font_preload
PL / EN
Energetyka OZE 9 marca, 2016 godz. 11:15   
REDAKCJA

Popkiewicz: Polska polityka energetyczna po(d) prąd, przeciwko megatrendom (ANALIZA)

Zanieczyszczenia, emisje, dym

ANALIZA

Marcin Popkiewicz

Autor książki „Rewolucja energetyczna. Ale po co?”

W zeszłym tygodniu Piotr Naimski, Pełnomocnik Rządu ds. Strategicznej Infrastruktury Energetycznej podzielił się na portalu BiznesAlert.pl swoimi pomysłami na politykę energetyczną kraju. Streszczając: więcej wielkich bloków węglowych, mniej odnawialnych źródeł energii. Wspieranie węgla tak, OZE nie.

Jak najkrócej skomentować ten kierunek? To sposób myślenia z minionej epoki, idący pod prąd trendom europejskim i światowym, w dodatku opierający się na mitach i w części fałszywych danych, skazujący Polskę na zostanie skansenem energetycznym, krajem odcinającym się od innowacji, ze słabą gospodarką i będący moralnym pariasem.

Dokąd prowadzą Megatrendy?

Skąd tak wyrazista diagnoza? Przyjrzyjmy się najpierw pokrótce światowym megatrendom energetycznym. Zacznijmy od Europy. Niemcy konsekwentnie podążają drogą transformacji energetycznej w kierunku OZE – do 2050 roku co najmniej 80% prądu ma być produkowane ze źródeł odnawialnych, a jest bardzo prawdopodobne, że cel ten zostanie przekroczony. Już w zeszłym roku w Niemczech wyprodukowano z wiatru, słońca, biomasy i wody łącznie 188 TWh prądu – znacznie więcej, niż Polska w ogóle zużywa. To na razie tylko 1/3 niemieckiej produkcji prądu, ale trend wzrostu ilości energii wytwarzanej z OZE oraz spadku produkcji energii z węgla i atomu będzie kontynuowany.

Także Paryż zdecydował się postawić na OZE. Zgromadzenie Narodowe przyjęło w 2015 roku ustawę o transformacji energetycznej zakładającą zmniejszenie produkcji i konsumpcji energii do roku 2030 o 20%, a do roku 2050 o 50% (w stosunku do 2012) oraz czterokrotne zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych wobec roku bazowego 1990.

Wielka Brytania przyjęła ustawę Climate Change Act, zobowiązującą organy państwa do redukcji emisji CO2 o 80% w stosunku do roku 1990. Dania wytwarza z OZE już 50% prądu. Szwecja (w chłodniejszym od naszego klimacie) generuje ze źródeł odnawialnych aż 98% ciepła. To już nie pojedyncze działania, ale dominując trend.

W Unii Europejskiej elektrownie objęte są systemem handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych (ETS). Cena uprawnień do emisji w latach 30. jest prognozowana na ponad 50 euro za tonę, a w latach 40. na ponad 100 euro za tonę CO2.

 

 

Przełoży się to na cenę prądu z nowych elektrowni węglowych w wysokości odpowiednio 50 gr/kWh w latach 30. i 70 gr/kWh dekadę później, nie wpływając jednocześnie na ceny produkcji prądu ze źródeł bezemisyjnych (atom, OZE).

 

Oznacza to, że wytwarzanie prądu w elektrowniach węglowych tak czy inaczej już wkrótce nie będzie mieć sensu ekonomicznego, przegrywając zarówno z atomem, jak i z OZE. Czy to radykalny program wzrostu kosztów emisji? Warto zauważyć, że Francja przyjęła ustawę, według której podatek węglowy ma wzrosnąć z obecnych 14,5 euro za tonę emisji CO2 do 56 euro w 2020 roku oraz 100 euro w 2030 roku. Tym samym planowane przez KE ceny uprawnień do emisji na 2030 rok Francja przekroczy już w 2020 roku, a w 2030 roku francuski koszt emisji będzie już wyższy od planów KE na 2040 rok.

