font_preload
PL / EN
Energetyka Energia elektryczna OZE 11 grudnia, 2015 godz. 8:40   
REDAKCJA

Ręczne sterowanie w energetyce, czyli chytry plan Komisji Europejskiej

Turbiny wiatrowe Turbiny wiatrowe

KOMENTARZ

Marcin Przychodzki

StopWiatrakom.pl

Jesteśmy już przyzwyczajeni do tego, że Komisja Europejska próbuje za wszelką cenę ograniczać państwom członkowskim ich kompetencje we wszelkich dziedzinach. Sukcesywnie tworzone są mechanizmy regulacyjne, które przenoszą cały ciężar władzy na Komisję Europejską i jej urzędników. Energetyka nie jest tutaj żadnym wyjątkiem, a wręcz przeciwnie, stała się głównym obszarem aktywności Komisji prowadzonej pod hasłem „walki ze zmianami klimatu”.


System handlu emisjami CO2, ograniczanie pomocy publicznej dla górnictwa węgla czy też nieograniczone wsparcie dla odnawialnych źródeł energii są tego dowodem i skutkują poszerzaniem władztwa eurobiurokracji. Niestety, to dopiero początek zmian wynikających z tej polityki. Dowodzi tego zarówno urzędowo zadekretowany dogmat o globalnym ociepleniu, jak i ostatni raport Komisji o stanie prac nad projektem „unii energetycznej” i opublikowane w związku tym materiały – por. http://europa.eu/rapid/press-release_MEMO-15-6106_en.htm oraz gros materiałów analitycznych, w tym także poświęconych poszczególnym krajom członkowskim, które dostępne są tutaj.

Tempo prac i zapał, z jakim Komisja Europejska dąży do wdrożenia projektu pn. „unia energetyczna”, świadczą nie tyle o determinacji w walce ze zmianami klimatu, bo ten będzie się zmieniał bez względu na działania Komisji Europejskiej, ile o próbie zawłaszczenia kolejnego obszaru władzy publicznej należnego dotąd państwom członkowskim. Jest to w pełni zgodne z oficjalną linią włodarzy UE zmierzającą do budowy państwa federacyjnego w Europie i sprowadzenia roli państw członkowskich do poziomu landów w Niemczech czy autonomicznych regionów w Belgii. Ten nadrzędny cel polityczny przyświeca wszystkim działaniom Komisji i nie można go nigdy pomijać w analizach jej funkcjonowania.

Z tej perspektywy warto zatem na chłodno przeanalizować, co naprawdę kryje się za pomysłem „unii energetycznej” i z czym przyjdzie się mierzyć polskiemu rządowi w najbliższych latach. Niedobra wiadomość jest taka, że nie da się tego zablokować na poziomie ustawodawstwa krajowego, a jedynie na poziomie unijnym. Wraz z wejściem w życie Traktatu z Lizbony nasz parlament definitywnie stracił możliwość blokowania ustawodawstwa europejskiego, co umożliwiłoby jakiekolwiek normalne negocjacje w tej sprawie. Prace nad projektem „unii energetycznej” są zatem daleko bardziej istotne od jakichkolwiek ustaleń COP 21 w Paryżu, mimo całej wrzawy wokół tego szczytu. Porozumienie globalne, jako umowa międzynarodowa, musi być ratyfikowane przez polski parlament, zaś „unia energetyczna” de iure została przyjęta w październiku 2015 r. na europejskim szczycie klimatycznym. Wynika z tego tyle, że może być ona wprowadzona poprzez wewnętrzne regulacje Unii oraz że nie będzie jak się przed tym obronić, bo zostaniemy przegłosowani. Decyzję w tej sprawie podjął już poprzedni rząd, a obecnemu zostaje podjęcie próby renegocjacji lub zaakceptowanie sytuacji, przy czym to drugie skończy się kompletną zapaścią polskiej energetyki.

Co naprawdę kryje się za pomysłem „unii energetycznej”?

