font_preload
PL / EN
Energetyka Energia elektryczna Węgiel 21 lipca, 2017 godz. 7:31   
KOMENTUJE: Robert Tomaszewski

Tomaszewski: Polski miks energetyczny to więcej zapowiedzi niż konkretny plan (ROZMOWA)

bełchatów fot. PGE

Rząd uruchamia nowe inwestycje w energetyce, budowane są nowe bloki, a w planach jest wprowadzenie regulacji ułatwiających inwestycje w moce węglowe. Przygotowywane jest także złagodzenie reżimu prawnego wobec OZE. Grzechem zaniedbania jest jednak brak generalnego planu i recepty dla bolączek polskiej energetyki – mówi w rozmowie z portalem BiznesAlert.pl Robert Tomaszewski, analityk Polityka Insight.

Na temat udziału węgla w nowym miksie energetycznym wiemy tyle, ile wiedzieliśmy, natomiast wiemy mniej o pozostałych źródłach energii. Mówi się o OZE, gazie i być może o atomie. W 1989 roku niemal 99 proc. energii w Polsce pochodziło z węgla. W ciągu 25 lat udział węgla zmniejszył się o zaledwie 15 proc. W tej chwili chcemy go zmniejszyć o 25 proc. w ciągu 13 lat. Jak można ocenić pod tym kątem założenia do miksu energetycznego?

Robert Tomaszewski, analityk portalu PolitykaInsight: Niedawna zapowiedź ministra Tobiszowskiego, że węgiel będzie odpowiadał w 2030 r. za minimum 60 proc. polskiego miksu paliwowego, nie jest zaskoczeniem. Bardzo podobne wyliczenie pojawiło się już w 2015 r. w projekcie „Polityka energetyczna Polski do 2050 roku” autorstwa ówczesnego Ministerstwa Gospodarki. Węgiel pozostanie dominującym paliwem, ale jego udział w naszym miksie będzie maleć. To jedyny konkret jaki pojawił się w wypowiedzi Tobiszowskiego. Nie wiemy, ile będziemy w 2030 r. produkować prądu z OZE, ile z atomu, a ile z gazu. Wciąż nie ma projektu nowej polityki energetycznej, są jedynie zapowiedzi. Z drugiej strony podejmowane są twarde decyzje inwestycyjne. Kontrolowane przez państwo spółki energetyczne uruchomiły ogromne, warte ponad 30 mld zł, projekty budowy nowych elektrowni, głównie opalanych węglem kamiennym. Ich powstanie w dużej mierze będzie finansowane z wyższych rachunków za energię. Rząd tworzy nowy miks paliwowy metodą faktów dokonanych, bez generalnego planu i celu.

Jak Pana zdaniem zapowiedź budowy wiatraków morskich koresponduje z nowelizacją ustawy o OZE? Nieprzypadkowo wchodzi ona w życie w momencie, gdy ważą się losy miksu energetycznego.

Nie doszukiwałbym się tutaj zapowiedzi większych zmian. Tobiszowski wspomniał o farmach wiatrowych. Inwestycją w nie są zainteresowane zagraniczne koncerny, ale na tym koniec. W nowelizacji ustawy o OZE autorstwa Ministerstwa Energii morskie wiatraki zostały dołączone do jednego z koszyków aukcyjnych, w ramach którego producenci będą rywalizować o dopłaty do produkcji energii. Problem jednak w tym, że w koszyku tym znalazły się też elektrownie wodne i instalacje geotermalne i to one będą wygrywały aukcje, bo produkcja energii w nich jest dużo tańsza niż w morskich wiatrakach. Dla branży wiatrowej ważniejszy jest jednak zapis o obniżeniu podatku od nieruchomości, który przywróci stan prawny sprzed wprowadzenia ustawy o lokalizacji farm wiatrowych. To oczekiwana korekta, która powinna wydarzyć się już dawno.

Udział węgla brunatnego w nowym miksie w dużej mierze będzie uzależniony od dwóch odkrywek – chodzi o Ościsłowo i Złoczew. W obu przypadkach przedsiębiorstwa prywatne i należące do Skarbu Państwa mają do czynienia z protestami utrudniającymi inwestycje, których ostateczny los nie jest znany. Czy jest to uwzględnione w miksie? Czy w tej sprawie może się coś jeszcze zmienić?

