font_preload
PL / EN
Alert 23 września, 2017 godz. 7:30   

RAPORT: Wybory w Niemczech. Szansa dla Polski?

RAPORT (3)

Solidność – słowo wymyślone, by opisać Niemcy? Z pewnością oddaje ono charakterystykę niemieckiego systemu politycznego po 1945 roku – od tamtego czasu większość rządząca zmieniała się wyłącznie przez wymianę jednego z koalicjantów, a sześciu na dziewięciu kanclerzy sprawowało władzę przez kilka kadencji. Najprawdopodobniej tak będzie i tym razem: wybory do Bundestagu już w najbliższą niedzielę – pisze w najnowszym raporcie Michał Perzyński, redaktor BiznesAlert.pl.

Angeli Merkel nie można odmówić zdolności prowadzenia swojej frakcji do kolejnych zwycięstw wyborczych – to będzie już czwarte. Niemieccy komentatorzy polityczni twierdzą, że osiąga to dzięki zręcznemu marginalizowaniu przeciwników politycznych przez przejmowanie ich postulatów. Od liberalnej FDP przejęła postulat potrzeby szybkiego wzrostu gospodarczego. Od Partii Zielonych – temat ochrony środowiska. Od lewicowych SPD i Die Linke „pożyczyła” temat uchodźców, integracji muzułmanów i krytyki pod adresem koncernów motoryzacyjnych po aferze dieslowej, (prawdopodobnie dlatego debata telewizyjna z szefem SPD Martinem Schulzem odbyła się we wręcz przyjaznej atmosferze). Za jej kadencji zalegalizowano też małżeństwa jednopłciowe – ona sama w tej sprawie głosowała „przeciw”, zdobywając uznanie konserwatywnego elektoratu. Przydomek, który z biegiem lat już przyrósł do niemieckiej kanclerz – „Mutti” (niem. „mamusia”) – jest nieprzypadkowy i chętnie używany zarówno przez jej zwolenników, jak i przeciwników. Ci drudzy używają go ironicznie, podkreślając jej flegmatyzm, który ich zdaniem nie pasuje do sprawowanego przez nią urzędu. Dla tych z pierwszych z kolei „mamusia” jest osobą, która rozwiązuje ich problemy. Właśnie dlatego dzisiaj Merkel nie ma z kim przegrać.

Czego chcą Niemcy?

Szeroko rozumiana energetyka i tematy w naturalny sposób z nią powiązane były jednym z głównych tematów mijającej kampanii. Spore znaczenie ma też wyraźny wzrost nastrojów antyamerykańskich w Niemczech, będący skutkiem tzw. efektu Trumpa, jak i mocno krytyczna ocena większości niemieckiego społeczeństwa wobec polityki Rosji Władimira Putina. Wszystko to przełoży się najpewniej na decyzje polityczne w tym zakresie.

Z sondażu przeprowadzonego przez Der Spiegel wynika, że Niemcy w dużej większości sprzeciwiają się amerykańskim sankcjom nałożonym na rosyjskie firmy energetyczne, które rykoszetem uderzyły w niemieckie i inne europejskie przedsiębiorstwa. 83 proc. respondentów uważa je za niesłuszne, a zaledwie 6 proc. je popiera, reszta pozostaje neutralna. Zapytani o prawdziwy powód owych sankcji, tylko 10 proc. ankietowanych uznało, że jest to odwet za niejasny udział Rosji w amerykańskich wyborach prezydenckich, a 77 proc. uznało, że służy to przede wszystkim interesom gospodarczym USA. Dlatego też 86 proc. stwierdziło, że krytyka wobec amerykańskich sankcji jest uzasadniona, 7 proc. było przeciwnego zdania.

W Niemczech dają o sobie znać też nastroje antyrosyjskie – 64 proc. uważa Rosję Putina za mało wiarygodnego partnera, z kolei ufających Kremlowi jest 28 proc., 55 proc. uważa niemiecko-rosyjskie stosunki gospodarcze za negatywne albo bardzo negatywne. Wyniki te mają bezpośredni związek z konfliktem ukraińsko-rosyjskim – 44 proc. uważa obecną politykę sankcji rządu federalnego wobec Rosji za słuszną, 25 za zbyt radykalną, a 19 proc. za zbyt pobłażliwą.

Niepewna sytuacja na świecie przyczyniła się również do ogólnego zaufania wobec wszystkich partnerów Niemiec w sektorze energetycznym. W lipcu 2017 roku najbardziej zaufanym partnerem została wybrana Norwegia (62 proc. zaufania), następnie Kanada (46 proc.), Rosja (34 proc.), kraje Ameryki Południowej (18 proc.), Meksyk (17 proc.), Bliski Wschód ex aequo z rejonem Morza Kaspijskiego (16 proc.), USA (13 proc.) i Afryka Północna (5 proc.). W ciągu czterech miesięcy od ostatniego przeprowadzonego badania tego typu, na zaufaniu straciły niemal wszystkie wymienione kraje i regiony. Odzwierciedla to obawy o ogólną kondycję międzynarodowej sceny politycznej w niemieckim społeczeństwie.