Po pierwsze, dekarbonizacja

Redukcja emisji dwutlenku węgla, jako główny cel „unii energetycznej” jest co najmniej dziwaczny i pozbawiony jakichkolwiek podstaw logicznych czy ekonomicznych. Poważne potraktowanie hasła „dekarbonizacji” oznaczałoby bowiem całkowitą eliminację węglowodorów z gospodarki, czyli węgla, gazu, ropy naftowej i ich pochodnych. A przecież są one obecne dosłownie wszędzie. Niestety, Komisja Europejska uwierzyła, że jest to nie tylko możliwe, ale i konieczne dla „ratowania klimatu”. Skończy się to oczywiście zmianą postulatu przejścia z gospodarki niskoemisyjnej na gospodarkę zero emisyjną, czyli zakazem używania węgla, gazu i ropy naftowej. W tym celu wymyślono przecież cały system handlu emisjami CO2, czyli system kupowania węgla na kartki przez tych, którzy go zużywają. Nie jest zaskoczeniem, że kartki te rozdaje i przydziela Komisja Europejska i bynajmniej nie według potrzeb poszczególnych gospodarek, ale według własnego „planu”, co umożliwia jej ręczne sterowanie rozwojem poszczególnych krajów. Dostęp do energii elektrycznej gwarantuje bowiem rozwój gospodarczy. Jak widać Hilary Minc znalazł naśladowców w Europie i mógłby zostać patronem Dyrekcji Generalnej ds. Klimatu.

Takimi właśnie działaniami Komisja wspiera przemysł producentów technologii OZE, a zwalcza tradycyjną energetykę surowcową. Politycznie wyznaczone cele redukcji emisji CO2 (min. 40% do 2030 r.) i urzędowe zwalczanie producentów emisji CO2, skutkują ucieczką przemysłu ciężkiego poza Unię Europejską (przeniesienie miejsca emisji), utratą miejsc pracy oraz wzrostem cen energii elektrycznej. Tymczasem, wbrew oczywistym faktom, Komisja dalej uważa, że dekarbonizacja przynosi korzyści gospodarkom, bo daje możliwość rozwoju nowych rynków i technologii z zakresu odnawialnych źródeł energii.

“The targets are delivering several economic benefits. They reduce Europe’s external fuel bill. The targets also bring considerable opportunities for industry and business to develop and profit from new markets and technologies, support innovation and help to create new opportunities for growth and jobs.”

Niestety, korzyści te są bardzo wąsko adresowane do niewielkiej grupy producentów OZE, na których sukcesy muszą składać się inni. Cele klimatyczne UE przyjęte na rok 2030 zakładają obniżenie emisji CO2 aż o 40%, ale trudno uwierzyć, że to się skończy czymkolwiek innym niż zakazem używania węglowodorów w ogóle i wprowadzeniem przymusu korzystania z odnawialnych źródeł energii dosłownie wszędzie, np. z samochodów elektrycznych. Jako bardzo niebezpieczny należy ocenić pomysł rozszerzania systemu handlu emisjami (ETS) na inne sektory niż energetyka i przemysł ciężki. Szczególnie narażonymi sektorami są tutaj transport, rolnictwo, leśnictwo oraz budownictwo. Już dzisiaj poważnie traktuje się pomysły obniżenia produkcji metanu przez bydło poprzez wprowadzenie dla producentów rolnych (hodowców bydła) pozwoleń na jego emisję. A wszystko to pod szyldem „dekarbonizacji” gospodarki. Jest to pomysł szczególnie niebezpieczny właśnie dla polskiej gospodarki, gdzie ponad 90% pozyskiwania energii cieplnej i elektrycznej oparte jest na paliwach kopalnych. Prezydent Duda jednoznacznie wypowiedział się w tej sprawie – por.

