font_preload
Bezpieczeństwo 17 marca, 2017 godz. 7:30   
KOMENTUJE: Piotr Wołejko

Wołejko: Porażka populistów w Holandii to nie koniec ich marszu w Europie

Geert Wilders Geert Wilders. Fot. Flickr

Miał bić się o zwycięstwo, a przegrał o dwie długości. Geert Wilders i  jego Partia Wolności nie odnieśli sukcesu w wyborach parlamentarnych w Holandii. Powiększyli co prawda stan posiadania o kilka mandatów, lecz dla kogoś, kto był faworytem sondaży przez długie miesiące, ostateczne wyniki wyborów muszą być klęską. Nawet jeśli próbowałby twierdzić, że to zwycięstwo. Europa odetchnęła z ulgą, lecz tak naprawdę porażka Wildersa nie powstrzymuje marszu populistów. Nie dlatego, żeby jego klęska nie była ważna. Po prostu żadnego marszu nie ma. Jest natomiast duża niechęć zachodnich społeczeństw do autoryzowania wielu elementów dotychczasowej polityki prowadzonej przez główne ugrupowania. Holenderskie wybory niczego w tej dziedzinie nie zmieniają – pisze Piotr Wołejko, ekspert ds. międzynarodowych współpracujący z BiznesAlert.pl.

Brexit, Trump a teraz Wilders, tak to widzieli zwolennicy kontrowersyjnego polityka oraz całkiem pokaźna grupa „buntowników” w Europie oraz w Stanach Zjednoczonych. Zapomnieli o tym, że w międzyczasie porażkę w wyborach prezydenckich w Austrii poniósł Norbert Hofer – kto by pamiętał o Austrii, prawda? Tymczasem austriackie wybory były równie ważne jak te w Holandii. Tym bardziej, że z powodu nieprawidłowości wyborczych zaszła konieczność powtórzenia drugiej tury głosowania. Wydawało się, że Austriacy wybiorą Hofera, który atakował politykę wobec migrantów. Nic z tych rzeczy. Hofer przegrał w powtórzonym głosowaniu bardziej, niż w pierwotnym.

Kalendarz wyborczy

Wilders przez długi czas przewodził sondażom, a partia urzędującego premiera Marka Rutte zajmowała drugie miejsce – z mniejszą bądź większą stratą do Partii Wolności. Trend zaczął się odwracać kilka tygodni temu. Wilders stanął w miejscu, a Rutte szedł do góry. Co prawda wynik wyborczy oznacza dla Ruttego utratę ¼ mandatów w parlamencie, to jednak odniósł on sukces. Wydaje się, że powinien dalej stać na czele rządu, choć w nieco innym układzie koalicyjnym. Częściowe przejęcie retoryki Wildersa się opłaciło. Koniec końców po Brexicie i Trumpie mamy dwie porażki populizmu z rzędu.

Uwaga opinii publicznej przenosi się teraz do Francji i Niemiec, gdzie odbędą się kolejne wybory – prezydenckie i parlamentarne. Za nieco ponad miesiąc do urn pójdą Francuzi. Sondaże wskazują na to, że Marine Le Pen na pewno znajdzie się w drugiej turze wyborów prezydenckich. Z badań wynika też, że każdy z jej głównych rywali bezproblemowo pokonuje ją w dogrywce. Zarówno skompromitowany finansowymi skandalami Francois Fillon, kandydat prawicy republikańskiej, jak i progresywno-liberalny Emmanuel Macron, wygrywają z Le Pen. Czy sondaże są jednak wiarygodne? Po sukcesie Trumpa w USA trzeba zawsze stawiać takie pytanie. Pani Le Pen też ma poważne problemy z prawem, lecz dla kandydatów protestu nie przekłada się to na spadek poparcia. Pod auspicjami Partii Wolności w Holandii czy Frontu Narodowego we Francji odnajdują się bowiem ludzie skrajnie wkurzeni na aktualne elity rządzące. Oskarżenia płynące ze strony tych elit pod adresem liderów buntu mają więc w ich oczach niską, jeśli nie zerową, wiarygodność.

W Niemczech sytuacja na ten moment wydaje się opanowana. Populistyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD) balansuje na granicy dwucyfrowego poparcia, podczas gdy dwie główne partie – chadecy oraz socjaldemokraci mają po ponad 30% poparcia. Tak zwane momentum AfD wygasło, choć Niemcy doświadczyli zamachów terrorystycznych, a co jakiś czas powtarzają się ataki ze strony pojedynczych, uzbrojonych w ostre narzędzia, zamachowców.

Fala, której nie było

Wydaje się, że fala populizmu, która była widoczna bardziej w mediach, niż faktyczna, zostanie w tym roku definitywnie powstrzymana. Gdy już Europa przestanie się bać sama siebie, powinna pokusić się o refleksję nad przyczynami powszechnego podniesienia głowy przez populistów, radykałów i nacjonalistów. Zbyt wiele osób czuje, że ich życie nie zmierza w dobrym kierunku. Z różnych przyczyn obawiają się oni o swoją przyszłość, w głównej mierze materialną. Niepokoi ich też poziom bezpieczeństwa – ataki terrorystyczne takie jak te w Paryżu czy w Brukseli odegrały tu istotną rolę. Recepty populistów, sprowadzające się do ataków na islam i jego wyznawców, trafiły zatem na podatny grunt. Problem w tym, że recepty te są albo bardzo ogólne – a przez to niemożliwe do zastosowania – albo kompletnie oderwane od rzeczywistości. Ich zastosowanie może prowadzić co najwyżej do zaognienia konfliktu, a przez to idealnie wpisze się w politykę ISIS czy Al Kaidy, które swoimi atakami starają się doprowadzić do wybuchu konfliktu na tle religijnym. Realizacja takiego scenariusza byłaby równoznaczna z chaosem wewnętrznym w krajach takich jak Francja, Niemcy, Holandia czy Belgia.

Stąd kluczowe jest właściwe zaadresowanie obaw i niepokojów tej części społeczeństw Starego Kontynentu, które dziś wspierają populistów i nacjonalistów. Nie może się to ograniczyć tylko do haseł czy wyśmiewania postulatów zgłaszanych przez Afd czy Partię Wolności. Potrzebne są realne działania, rozwiązujące realne problemy. Być może potrzebna jest nowa polityka spójności UE, która przekieruje część środków z unijnego budżetu do obszarów – głównie w państwach zachodnich – gdzie skala problemów społeczno-ekonomicznych jest największa, a przez to poparcie dla populistów – wysokie. Czas na sięgnięcie po niekonwencjonalne środki, gdyż Wilders bądź jego następcy powinni być cały czas traktowani jako poważni kandydaci do przejęcia władzy.