Co partie chcą dać Niemcom?

Chadecka CDU w programie „Dla Niemiec, w których żyjemy dobrze i chętnie” w zakresie polityki energetycznej i klimatycznej w pierwszej kolejności deklaruje, że jej podstawowym celem jest dotrzymanie założeń tzw. Energiewende, czyli swojego rodzaju transformacji energetycznej. Wiąże się ona ze stopniowym odchodzeniem od paliw kopalnych takich jak węgiel czy ropa naftowa i zwiększanie udziału odnawialnych źródeł energii w miksie energetycznym, podkreślając jednocześnie, że chce do tego dążyć raczej za pomocą rozwiązań rynkowych niż państwowej interwencji. W dokumencie zawarty jest też postulat zwiększenia wysiłków w zakresie rozwoju elektromobilności w celu osiągnięcia celu emisyjnego.

W programie SPD „Czas na więcej sprawiedliwości” słowo „węgiel” pada tylko jeden raz – w kontekście troski o zatrudnienie w landach, gdzie tradycyjnie wydobywa się węgiel, przede wszystkim w Nadrenii-Północnej Westfalii (bastionu SPD). Oficjalnie kładzie też nacisk na rezygnację z paliw kopalnych na rzecz energii odnawialnej nie tylko w celach ochrony środowiska, ale również po to, by „uniezależnić się od regionów, w których toczą się konflikty”.

Najwięcej uwagi kwestiom środowiska i czystej energii w swoim programie zatytułowanym „Odwaga tworzy przyszłość” poświęca tradycyjnie Partia Zielonych. Chcą oni całkowitej rezygnacji z węgla i energii atomowej, zamiast tego proponują przejście do energii odnawialnej w jak największym stopniu. Kładą też nacisk na rozwój elektromobilności i niskoemisyjnych technologii. Opieranie energetyki i gospodarki na gazie i ropie nazywają oni „nieodpowiedzialnym”.

Liberałowie kładą nacisk na zwiększenie konkurencyjności odnawialnych źródeł energii – mówią o dodatkowym inwestowaniu w energię wiatrową „tylko przy powszechnej akceptacji społecznej dla takiego posunięcia”. Życzą sobie dążenia do ustalenia standardów handlu emisjami na płaszczyźnie globalnej, zniesienia ceny minimalnej za certyfikaty emisyjne, ale przede wszystkim ustalenia zasad Energiewende na nowo – argumentują to zbyt dużym ciężarem dla gospodarki i realnej konkurencji, która dla nich ma podstawowe znaczenie. Poprzedni plan nazywają „myśleniem życzeniowym”, a zamiast tego chcą zapewnić energię w lepszej cenie.

Z kolei antysystemowa i skrajnie prawicowa AfD w pierwszych słowach rozdziału „Energia” w swoim programie przeczy istnieniu zmian klimatycznych. Domaga się ona wystąpienia Niemiec z Porozumienia Klimatycznego, porzucenia wszelkich ograniczeń w zakresie emisji gazów cieplarnianych, a w dziedzinie energetyki skupienia się przede wszystkim na cenach energii. Alternatywa dla Niemiec w całości odrzuca wszelkie założenia Energiewende, które według nich powoduje więcej problemów, niż rozwiązuje.

Co dostaną Niemcy?

Sondaże z drugiej połowy września wskazują, że CDU może liczyć na 38 procent poparcia, co w porównaniu z wyborami w 2013 roku oznacza 5 proc. stratę. Poparcie dla drugiej SPD wynosi 23 proc. – w ciągu czterech lat strata o 3 proc. Poparcie dla pozostałych czterech partii oscyluje wokół 8 proc., a różnica między nimi wynosi wielkość błędu statystycznego. Największym wygranym obecnej kampanii jest liberalna FDP, która w mijającej kadencji zmuszona była funkcjonować poza parlamentem, oraz nowa na scenie, skrajnie prawicowa i eurosceptyczna AfD – obie partie zyskały około 5 proc. poparcia od 2013 roku. Popularność Zielonych i Die Linke niemal nie uległy zmianie.

Bundestag liczy 630 miejsc i szacuje się, że w najbliższych wyborach CDU otrzyma 235 mandatów, SPD 146, FDP, AfD, Zieloni i Die Linke podzielą się resztą miejsc mniej więcej po równo – od 50 do 60 miejsc dla każdego. Pozwala to snuć scenariusze o ewentualnych koalicjach rządowych. Są dwa pewniki: przede wszystkim to, że określająca sama siebie jako partia antysystemowa AfD nie będzie uczestniczyć w rządach w żadnej konfiguracji. Od tego radykalnego i kontrowersyjnego stronnictwa zgodnie odcinają się wszystkie pozostałe liczące się partie. Powodem są nie tylko jej radykalne postulaty, ale też fakt, że istotnym zasileniem jej potencjału politycznego były kadry neonazistowskiej partii NPD po jej rozłamie w 2014 roku. Izolacja AfD oznacza, że w żadnym układzie bez CDU nie uda się zgromadzić większości w parlamencie. Rozumując tym tropem, matematycznie w grę wchodzą zaledwie dwa scenariusze: albo ponowne rządy Wielkiej Koalicji, albo tzw. koalicja jamajska – CDU-FDP-Zieloni. W obu z nich Angela Merkel zostanie kanclerzem po raz czwarty.