Po drugie, efektywność energetyczna

Wskazanie „oszczędzania energii” jako osobnego celu polityki energetycznej świadczy o zorientowaniu Komisji Europejskiej na działania pozorowane, gdzie energię zaoszczędzoną przez poprawę efektywności energetycznej rozumie się jako źródło energii samo w sobie (sic!).

“In this context, the Energy Union stressed the need to fundamentally rethink energy efficiency and treat it as an energy source in its own right, representing the value of energy saved.”

Niestety, Komisja nie przyjmuje do wiadomości, że nawet intensywne poprawianie efektywności ma swoje granice, tak jak i np. miniaturyzacja przedmiotów czy odchudzanie. Z chwilą, kiedy brakuje energii elektrycznej, to jej oszczędzanie niewiele da zwłaszcza, że jest to taki rodzaj towaru, którego nie da się zmagazynować. Czynione są oczywiście próby w tym względzie, ale jest to jeszcze w fazie eksperymentów.

Postulat zwiększania efektywności energetycznej ma raczej służyć ukryciu faktu, że wiatr i słońce jako źródła energii są niewydajne i nieprzewidywalne. Nie mogą też stanowić bazy do konsumpcji energii czy produkcji przemysłowej.

Komisja Europejska nie byłaby sobą, gdyby przy tej okazji nie zapowiedziała całkiem nowych regulacji prawnych dotyczących charakterystyki energetycznej budynków, gdyż, jak stwierdziła Komisja w swoim raporcie, to budynki odpowiadają za 40% końcowego zużycia energii w UE. Należy się więc spodziewać nie tylko zaostrzenia wymogów technicznych wobec nowo budowanych obiektów, ale również wprowadzenia wymogu przeprowadzenia generalnych remontów wszystkich istniejących budynków w celu „dostosowania” ich do nowych norm. Główne „uderzenie” pójdzie zapewne w stronę wolnostojących domów jednorodzinnych, którym nakaże się wprowadzenie systemów grzewczych opartych wyłącznie na odnawialnych źródłach energii. W ten prosty sposób wsie mogą opustoszeć z uwagi na koszty modernizacji domów.

Jednak największy ciężar zwiększenia „efektywności energetycznej” spadnie na sektor transportu. Należy spodziewać się, że dla nowych samochodów, ciężarówek, autobusów i innych pojazdów zostaną zaostrzone normy emisji spalin. Jak sobie producenci samochodów radzili z tymi wymogami, widać było po aferze Volkswagena, ale teraz będzie to już znacznie utrudnione. Komisja narzuci bowiem wymóg produkcji samochodów elektrycznych i zapewnienia odpowiedniego ich udziału w rynku. Już dzisiaj producenci hybryd powinni zwiększać moce produkcyjne, bo zarobią krocie.

Po trzecie, wewnętrzny rynek energii

Komisja Europejska wyznaczyła sobie też za cel stworzenie wewnętrznego rynku energii poprzez zwiększenie możliwości przesyłu energii elektrycznej między krajami członkowskimi tak, by uzyskać wynik w postaci 10% energii przesyłanej przez interkonektory. Należy zdawać sobie sprawę, że działanie to wymaga budowy setek kilometrów linii przesyłowych wysokiego napięcia zarówno na lądzie, jak w morzu i wiąże się z gigantycznymi wydatkami inwestycyjnymi oraz wyłączeniem spod użytkowania setek kilometrów kwadratowych przestrzeni. Pojęcie „rynku wewnętrznego” [ang. „internal market”] jest tutaj używane w znaczeniu rynku obejmującego wszystkie kraje UE. W istocie rzeczy Komisja dąży najpierw do połączenia osobnych 28 rynków krajowych w rynki regionalne, obejmujące kilka państw członkowskich tak, by w ramach nich umożliwić bilansowanie się systemów energetycznych. Polska jest tutaj zaliczana do rynku niemieckiego razem z Danią, Norwegią, Szwecją, Czechami i Austrią. Mówiąc wprost, Komisja liczy na to, że niestabilna i niesterowalna energia pochodząca z generacji wiatrowej i słonecznej, w okresach jej nadprodukcji będzie mogła być „upychana” w krajach sąsiednich, przed czym dzisiaj bronią się krajowi operatorzy systemów energetycznych. Sprawa tych niechcianych nadwyżek energii z Niemiec była już przedmiotem korzystnego rozstrzygnięcia dla Polski przez ACER (unijna Agencja ds. Współpracy Organów Regulacji Energetyki), który przyznał Polsce rację w tym sporze. Więcej o tym sporze można przeczytać tutaj.