Dziś paliwo to zapewnia 32 proc. dostaw energii. Według prognozy Ministerstwa Gospodarki z 2015 r. udział ten spadnie do 26 proc. w 2025 r. i do zaledwie 5 proc. w 2035 r. Luka w zdolnościach do generowania energii nie pojawi się z dnia na dzień, ale będzie stopniowo rosnąć, zwiększając presję na firmy energetyczne, by budowały elektrownie opalane innymi paliwami lub nowe odkrywki. Szczególnym problemem jest należąca do PGE Elektrownia Bełchatów, która jest największą siłownią w Polsce i samodzielnie dostarcza do systemu energetycznego 20 proc. prądu, który jest produkowany w kraju. Jej przyszłość zależy od budowy nowej odkrywki w Złoczewie. Problem polega też na tym, że złoże to jest oddalone o około 50 kilometrów od Bełchatowa, co oznacza konieczność budowy specjalnej linii kolejowej do transportu węgla albo budowy nowej elektrowni przy złożu. Oba te scenariusze oznaczają dla PGE duże obciążenia. Ma to istotne znaczenie szczególnie z tego względu, że niebawem zmiany zaproponowane przez Brukselę w dyrektywie EU ETS sprawią, że po 2021 roku produkcja energii z węgla brunatnego będzie bardzo droga. Alternatywą byłoby inne wykorzystanie znacznie rozbudowanej infrastruktury w Bełchatowie, na przykład budowa elektrowni na węgiel kamienny lub elektrowni gazowej. Były również pomysły na elektrownię atomową; po zalaniu odkrywki powstałby zbiornik wodny służący do chłodzenia reaktorów, ale na razie jest to raczej nierealne. Jeśli chodzi o Ościsłowo, jest to prywatna sprawa zespołu elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. System energetyczny poradzi sobie z zamknięciem odkrywki, gorzej z firmą, dla której zmiana paliwa będzie stanowiła duży problem, a same elektrownie nie będą już spełniać technicznych norm. Na horyzoncie jest też Gubin, jednak tam opór społeczny jest bardzo duży. Zakładając, że Polska pozostanie w Unii Europejskiej, do tej inwestycji raczej nie dojdzie.

We wspomnianym już dokumencie Ministerstwa Gospodarki miks energetyczny do 2030 roku zakładał 11-procentowy udział energii atomowej, co zapowiadał również minister Tobiszowski. Jest jednak mało prawdopodobne, by elektrownia atomowa powstała w ciągu 13 lat.

Rzeczywiście rok 2030 jest mało prawdopodobnym terminem realizacji budowy elektrowni atomowej, szczególnie że z Zachodu docierają do nas pesymistyczne wiadomości o bankructwie Westinghouse’a i pojawiających się opóźnieniach w budowanej przez EDF brytyjskiej atomówce Hinkley Point. Z drugiej strony resort energii uważnie obserwuje rozwój spraw na Wschodzie. Minister Piotrowski pojechał ostatnio do Chin, by spotkać się z zarządem chińskiego przedstawiciela sektora jądrowego. W kwietniu w podobnym celu odwiedził też Koreę Południową. Możliwe, że to właśnie stamtąd będziemy ściągać technologię do budowy elektrowni atomowej. Warunkiem koniecznym jest jednak podjęcie przez rząd politycznej decyzji, co stoi teraz pod wielkim znakiem zapytania.

Obecnie regulacje wyglądają tak, że jeśli jakaś spółka chce pozostać w rynku mocy, musi spełniać normę 550 g/kWh. Minister Tobiszowski postuluje, by norma ta nie była stosowana wobec jednostki wytwórczej, a do całego kraju i usprawiedliwia to przykładem Niemiec, które już wykorzystują proponowany system. Czy nie byłby to kompromis Warszawy i Komisji Europejskiej?

Powinno się to udać, ponieważ forsowano ten pomysł i lobbowano za nim od dawna. Norma 550 g/kWh nadal będzie obowiązywać, ale Polska raczej wywalczy ustępstwa pozwalające na dotowanie nowych bloków węglowych w ramach rynku mocy. W zamian oczekiwane będą od nas ustępstwa w innych kwestiach, np. dyrektywy OZE czy zmian w EU ETS. Pytanie na co zgodzi się Warszawa. Decyzje będą podejmowane za kilka miesięcy, więc zapowiada się ciekawa jesień.

Rozmawiał Bartłomiej Sawicki