Państwa, które mają w Unii Europejskiej najwięcej do powiedzenia: Niemcy, Wielka Brytania i Francja, zdecydowanie weszły na drogę odchodzenia od paliw kopalnych, a kraje te popiera wiele innych. Jeśli ta grupa zgadza się co do jakiejś kwestii, to można uznać, że klamka zapadła, a forsowane przez polskich polityków próby płynięcia pod prąd i budowania przyszłości na podstawie rozwiązań z przeszłości (tj. konserwowanie skansenu węglowego), stają się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości. Można zachodzić w głowę, czemu nasze koncerny budują nowe bloki węglowe w Opolu, Kozienicach czy Jaworznie. Wszystko wskazuje na to, że będą to ostatnie bloki węglowe zbudowane w Unii Europejskiej – skazane na straty relikty minionej epoki. Do uczynienia ich zupełnie niekonkurencyjnymi źródłami prądu nie trzeba będzie nawet wysokich opłat za emisję – szacowany koszy „wyjścia na zero” dla nowych bloków budowanych w elektrowni Opole to 37 g/kWh – dwukrotnie więcej od obecnej ceny hurtowej prądu w Polsce, która już teraz jest znacząco wyższa niż u naszych sąsiadów – Niemiec, Szwecji czy Czech. Chcemy najwyższych cen prądu w Europie i ucieczki przemysłu z kraju? – budujmy nowe bloki węglowe.

Wiele słyszeliśmy, że Unia Europejska jest wyjątkiem, a reszta świata, w szczególności najwięksi emitenci CO2 – USA i Chiny, nie zamierzają ograniczać emisji. Ale to już nieaktualne.

W USA elektrownie węglowe zamykane są setkami – częściowo wiąże się to z przechodzeniem na tańszy dzięki rewolucji łupkowej gaz, ale tylko częściowo – w zeszłym roku 3/4 inwestycji w nowe moce produkcyjne w amerykańskim sektorze elektroenergetycznym poszło na OZE, a na gaz 1/4. Wdrażane są liczne innowacyjne rozwiązania. O inwestowaniu w węgiel nikt tam nie myśli.

W Chinach produkcja prądu z węgla i zużycie węgla gwałtownie spadają – wiele ośrodków analitycznych jest zdania, że szczyt emisji CO2, do którego Chiny przymierzały się na 2030 rok, miał miejsce już w 2014 roku. Tydzień temu szef chińskich Państwowych Sieci Elektroenergetycznych (największego przedsiębiorstwa elektroenergetycznego na świecie) Liu Zhenya powiedział, że „jego firma odrzuca tzw. strategię energetyczną wszystkie-źródła-energii (all-of-the-above) jako sposobu na zaspokojenie potrzeb energetycznych i ochrony klimatu. Lepiej bowiem skupić się na rozwoju nowej generacji technologii energetycznych, a im szybciej się to zrobi, tym lepiej. Jedyną przeszkodą do pokonania jest sposób myślenia, a nie problemy technologiczne.”

Podkreślę: Chińczycy w ogóle nie myślą już o utrzymaniu dominacji węgla w energetyce, skłaniają się nawet do odrzucenia go jako jednego ze licznych źródeł energii; zamierzają zaś koncentrować się na nowych technologiach energetycznych, głównie wietrze i słońcu. Ponadto w przyszłym roku Chiny planują wprowadzenie ogólnokrajowego systemu handlu uprawnieniami do emisji.

Dlaczego cały świat idzie w tę stronę? Dlaczego wszystkie organizacje mające globalny ogląd sytuacji i perpektywicznie myślące kraje i firmy idą w tą stronę? Ponieważ zdają sobie sprawę, że czas paliw kopalnych się kończy. Na szczycie klimatycznym w Paryżu narody świata wspólnie uzgodniły cel: „Utrzymania wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie znacznie poniżej 2°C poziomu przedindustrialnego i kontynuowanie wysiłków na rzecz ograniczenia wzrostu temperatur do 1,5°C.”. Co to oznacza z punktu widzenia emisji gazów cieplarnianych? Nawet łagodniejszy cel ograniczenia ocieplenia do 2°C oznacza konieczność wyzerowania emisji CO2 do połowy stulecia. To już za niewiele ponad 30 lat! I zalesianie tu nie pomoże, bo nawet nierealnie ambitny program zalesiania może przesunąć datę koniecznego wyzerowania emisji ze spalania paliw kopalnych co najwyżej o kilka lat. Krótko mówiąc: narody świata uzgodniły, że od połowy stulecia na świecie nie powinno spalać się paliw kopalnych. Być może celu tego nie uda się osiągnąć, choć przełomowe technologie mogą ten proces ułatwić, a nawet przyśpieszyć, ale wraz z nasilającymi się katastrofami klimatycznymi i kolejnymi milionami uchodźców klimatycznych cele redukcji emisji będą najpewniej zaostrzane. Już teraz w Unii Europejskiej coraz głośniej podnosi się, że aby zrealizować zobowiązania z Paryża, cena uprawnień do emisji musi rosnąć szybciej niż na ilustracji 1.

