzi o leżące w odległości ok. 50 km od Elektrowni Bełchatów pole Złoczew. Inwestycję w nowe złoże analizują PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna. We wrześniu 2018 roku spółki zwróciły się o nadanie rygoru natychmiastowej wykonalności, dla wydanej w marcu przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska w Łodzi decyzji środowiskowej, dla odkrywki w Złoczewie. To pozwoliło zapalić zielone światło spółce, by mogła wystąpić do Ministerstwa Środowiska o zezwolenie środowiskowe. Zgodnie z planem miałoby to nastąpić w połowie 2018 roku, a w trzecim kwartale PGE GiEK miało otrzymać licencję. Tymczasem wniosek do resortu środowiska wpłynął w połowie listopada, co potwierdziło w rozmowie z portalem BiznesAlert.pl biuro prasowe ministerstwa. Zaznaczono jednak, że wniosek PGE GiEK znajduje się na ,,wstępnym etapie rozpoznania”. Według stanu z 19 lutego prowadzone są czysto formalne prace, nad uzyskaniem koncesji przez PGE. Wyjaśniane i uzupełniane są braki formalne.

Czy Bełchatów potrzebuje nowej odkrywki?

Wczoraj w Sejmie wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski zapewniał, że dla Bełchatowa nie ma planu B, który wykluczałby nowe odkrywki. Podkreślał również, że projekt Złoczew jest uwzględniony nie tylko w przyjętym w czerwcu ubiegłego roku planie rozwoju górnictwa węgla brunatnego do 2030 roku, z perspektywą do 2050 roku, ale również w projekcie strategii energetycznej do 2040 roku. Przy czym, w przypadku tego ostatniego dokumentu tylko raz użyto nazwy Złoczew, uznając to pole obok Ościsłowa za perspektywiczne złoże, ale nie wskazując, czy projekt zostanie zrealizowany. Znalazł się jedynie zapis odnoszący się do planu dla górnictwa węgla brunatnego, gdzie podkreślono, że otwarte złoża zostaną wyeksploatowane do końca. Nie wspomniano nic o budowie nowych odkrywek. Podobnie jest w przypadku Krajowego Planu na Rzecz Energii i Klimatu na lata 2021-2030.

Lista wątpliwości wobec Złoczewa jest znacznie dłuższa. Głównie ze względu na lokalizację złoża, która znajduje się ok. 50 km w linii prostej od Elektrowni Bełchatów. Odległość ta dyskwalifikuje możliwość dostaw surowca taśmociągiem. W efekcie węgiel musiałby trafić do bloku koleją, co nie tylko wymagałoby odpowiedniej infrastruktury, ale również przełożyłoby się na wzrost kosztów produkcji energii. Jak przekonuje PGE trwają analizy w tej sprawie. Dodatkowe koszty, czyniłyby tę inwestycję wątpliwą ekonomicznie.  Rozwiązaniem sytuacji mogłoby być zbudowanie nowego kompleksu energetycznego, zlokalizowanego bliżej złoża.  Zgodnie z przyjętym w czerwcu 2018 roku planem dla sektora górnictwa węgla brunatnego w Polsce, mógłby on powstać w regionie Bełchatowa i działać do ok. 2060 roku. Autorzy dokumentu oszacowali jego potencjał produkcyjny na 10-20 TWh energii rocznie, co umożliwiłoby pokrycie 5-10 proc. zapotrzebowania naszego kraju, a więc połowę tego, co obecnie generuje Elektrownia Bełchatów.

Nie rozstrzygnięto natomiast czy w sercu Polski powstałby Bełchatów Bis. Nawet jeśli tak by się stało, to budowa nowych bloków wymagałaby wielomiliardowych nakładów. Tylko blok nr 12, o mocy 858 MW kosztował PGE ponad 1 mld euro. Doliczmy do tego koszty związane z rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 oraz konieczność inwestycji w dostosowanie pozostałych bloków do rygorystycznych norm BAT. Mówimy więc o dość pokaźnych kwotach. Mimo to 19 lutego podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu ds. odkrywki w Złoczewie wiceprezes PGE Ryszard Wasiłek zapewniał, że projekt jest niezagrożony. W podobnym tonie wypowiadał się wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski.

Jak sfinansować inwestycję?