Realizacja propozycji Komisji umożliwi zdestabilizowanie rynków energetycznych na większą skalę niż to się dzieje obecnie, gdyż budowa linii przesyłowych oraz interkonektorów, zwłaszcza na granicy polsko-niemieckiej, oznaczać będzie stały zalew polskiej sieci nadwyżkami energii elektrycznej z Niemiec, która z oczywistych względów będzie tańsza od energii pochodzącej ze źródeł krajowych. Innymi słowy, otwarcie naszego rynku energii poprzez zwiększenie mocy przesyłowych z zagranicą nie doprowadzi do eksportu wytwarzanej w Polsce energii elektrycznej, ale ma jedynie na celu wzrost importu energii. Co więcej, nawet tanio kupowana energia w Niemczech nie przełoży się na niższą cenę w Polsce z uwagi na koszt jej przesyłu na duże odległości. W ten sposób z kraju, który mógłby eksportować energię elektryczną, zmienimy się w importerów drogiej energii z zagranicy. Przyjęta w ekspresowym tempie przez Sejm poprzedniej kadencji specustawa przesyłowa doskonale wpisuje się w taką „unię energetyczną”. Budowa ok. 2.600 km linii przesyłowych umożliwi import energii na szeroką skalę. Szerzej pisałem o tym tutaj.

Nie powinno budzić zatem wątpliwości to, że „budowa” wewnętrznego rynku energii przez Komisję Europejską jest tylko mętną przykrywką dla wspierania eksportu energii generowanej przez niestabilne OZE u naszego zachodniego sąsiada i zapewniania im rynków zbytu w takich krajach jak Polska.

Po czwarte, bezpieczeństwo energetyczne

Komunikat Komisji Europejskiej z dn. 18 listopada 2015 r. dopiero jako czwartą w kolejności omawia kwestię bezpieczeństwa energetycznego w Europie, choć kwestia ta powinna być traktowana absolutnie priorytetowo. Komisja nie byłaby sobą, gdyby nie przypisywała sobie wiodącej roli w zapewnieniu ciągłości dostaw paliw i energii, w tym gazu ziemnego (przez rurociągi) i skroplonego gazu ziemnego (LNG). Tymczasem jest to oczywiste zadanie dla krajów członkowskich, gdyż to nie Komisja negocjuje dostawy paliw czy energii, lecz rządy.

Z posiadanych informacji i praktyki działań eurobiurokratów należy wnioskować, że w obszarze tym Komisja Europejska będzie chciała uczestniczyć jako aktywny pośrednik we wszystkich transakcjach handlowych pomiędzy krajami członkowskimi a krajami zewnętrznymi – vide casus dostaw gazu z Rosji przez Ukrainę czy zastrzeżenia Komisji do wyboru przez Węgry rosyjskiego wykonawcy elektrowni atomowej w Paks (Rosatom). Oficjalny motyw to oczywiście przestrzeganie prawa unijnego (ochrona konkurencji czy zamówienia publiczne), ale jak łatwo zgadnąć, Komisja zapewnia sobie w ten sposób dostęp do wiedzy o warunkach transakcji w kluczowych obszarach gospodarki. Warto pamiętać o tym angażując ją w cokolwiek.

Po piąte, badania, innowacje i konkurencyjność

Z oficjalnego i dość enigmatycznego komunikatu Komisji w tej sprawie wynika jedynie, że w tym obszarze Komisja Europejska będzie chciała rozwijać technologie niskoemisyjne w energetyce, gdyż jej głównym celem jest przyspieszenie transformacji energetycznej w Europie i zapewnienie jej pozycji światowego lidera technologicznego.