Stąd wynika pytanie, która z tych opcji jest bardziej prawdopodobna. Na dwa tygodnie przed wyborami Martin Schulz zapowiadał, że SPD nie wejdzie do koalicji rządzącej i przejdzie do opozycji. Chociaż wieloletnie doświadczenia z wielu krajów wskazują, że przedwyborcze deklaracje rzadko są wiążące, to wydaje się, że dla samej SPD takie wyjście byłoby korzystniejsze. Byłaby to już trzecia kadencja Wielkiej Koalicji od 2005 roku, a od tamtego czasu przewaga CDU nad SPD w sondażach wynosiła od 15 do 20 proc.. Wejście SPD do koalicji wyglądałoby na pogodzenie się socjaldemokratów z rolą nierównego konkurenta wobec chadeków. Dla ugrupowania o ponad 150-letniej tradycji, historii opozycyjnej w czasach III Rzeszy, macierzystej partii takich politycznych osobowości jak Willy Brandt czy Helmut Schmidt, posunięcie takie byłoby poniżej jego ambicji, a kadencja spędzona w opozycji pozwoliłaby na zmniejszenie dystansu wobec głównego rywala i ewentualne odegranie pierwszych skrzypiec za kolejne cztery lata.

Dlatego mimo różnic między liberałami a Zielonymi na tle gospodarczym, bardziej realna wydaje się zatem koalicja jamajska. Wśród niemieckiej opinii publicznej uważana jest ona za dosyć egzotyczną, lecz jest to nie do końca słuszne – chociaż na poziomie Bundestagu taki układ jest bez precedensu, to z powodzeniem funkcjonuje on na poziomie niektórych krajów związkowych.

Co to oznacza?

Można wysnuć przypuszczenie, że zmiana układu sił w Niemczech okaże się dla Polski korzystna. Powodów może być kilka – po pierwsze dlatego, że do opozycji przejdzie partia uważana za prorosyjską. Utrata przez SPD wpływów na procesy decyzyjne w Berlinie oznaczać może zmianę kursu wobec kontrowersyjnego gazociągu Nord Stream 2, na czym Polsce zależy szczególnie. Przeciwnikiem tego projektu jest przede wszystkim partia Zielonych, którzy sprzeciwiają się gazociągowi ze względów ekologicznych, ale też prawnych – podobnie jak większość sił politycznych w Polsce nalegają na stosowanie trzeciego pakietu energetycznego dla całego przedsięwzięcia. Do tej pory wstrzemięźliwe w tej sprawie CDU i sama kanclerz mogą po wyborach obrać inną taktykę po wyborach – mówi się, że Merkel osobiście jest przeciwko gazociągowi. Po zmianie koalicjanta nie będzie musiała już chodzić na ustępstwa wobec SPD popierającej projekt, a raczej zmuszona będzie dbać o dobre relacje z Zielonymi. Słowa lidera Partii Wolnych Demokratów Christiana Lindnera o potrzebie złagodzenia polityki sankcji wobec Rosji uznane zostały przez niemiecką prasę i niego samego za polityczne faux-pas, a w swoim programie wyborczym FDP postuluje utrzymanie sankcji wobec Rosji do czasu rozwiązania konfliktu z Ukrainą. Ponadto uznany za ważną postać w historii tego ugrupowania, nieżyjący już Guido Westerwelle swoją pierwszą podróż zagraniczną jako niemiecki wicekanclerz i minister spraw zagranicznych odbył w 2009 roku do Warszawy, gdzie do dziś jest ciepło wspominany. Można zatem liczyć na zmiękczenie stanowiska Niemiec w sprawie Nord Stream 2. Dodatkowo kładąca nacisk na wzrost gospodarczy FDP i podzielająca ten postulat CDU mogą się przyczynić do poprawienia kondycji niemieckiej gospodarki, która jest mocno powiązana z polską.

Trudno jednakże jednoznacznie przewidzieć przyszłość stosunków polsko-niemieckich. Nazwanie ich specyficznymi jest banalne i niewystarczające. Z pewnością ich stan nie zależy wyłącznie od roszad personalnych w strukturach władzy obu państw – wspomnienie premier Beaty Szydło otwierającej targi w Hanowerze razem z Angelą Merkel jest równie żywe, co odległe; obecnie głośny jest spór o reparacje wojenne. Z drugiej strony jednak można sobie przypomnieć Gerharda Schrödera, za kadencji którego Polska wstępowała do Unii Europejskiej, a już dwa lata później musiała protestować przeciwko forsowanemu przez niego gazociągowi Nord Stream. Sinusoidalna natura stosunków polsko-niemieckich wiąże się z ranami wynikającymi ze wspólnej trudnej historii, czego efektem są obopólne uprzedzenia i nieufność. Z drugiej strony można mówić o wzajemnej potrzebie zrozumienia się na poziomie samych społeczeństw, co stanowi realny kapitał, który może dać owoce w polityce.