Antracyt z Donbasu w Polsce? Przeczytaj fragment nowej książki pod patronatem BiznesAlert.pl

7 kwietnia 2020, 10:00 Energetyka
Czarne Złoto. Wojny o węgiel z Donbasu
Czarne Złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Karolina Baca-Pogorzelska i Michał Potocki to autorzy książki „Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu” znajdującej się pod patronatem BiznesAlert.pl. Dzięki uprzejmości autorów oraz wydawnictwa Czarne prezentujemy Państwu fragment tego dzieła.

Antracyt z Donbasu w Polsce?

„Doniecki antracyt łatwo znalazł nabywców w Polsce także dlatego, że własnego nie wydobywamy. To także jedna z przyczyn, dla których nikomu nie przyszło do głowy, by sprowadzany do Unii Europejskiej surowiec obłożyć cłem. Nie zawsze jednak tak było. W naszym kraju też wydobywano antracyt, ale tę historię pamiętają naprawdę nieliczni. A region, w którym produkowano ten najbardziej energetyczny węgiel, upadł – toutes proportions gardées – w sposób porównywalny do donbaskiego.

Zagłębie Dolnośląskie, zwane też Wałbrzyskim, nie fedruje od przełomu wieków, ale górnicze tradycje są tam wciąż żywe. Trochę za sprawą sentymentów, trochę za sprawą specyficznie górniczego przywiązania do tradycji, trochę – nadziei, jakie w regionie zrobiła australijska Balamara, która w lipcu 2018 roku ogłosiła zamiar budowy kopalni nieopodal podwałbrzyskiej Nowej Rudy i – na razie bez sukcesu – wystąpiła do Ministerstwa Środowiska o stosowną koncesję.

Zagłębie Wałbrzyskie po 1989 roku należało do regionów najciężej doświadczonych negatywnymi skutkami transformacji ustrojowej. Pierwsze dyskusje o jego likwidacji prowadzono jeszcze za rządów premiera Mieczysława Rakowskiego w latach 1988–1989. Kopalnie Wałbrzych, Victoria i Thorez – ta ostatnia nazwana na cześć tego samego francuskiego komunisty co miasto Torez na Donbasie – postawiono w stan likwidacji 31 grudnia 1990 roku. Czynnikiem, który ostatecznie o tym zadecydował, było stwierdzenie, że „wałbrzyskie kopalnie nigdy nie osiągną takich kosztów wydobycia, do których społeczeństwo nie musiałoby dopłacać”. Po upadku komunizmu spadło zapotrzebowanie na węgiel koksowy, bo zmalała produkcja stali. A to ten surowiec był ostoją kopalń tego regionu.

Wystarczały zasoby nowocześniejszych kopalń Jastrzębskiej Spółki Węglowej, dziś największego w Unii Europejskiej producenta węgla koksowego, który mimo antywęglowej polityki UE w 2018 roku udało się wpisać na jej listę surowców krytycznych, czyli chronionych. Zamykający też mieli mocne argumenty. Tamtejsze złoża są znacznie trudniejsze w eksploatacji niż nawet te starsze na Górnym Śląsku. Dużo zagrożeń naturalnych i coraz wyższe koszty związane z ich profilaktyką, uskoki wymagające przezbrajania ścian, mało perspektywiczne wybiegi i niskie ściany zmuszające górników do pracy w kucki lub czołgania się – tak często wyglądała rzeczywistość pracy w wałbrzyskiej kopalni. Zakłady były wiecznie niedoinwestowane, z przestarzałym parkiem maszynowym, więc wyjście na prostą graniczyło z cudem.

Na terenie dawnej kopalni Wałbrzych w latach 1994–1998 funkcjonował jeszcze Zakład Wydobywczo‑Przeróbczy Antracytu. Węgiel wydobywano z pokładów na głębokości 700– 850 metrów. Szedł głównie do krakowskiej Huty Sendzimira. Gdy w 1998 roku zakład zamykano, skończyła się historia górnictwa w Wałbrzychu. Kopalnie w Nowej Rudzie popracowały do 2000 roku. Pojechaliśmy do obu tych miast. Na terenie dawnego ZWPA, czyli kopalni Wałbrzych, trudno nie zauważyć potrójnej, a nie jak zazwyczaj podwójnej, wieży szybowej Chrobry, rdzewiejącej, kilkudziesięciometrowej konstrukcji, będącej niegdyś dumą całego miasta. Wieża stoi obecnie na prywatnym terenie i niszczeje.

–  Czekają, aż się zawali i uda się ją sprzedać na złom – nie ukrywali pesymizmu nasi wałbrzyscy przewodnicy.