Ropa jest substancją najtrudniejszą do zastąpienia i większość jej dostępnych zasobów zostanie najprawdopodobniej wykorzystana. Następnym na liście wygodnych i relatywnie czystych źródeł energii jest gaz, który będzie traktowany w energetyce jako paliwo przejściowe. Za to najmniej pożądanym paliwem kopalnym, od którego będzie się odchodzić najszybciej, jest węgiel. Jest on paliwem nie tylko najbrudniejszym (zarówno pod względem emisyjności, jak i konwencjonalnych zanieczyszczeń, szkód górniczych itp.), ale też najłatwiejszym do zastąpienia. Co więcej, jeśli węgiel będzie w przyszłości wydobywany, to przede wszystkim w kopalniach o najniższych kosztach wydobycia, takich jak kopalnie odkrywkowe w Australii, Rosji czy Kazachstanie, a nie w coraz kosztowniejszych kopalniach głębinowych na Śląsku. A zatem broniąc wytwarzania prądu z węgla szykujemy grunt pod import tego paliwa.

Coraz powszechniejsze wliczanie kosztów zewnętrznych energetyki węglowej na zasadzie „zanieczyszczający płaci” wbija zaś gwóźdź do trumny tego paliwa. Jednocześnie szybko spadające ceny odnawialnych źródeł energii – przede wszystkim wiatru i słońca – oraz rozwój rozwiązań ukierunkowanych na stabilizację sieci już teraz w wielu krajach czynią węgiel paliwem nieopłacalnym. A zatem budowanie dziś nowych elektrowni węglowych, które miałyby działać 40 czy 50 lat nie ma sensu ekonomicznego – będą to bowiem źródła najdroższej energii (patrz ilustracja 2), trwale nierentowne, a do tego nieelastyczne i „betonujące” system energetyczny w formie skansenu.

Zamiast zadawać pytanie „jak utrzymać miejsca pracy w systemowo nierentownych kopalniach na Śląsku” powinniśmy zadać pytanie „Jak na Śląsku stworzyć liczne przyszłościowe miejsca pracy”. Kierujmy tam miliardy, ale nie jak dziś na utrzymywanie przy życiu schyłkowej branży, ale na uprzemysłowienie go po nowemu. To właśnie w sektorze OZE i efektywności energetycznej będzie biznes do zrobienia i miejsca pracy, a nie w coraz głębszych dziurach w ziemi i technologiach węglowych minionej epoki. Wysoka kultura techniczna tego regionu predestynuje go do stania się centrum takich przemian.

Transformacja światowego systemu energetycznego będzie kosztować dziesiątki tysięcy miliardów dolarów. Ktoś te pieniądze wyda, ktoś je zarobi. Ci, którzy pierwsi zbudują kompetencje w obszarze efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii będą mieli największy udział w tym torcie. Będą mieli innowacyjną gospodarkę, zyski, czyste powietrze i wodę oraz poczucie, że byli „Dobrą zmianą”. Ci, którzy w imię konserwowania status quo będą zmiany blokować i opóźniać rozwój technologii nowej rewolucji energetycznej, zostaną skansenem technologicznym, następnie (wraz z wprowadzaniem coraz ambitniejszych polityk ochrony klimatu) zostaną ich importerem, będą mieli środowisko w gorszym stanie i kaca moralnego jako „czarne owce” polityki klimatycznej.

Powinniśmy też mieć na uwadze, że polski system elektroenergetyczny jest zdekapitalizowany, a starzenie się elektrowni i sieci przesyłowych oznacza, że tak czy inaczej w najbliższych dekadach trzeba będzie zainwestować setki miliardów złotych, niezależnie od tego, czy postanowimy budować nowszą infrastrukturę węglową, czy pójść drogą reszty świata.

Trzeba tylko pamiętać, że postulując inwestowanie w infrastrukturę węglową de facto czynimy iście diabelski zakład, obstawiając w praktyce scenariusz rozpadu Unii Europejskiej, a co najmniej wyjście z niej naszego kraju, klęskę światowej polityki klimatycznej i stagnację technologiczną. Jeśli te rachuby się nie sprawdzą, zostaniemy Wielkim Przegranym, a osoby podejmujące dziś błędne decyzje, będą przeklinane przez nasze dzieci.

Źródło: REO.PL