Wróćmy jednak do dokumentu, na który wielokrotnie wczoraj powoływał się wiceminister, czyli planu rozwoju sektora górnictwa węgla brunatnego. Zgodnie z jego zapisami, aby odkrywka w Złoczewie mogła powstać muszą być spełnione trzy warunki; węgiel brunatny musi być uwzględniony w miksie energetycznym i  w polityce energetycznej, musi zostać zapewniona przewidywalność ekonomiczna projektu, a także jego finansowanie.

Skąd jednak PGE miałoby pozyskać środki na realizację takiej inwestycji? Nie wiadomo czy był przewidziany mechanizm wsparcia dla inwestora, bez którego przy rosnących cenach uprawnień do emisji CO2 i ich prognozach ciężar finansowy byłby nie do udźwignięcia. Zwłaszcza, że to nie jedyny projekt, w jaki jest zaangażowana PGE. Innym jest m.in. kosztowna budowa morskich farm wiatrowych, czy elektrowni jądrowej.  W obliczu rosnących ambicji klimatyczno-energetycznych Unii Europejskiej i odwrotu instytucji finansowych od wspierania węgla, pojawia się pytanie o sens lokowania kapitału w tego rodzaju inwestycjach, w tym w nowe odkrywki. Tym bardziej, że PGE chce zdywersyfikować swój park wytwórczy i postawić na większy udział źródeł nisko- i zeroemisyjnych. Mimo to na początku lutego w Łodzi wiceprezes PGE ds. operacyjnych Ryszard Wasiłek deklarował, że spółka nie wycofa się ze starań o koncesję na wydobycie węgla w Złoczewie, ponieważ jedynym dokumentem rządowym wyznaczającym politykę wobec odkrywki, jest wspomniany wcześniej plan rozwoju węgla brunatnego. Czasu jest coraz mniej, ponieważ zgodnie z PEP w okolicach 2035 roku z systemu elektroenergetycznego znikną bloki w Bełchatowie. Co je może zastąpić?

Atom w Bełchatowie?

Od dłuższego czasu Ministerstwo Energii przekonuje, że powinna powstać tam elektrownia jądrowa. 13 grudnia ubiegłego roku w Sejmie minister Tchórzewski stwierdził, że budowanie elektrowni w innym miejscu niż w Bełchatowie, oznaczałoby znaczne większe nakłady inwestycyjne na realizację tego projektu niż pierwotnie zakładano. -Wszystko wskazuje na to, że musi powstać tam nowa elektrownia. W naszej polityce energetycznej zawarty jest postulat budowy elektrowni jądrowej – mówił Tobiszewski. Takiej możliwości w rozmowie z BiznesAlert.pl nie wykluczał również nowy dyrektor Departamentu Energii w Ministerstwie Energii, dr Tomasz Nowacki. Zaznaczył jednak, że jednoznaczne deklarowanie się na tym etapie, zwłaszcza z jego strony byłoby jednak przedwczesne. Z kolei wczoraj od propozycji lokalizacji elektrowni jądrowej w Bełchatowie zdystansował się wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski stwierdzając, że jej autorem był jednak były dyrektor Departamentu Energii Jądrowej i miała ona charakter ,,frywolnej wypowiedzi bez wyznaczania żadnych terminów”. Zaznaczył przy tym, że warto rozważyć tę lokalizację, ale nie mówił już o niej z taką pewnością, jak minister Tchórzewski.

Nie wiadomo jednak, o którą elektrownię jądrową chodzi ministrowi Tchórzewskiemu. Czy tę która zgodnie z projektem strategii energetycznej, ma powstać do 2033 roku o mocy 1-1,5 GW, czy kolejną z puli 6-9 GW przewidzianych do 2043 roku? Pierwszy wariant byłby trudny do zrealizowania. Byłoby to wywrócenie do góry nogami całej procedury wyznaczania lokalizacji, co spowodowałoby kolejne opóźnienia budowy elektrowni jądrowej i zagrożenie terminu do 2033 roku przewidzianego w Polityce Energetycznej Polski do 2040 roku. Drugi wariant warto rozważyć w perspektywie do 2043 roku. Więcej na ten temat można przeczytać na BiznesAlert.pl.