Nie lepiej wygląda sytuacja w Ludwikowicach Kłodzkich pod Nową Rudą, gdzie straszą ruiny zamkniętej w 1939 roku kopalni Wacław. To tam w 1930 roku doszło do jednej z największych górniczych katastrof na tych ziemiach, w której życie straciło sto pięćdziesiąt jeden osób. W Nowej Rudzie spotkaliśmy się z emerytowanymi górnikami, w Wałbrzychu – z dawnym dozorem i kierownictwem kopalń. Wszyscy z nadzieją traktowali obietnice reaktywacji górnictwa. Dla regionu, który po upadku kopalń walczył z ponad trzydziestoprocentowym bezrobociem, to ważny temat.

–  W Nowej Rudzie oprócz węgla wydobywaliśmy też łupek. Miała powstać prażalnia, ale nim tak się stało, zapadła decyzja o likwidacji Zagłębia. Jedynym plusem tych planów jest to, że mamy w mieście gaz, bo poszła już nitka, która miała służyć prażalni – wspominał osiemdziesięciosześcioletni Jerzy Strzelec, który w kopalni Nowa Ruda przepracował trzy dekady.

Janusz Krawczyszyn był zatrudniony w tym samym zakładzie dwadzieścia sześć lat, a potem go likwidował. Dla ponad sześciu tysięcy ludzi w Nowej Rudzie koniec kopalni był tragedią. Podobnie jak na Górnym Śląsku, górnik zwykle utrzymywał całą rodzinę, bo żony nie pracowały, a na dodatek, jak wynika z wyliczeń Górniczej Izby Przemysłowo‑Handlowej, jeden górniczy etat generuje średnio cztery inne. Po likwidacji noworudzkich i wałbrzyskich kopalń padły inne fabryki w regionie. Zostały koksownia i zakład produkcji porcelany.

Dziś jest nieco lepiej, bo rozwija się Wałbrzyska Specjalna Strefa Ekonomiczna, jedna z największych w Polsce, ale górniczy emeryci mówią, że to już nie to samo. Nikt nie może zapomnieć władzom inwestycji w nowy szyb Kopernik przy kopalni Victoria, który miał obniżyć koszty wydobycia wałbrzyskich kopalń. Był gotowy w ponad 80 procentach, pochłonął kilka miliardów, ale nigdy nie ruszył, bo rząd zdecydował o likwidacji Zagłębia Wałbrzyskiego.

–  Brakowało roku do zakończenia inwestycji, która obniżyłaby koszty dostarczenia węgla o jakieś 40 procent. Nawet przy ówczesnej cenie urzędowej węgla, bo taka obowiązywała, bylibyśmy na plusie. A tak 5 tysięcy ton wysokogatunkowej stali z katowickiej huty Ferrum pocięto na złom – mówił nam Zdzisław Polak, ostatni dyrektor Dolnośląskiego Zjednoczenia Węglowego.

Były szef kopalni Wałbrzych Jerzy Kosmaty w książce Wypadki śmiertelne w górnictwie Dolnośląskiego Zagłębia Węglowego w latach 1945–2000 pisze tak: „W efekcie zamiast zapowiadanej restrukturyzacji nastąpiła totalna likwidacja. Likwidacja kopalń nie była do końca przemyślana. W czasie jej realizacji popełniono wiele błędów. Podejmowano różne decyzje, kierując się zasadami ekonomii politycznej, a nie ekonomii gospodarczej. Należało w sposób systematyczny odrzucać obciążenie kopalń bagażem socjalno‑kulturalnym, przekazując je władzom lokalnym. Zniszczono w tym czasie wiele zabytków techniki i architektury, które należało koniecznie zachować jako unikalne w skali światowej”.

W ten sposób skończyła się historia, której początki sięgają XIV lub XV wieku. W tamtych czasach o kopaniu na Donbasie nikt jeszcze nie myślał. Jerzy Kosmaty pisze tak:

Pierwsza udokumentowana wiadomość o górnictwie węgla kamiennego w tym rejonie pochodzi z 1366 r. Packisch und Erdman podają, że w tym roku Bolko II, władca Księstwa Świdnickiego, przyznał swoim żołnierzom prawo do eksploatacji sztolni w gminie Aldinwasser […]. Znacznie bardziej prawdopodobna wydaje się informacja o górnictwie węglowym w rejonie Nowej Rudy na Dolnym Śląsku, gdzie w 1478 r. według kroniki miasta Nowa Ruda kopalnię Pod Bukiem (w obecnej dzielnicy Zacisze) Paweł Heyrich nabył od wdowy Barbary Heimisch.

