Kędzierska: Wenezuela przeżywa największy blackout w historii

13 marca 2019, 07:30 Energetyka
Wenezuela Protesty w Wenezueli. Fot. Pixabay

Chociaż w stolicy kraju Caracas udało się w większości przywrócić energię elektryczną, to cały czas brakuje jej w wielu regionach kraju. Blackout wywołał kompletny chaos i pogłębił katastrofę humanitarną. Reżim Maduro winą za awarię obarcza Stany Zjednoczone, oskarżając je o sabotaż przeprowadzony na wenezuelską sieć energetyczną, ale jej przyczyną są lata rażących zaniedbań i korupcja, tak samo jak dewastacja rafinerii – pisze Joanna Kędzierska, współpracowniczka BiznesAlert.pl. 

Blackout pogłębił kryzys humanitarny

Do awarii prądu doszło w zeszły czwartek (7.03), jednak jak zapowiadały na jej początku władze, nie udało się jej usunąć po trzech godzinach. Dziś po prawie tygodniu w wielu częściach kraju blackout trwa nadal. Brak prądu odciął Wenezuelczyków również od wody pitnej. Zdesperowani ludzie zaczęli okradać sklepy, niszczyć mienie, włamywać się do prywatnych domów. Jednak najbardziej skutki awarii odczuli najsłabsi. Pozbawione prądu szpitale nie były w stanie świadczyć podstawowej pomocy, pacjenci zostali pozbawieni dializ, chemioterapii, przestały działać inkubatory. Oficjalnie szpitale informują, że w wyniku blackoutu zmarło 21 osób, ale ofiar może być znacznie więcej. W Internecie pojawiła się informacja, że w jednym ze szpitali neonatologicznych zmarło około 80 noworodków.

W wyniku awarii Wenezuela pogrążyła się w ciemności i została praktycznie odcięta od świata. Jeszcze w nocy z niedzieli na poniedziałek około 90% społeczeństwa nie miało ani dostępu do Internetu, ani zasięgu telefonicznego.

Rażące zaniedbania czy sabotaż? 

Kiedy okazało się, że awaria nie została usunięta po zapowiadanych 3 godzinach, a zaczęła paraliżować cały kraj, Nicolas Maduro stwierdził, że Stany Zjednoczone wraz z opozycją przeprowadziły sabotaż na wenezuelską sieć energetyczną. Reżim przedstawiał przy tym różne wersje rzekomego ataku. Najpierw urzędnicy twierdzili, że doszło do ataku elektromagnetycznego. Później sam Maduro uznał, że Waszyngton użył niezwykle zaawansowanych technologii i za pomocą bliżej niezidentyfikowanych fal, pochodzących z kosmosu przeprowadziły atak cybernetyczny. Żadna z tych teorii spiskowych nie znajduje jednak potwierdzenia w faktach. Wenezuelski blackout był całkowicie do przewidzenia, zwłaszcza, że to nie pierwszy raz, kiedy kraj zmaga się z brakiem energii elektrycznej, chociaż nigdy nie trwał on jeszcze tak długo. Doprowadziły do niego rażące zaniedbania i niedoinwestowanie całej infrastruktury elektrycznej, która od czasów jej skonstruowania w latach 90-ych praktycznie nie widziała remontu.

Pożar lasu spowodował pożar sieci

Do blackoutu doszło po tym jak zapalił się fragment sieci energetycznej między największą w kraju hydroelektrownią w Guri, pokrywającą 80% zapotrzebowania kraju na energię, a podstacjami Malena i San Geronimo B, w stanie Bolivar. Jak tłumaczy BiznesAlert.pl profesor Jose Maria de Viana, inżynier cywilny z Uniwersytetu Katolickiego Andres Bello w Caracas, do pożaru doszło przez nie usuniętą roślinność, która znajdowała się w obszarze sieci elektrycznej. – Miejsce, w którym doszło do pożaru słynie z bardzo bujnych lasów, które zapaliły się, ponieważ jest sucho. Każdy inżynier zajmujący się sieciami elektrycznymi doskonale wie, że grunt, nad którym one przebiegają powinien być goły. Rażące zaniedbania doprowadziły do tego, że nikt nie pofatygował się, żeby roślinność usunąć i doszło do tragedii – powiedział de Viana.