Jakóbik: Atom pod Bełchatowem jest teoretycznie możliwy

Redaktor naczelny BiznesAlert.pl pisał, że atom w Bełchatowie byłby logiczną inwestycją m.in. ze względu na istniejącą już tam infrastrukturę, która pozwoliłaby na wprowadzenie do systemu mocy, pochodzących z bloku jądrowego. Pojawiają się jednak wątpliwości, co do zapewnienia odpowiedniego chłodzenia nowych reaktorów, ponieważ w okolicy elektrowni Bełchatów nie ma odpowiednio dużych zbiorników wodnych. W rozmowie z BiznesAlert.pl prof. Grzegorz Wrochna z Narodowego Centrum Badań Jądrowych przekonuje, elektrownia jądrowa nie musi być budowana w pobliżu dużych zbiorników wodnych, ponieważ jej chłodzenie mogą zapewnić wieże chłodnicze. – Woda mogłaby być doprowadzona rurociągami. Dzisiaj instalacje wodne nie są żadnym problemem. Oczywiście, jeżeli mamy do dyspozycji duży zbiornik wodny, wtedy koszty są nieco niższe, ponieważ nie trzeba budować wież – stwierdził.

Odkrywka i atom

Okazuje się jednak, że zdaniem rządu potencjalna budowa elektrowni jądrowej nie stałaby w sprzeczności z projektem Złoczew. Według wiceministra Tobiszowskiego, Polska nie może pozwolić sobie na brak kompetencji w zakresie odkrywek, które mogą być naszym towarem eksportowym. W tym kontekście szczególną uwagę zwracał na konieczność rozmów ze stroną społeczną. Być może jest to klucz do zrozumienia, dlaczego wbrew poważnym wątpliwościom wiceminister Tobiszowski forsuje projekt Złoczew zapewniając, że atom i odkrywka się uzpełniają.

Kampania wiceministra energii?

Obecnie w Elektrowni Bełchatów oraz w znajdujących się nieopodal kopalniach pracuje ok. 11 tys. osób. Jeżeli Złoczew powstanie to szacowane wydobycie surowca ma wynieść ok. 18 mln ton rocznie, czyli o ponad połowę mniej niż teraz. Jak mówił wczoraj wiceprezes PGE Ryszard Wasiłek oznaczałoby to, że zatrudnienie musiałoby znacząco spaść. To z kolei nie podoba się związkom zawodowym, które stając w obronie miejsc pracy przekonują, że Bełchatów to perła w koronie PGE, dlatego muszą powstać nowe odkrywki. Obawa przed protestami związkowców może tłumaczyć, dlaczego wiceminister Tobiszowski z dużą ostrożnością podszedł do pomysłu budowy elektrowni jądrowej w Bełchatowie. Kadra potrzebna do jej obsługi byłaby kilkukrotnie mniejsza niż obecnie. Pozbawienie kilku tysięcy ludzi pracy byłoby poważnym problemem społecznym, mogącym przerodzić się w protesty. Te z kolei mogłyby się przenieść do Warszawy, co byłoby niepożądane.

Tym bardziej, że w tym roku czekają nas wybory do Parlamentu Europejskiego i krajowego, a wiceminister Tobiszowski będzie ubiegał się o mandat europarlamentarzysty. Ma być numerem 2 na liście Prawa i Sprawiedliwości, w okręgu śląskim. Jego silne wsparcie górników i projektu w Złoczewie może się jednak okazać niewystarczające, by zdobyć mandat. Warto przypomnieć, że w ostatnich wyborach samorządowych mający poparcie ministra Krzysztofa Tchórzewskiego, były prezydent Ostrołęki, w której ma być rozbudowywana elektrownia węglowa, nie wywalczył reelekcji choć podobnie jak szef resortu energii popierał realizację projektu. O tym czy ten scenariusz się powtórzy zadecydują wyborcy przy urnach. Warto jednak pamiętać, że kampania wyborcza kiedyś się skończy i trzeba będzie powrócić do powyborczej rzeczywistości. Zmiany w sektorze górniczym oraz w regionie Bełchatowa są nieuchronne. Już dzisiaj trzeba rozmawiać ze stroną społeczną, aby ją do nich przygotować. Nagła zmiana może mieć negatywne skutki, której konsekwencje poniesiemy wszyscy.

Tobiszowski: PGE musi wybrać między atomem, offshore a Złoczewem