“The main objective of this strategy is to accelerate the energy transformation in Europe and ensure that such a transformation is used for the EU industry to reach a leading position in low-carbon technologies, thereby fostering green growth and jobs.”

Aby dowiedzieć się, co to konkretnie oznacza, będzie trzeba poczekać na konsultacje publiczne w tej sprawie. Jednak już dzisiaj widać, że wsparcie na badania będzie adresowane tylko do tych gałęzi przemysłu, które gwarantować będą brak zużycia węglowodorów. Jasnym sygnałem w tej sprawie jest wycofywanie się przez banki z finansowania jakichkolwiek projektów węglowych, co ostatnio zrobił niderlandzki ING Bank.

Podsumowanie

Z lektury wyznaczonych przez Komisję Europejską pięciu obszarów regulacji w ramach projektu „unii energetycznej” nasuwa się wniosek, że nie zostały one dobrane w wyniku analizy cech i potrzeb poszczególnych krajowych rynków energii państw członkowskich UE, ale zostały wymyślone przy biurku. Wizja ta porządkuje energetykę w gruncie rzeczy wg jednego kryterium – „emisyjności”. Najlepsza energetyka to ta, która nie emituje CO2, zaś najgorsza to ta, która jest oparta na paliwach kopalnych. Jednym słowem, zaprzęgnięto energetykę do „walki z klimatem”, choć ta jest najmniej winna temu, że klimat się zmienia. Cała reszta to tylko logiczne konsekwencje tej zasady (nacisk na zmniejszanie zużycia energii, nacisk na pozbycie się górnictwa i elektrowni węglowych, nacisk na wdrażanie technologii pochodzących z najbardziej uprzemysłowionych krajów, ustalenie wskaźników OZE do osiągnięcia). Skąd wśród eurobiurokratów przekonanie, że węgiel jest szkodliwy dla gospodarki, można się tylko domyślać. Dlatego jestem przekonany, że Komisja będzie blokować i utrudniać powstawanie w krajach członkowskich tego, co nazywa się „rynkiem mocy”, a co w gruncie rzeczy oznacza konieczność znalezienia sposobu utrzymywania i finansowania elektrowni dających energię w sposób stabilny i sterowalny. Elektrownie jądrowe, gazowe czy też węglowe nie mieszą się już w „ramach” unii energetycznej, którą rysuje nam Komisja Europejska, gdyż preferuje ona wyraźnie „źródła odnawialne” bez względu na koszty wdrożenia tego pomysłu w życie i bez względu na ich efektywność.

Wszystko to razem wzięte skłania do wniosku, że działania Komisji Europejskiej zmierzają osiągnięcia przy pomocy polityki energetyczno-klimatycznej celów innych niż te oficjalnie prezentowane, czyli celów o charakterze politycznym. Według mnie, Komisja dąży do zapewnienia sobie monopolu władzy regulacyjnej na rynkach energetycznych w Europie. W ten sposób Komisja Europejska, po cichu, bez ani jednego wystrzału oraz bez wydatkowania morza pieniędzy na wykup aktywów, podporządkuje sobie gospodarkę całej Europy, wspierając „nowoczesną” energetykę pochodzącą ze starych krajów UE. Sprawy wpływu OZE na klimat, zdrowie ludzi czy ceny energii elektrycznej to już sprawy uboczne dla Komisji, byle tylko sprzedać kolejne tysiące turbin wiatrowych czy paneli fotowoltaicznych i zawładnąć rynkiem energii w Europie. W zasadzie można uznać, że toczymy z Komisją Europejską wojnę węglową. Tylko czy rząd o tym wie i czy będzie umiał odzyskać polską energetykę z rąk eurobiurokratów?

Źródło: CIRE.pl/StopWiatrakom.pl