Powstaje jednak pytanie jak to możliwe, że pożar niewielkiego fragmentu sieci spowodował wyłączenie prądu w całym kraju, który ma trzykrotnie więcej zainstalowanych mocy niż zużywa, czyli aż 30 tysięcy MW. Problem polega na tym, że spaliła się sieć, która przesyłała prąd z hydroelektrowni w Guri, która jest w tym momencie głównym źródłem energii w Wenezueli.

– W normalnych warunkach awaria powinna zostać usunięta w ciągu kilku godzin, poprzez podłączenie sieci do lokalnych źródeł, wytwarzających energię. Jednak w przypadku Wenezueli nie jest to możliwe, ponieważ 80% zdolności wytwórczych, pochodzących z elektrowni napędzanych gazem, które mogłyby zastąpić przesyłany prąd z elektrowni w Guri nie jest w stanie generować energii, ze względu na fatalny stan infrastruktury wytwórczej i brak gazu. Dlatego też nie było możliwości zastąpienia źródła energii i po uszkodzeniu sieci jej przesyłającej z hydroelektrowni w Guri, jedyną możliwością przywrócenia dostaw prądu była naprawa spalonej instalacji – tłumaczy de Viana.

Ta nadal trwa, ponieważ w Wenezueli brakuje wykwalifikowanych specjalistów, którzy wiedzą jak się za nią zabrać. Wytwarzaniem i przesyłem energii zarządza państwowy koncern Corpoelec, a w praktyce wojsko, które nie ma pojęcia o tym jak działa system elektryczny i w razie awarii jest po prostu bezsilne. Specjaliści, którzy mogliby skutecznie i szybko usunąć awarię opuścili kraj, ze względu na kryzys gospodarczy. Ponadto od wielu lat państwo nie inwestowało w infrastrukturę wytwórczą i przesyłową ani grosza. Zamiast tego dotowało prąd, tak że ludzie otrzymywali go niemal za darmo. Przetargi na ewentualną naprawę czy modernizację sieci były co najwyżej okazją do przykrycia procederu korupcyjnego, na którym bogacili się funkcjonariusze reżimu, a na pewno nie do faktycznych działań.

Wybuchające transformatory i podstacje elektryczne  

Kilka dni po awarii w sieci pojawiły się filmiki obrazujące wybuchy i pożary transformatorów i podstacji elektrycznych, co zaczęło podsycać teorie spiskowe o rzekomym sabotażu. Na Twitterze ludzie przesyłali sobie spektakularne zdjęcia z pożarów transformatorów w podstacji elektrycznej Humboldt w dzielnicy La Ciudadela w Caracas i podstacji Sidor, znajdującej się w stanie Bolivar. Jednak i to ma swoje racjonalne wytłumaczenie. Znowu zawiniły zaniedbania i brak modernizacji infrastruktury elektrycznej, która zawiodła, kiedy próbowano przywrócić dostawy energii.

– W podstacji Humboldt doszło do wybuchu dwóch transformatorów po 25 MW każdy, przez akumulację gazów i zapewne nie wymieniany w nich od długiego czasu olej. Takie sytuacje zdarzają się, gdy zostaje odcięty dopływ energii i potem nagle włączony, ponieważ zostaje zaburzona synchronizacja między konsumpcją energii, a jej produkcją i wtedy dochodzi do zjawiska odrzucenia obciążenia elektrycznego – tłumaczy Jose Maria de Viana.

Dlatego właśnie po tym jak udało się częściowo przywrócić energię w stolicy, światło ponownie zgasło.

Teorie spiskowe Maduro  

Przez niemal już tydzień trwającego w Wenezueli blackoutu reżim miał czas na to, by przemyśleć ostateczną wersję wydarzeń, a nawet znaleźć winnych. Według Maduro to atak cybernetyczny przeprowadzony z Chicago i Houston, w Stanach Zjednoczonych miał storpedować system elektryczny kraju. Reżimowa prokuratura wszczęła już nawet śledztwo przeciwko prezydentowi elektowi, Juanowi Guaidó, który ma być rzekomo winny tych ataków. Problem polega jednak na tym, że w przypadku wenezuelskiej sieci elektrycznej atak hakerski jest niemożliwy.

– Teoria sabotażu to kompletna bzdura. Wenezuelski system elektryczny został zaprojektowany w latach 90-ych, a powstał 20 lat temu, działa całkowicie analogowo. Nie jest sterowany komputerowo. Jest podobny do systemu jakim dysponuje na przykład Rosja. Nie ma możliwości przeprowadzania ataku hakerskiego w przypadku niezdigitalizowanego systemu – mówi ekspert Juan de Viana.

Jak wyjść z kryzysu? 

Blackout odciął Wenezuelczyków nie tylko od energii, ale także i od bieżącej wody. Zdesperowani ludzie, zaczęli więc ją czerpać z okolicznych rzek i cieków wodnych, ustawiając się w długich kolejkach po to, by móc napełnić swoje baniaki. Wszystko dlatego, że woda dostarczana jest za pomocą prądu, a gdy nie ma energii, to nie działa również system wodociągów. W samym Caracas około 1/3 zużywanej przez miasto energii elektrycznej, służy tylko i wyłącznie do dostarczania mieszkańcom wody. Dlatego blackout jest dla Wenezueli największą tragedią cywilną, jaką przeżył ten kraj.

Jak ocenia Juan Maria de Viana potrzeba co najmniej tygodnia, żeby w pełni przywrócić dostawy energii elektrycznej. – Sądzę, że powoli sytuacja zacznie wracać do normy. Reżim Maduro powinien być niedługo w stanie rozwiązać ten problem, z tym, że zapewne jego niekompetentni ludzie zrobią to późno i źle, a więc można się spodziewać, że niedługo dojdzie do kolejnego blackoutu – konstatuje ekspert. 

Nie ma prądu, nie ma ropy?  

Blackout dramatycznie odbił się również na produkcji i eksporcie wenezuelskiej ropy naftowej. Taką informację podał anonimowo wysoki urzędnik Ministerstwa Ropy. Szacuje się, że państwowy koncern naftowy PDVSA, z powodu awarii energii elektrycznej wytwarza zaledwie 500 000 baryłek dziennie, co oznaczałoby aż 50-procentowy spadek w stosunku do sytuacji sprzed blackoutu. Rząd Maduro ogłosił wszystkie dni, począwszy od 7 lutego, kiedy zgasł prąd, dniami wolnymi od pracy, w związku z tym nie pracował i państwowy koncern wytwarzający surowiec. Problem wzmógł również wynikający z awarii prądu paraliż kompleksu rafineryjnego w Jose, położonego nad Morzem Karaibskim. Nie był on w stanie przetwarzać ropy, ale i eksportować surowca, bowiem stanął również terminal. Szacuje się, że Jose może wytwarzać około 450 000 baryłek syntetycznej ropy dziennie. Wenezuelskie władze starają się przywrócić zasilanie w kompleksie, ale na razie bez sukcesu.

Chociaż w znacznie mniejszej ilości, ropę mimo blackoutu udaje się Wenezueli produkować, ponieważ jak mówi BiznesAlert.pl ekspert ds. energetycznych, profesor Rafael Quiroz z Uniwersytetu Centralnego w Wenezueli, państwowa PDVSA posiada w niektórych instalacjach swoje własne elektrownie, dzięki czemu nie zależy całkowicie od energii przesyłanej z hydroelektrowni w Guri. – Jeśli chodzi o załadunek surowca terminale mogą być obsługiwane mechanicznie, a nie za pomocą energii elektrycznej – dodaje Quiroz.

Na tak dramatyczny spadek produkcji, zareagował światowy rynek surowca. W USA od poniedziałku ropa podrożała o prawie 2 procent.