Do połowy XVIII wieku złoża węgla należały do właścicieli ziemskich. Z czasem zaczęły powstawać gwarectwa, czyli związki producentów tego surowca. Ich członkowie posiadali kuksy, czyli udziały, i proporcjonalnie partycypowali w zyskach i stratach przedsiębiorstwa. Dzisiaj dawni górnicy partycypują głównie w próbach upamiętniania prężnej kiedyś branży. W 2007 roku w Wałbrzychu stanął pomnik, pod którym co roku 4 grudnia odbywają się uroczystości barbórkowe. W 2010 roku na cmentarzu odsłonięto tablicę poświęconą osiemnastu ofiarom katastrofy w kopalni Wałbrzych z 1985 roku. Prosta, z nazwiskami, krzyżem i kuplą, czyli branżowym herbem składającym się ze skrzyżowanych górniczych młotków, a więc pyrlika i żeloska.

–  Na początku przychodziły trzy osoby, teraz przychodzą tłumy. Łamiemy się opłatkiem, który dostajemy z kościoła – opowiadał nam Andrzej Zieliński, który jako jedyny ocalał z tragedii.

„Katastrofy górnicze nie należą do przeszłości, nie są zamkniętym rozdziałem historii eksploatacji czarnego złota […]. Niepomyślne zdarzenia pod ziemią wyzwalają potrzebę wyjaśnienia na swój sposób przyczyn zaistniałych nieszczęść, uruchamiając pokłady tradycyjnych wierzeń” – pisze w książce Tragedia w kopalni. Kulturowe konteksty katastrof i wypadków górniczych Dorota Świtała‑Trybek.

W słowie wstępnym do Życiorysów górników z 1949 roku Gustaw Morcinek pisał:

Sam moment zjazdu do kopalni przeistacza go już i przemienia w innego człowieka. A potem ta olbrzymia suma doznań i przeżyć, ta świadomość, że staje się podobny do jakiejś mi‑ tycznej postaci podziemia, że wędruje godzinami i grzebie się w tym ponurym i tajemniczym labiryncie chodników i ganków, że bywa ze śmiercią za pan brat, że ją musi umieć prze‑ chytrzyć i wykpić, że wydobywa węgiel, który gdzieś tam napuszeni oratorowie i ckliwe wierszoklety nazywają z emfazą czarnym diamentem i czarnym złotem, a który jest dla nie‑ go tylko węglem, niczym więcej, i że owym wyłupanym z calizny węglem, a raczej swoim wysiłkiem włożonym w oną pracę, decyduje o losie całego społeczeństwa, a może i państwa – wszystko to musi kształtować jego psychikę na odrębną miarę, na miarę inną, niż ją zwykliśmy stosować do spotykanych codziennie ludzi.

W Polsce górnictwo uczyło się na własnych błędach. Po likwidacji Zagłębia Wałbrzyskiego jednorazowe odprawy rozeszły się szybko, a dwucyfrowe bezrobocie w regionie utrzymywało się całe lata. Reforma górnictwa na Górnym Śląsku u progu XXI wieku, realizowana przez rząd Jerzego Buzka, poszła lepiej, ale też nie idealnie. Wprowadzono urlopy górnicze dla tych, którym do emerytury zostały najwyżej cztery lata. Urlop górniczy do osiągnięcia wieku emerytalnego przynosił równowartość około trzech czwartych średniego wynagrodzenia. Ale jednocześnie zakazano górnikom podejmowania jakiejkolwiek pracy, co z kolei wiązało się z rozwijaniem szarej strefy.

Piętnaście lat później o krok dalej poszedł rząd Prawa i Sprawiedliwości podczas swojej restrukturyzacji górnictwa – tu osobom udającym się na urlop górniczy zakazano jedynie pracy w górnictwie. Nie mogły więc skorzystać ze świadczenia w państwowej kopalni i pójść do pracy na przykład w Silesii, należącej do czeskiego EPH. Ale w każdej innej branży zatrudnienie połączone z pobieraniem świadczeń było legalne. Możliwe były też wyjazdy do zagranicznych kopalń. Polscy górnicy wzmocnili w ten sposób kadry czeskiego koncernu OKD.

W Wałbrzychu, gdy między 1996 a 1998 rokiem kończyły się odprawy, wielu byłych górników kontynuowało pracę nielegalnie – w biedaszybach. Pracę straciło w sumie kilkadziesiąt tysięcy ludzi – górników, pracowników kopalń i firm okołogórniczych.

–  Propozycja dla tych ludzi była taka: bierzecie odprawę, a później nie macie żadnych roszczeń. Większość wzięła, bo co miała zrobić. Kto był mądrzejszy, zainwestował, założył sklepik, ale większość przepuściła odprawy. Ludzie zostali bez pieniędzy i bez pracy. Ale to już nie był problem rządzących – wspominał były biedaszybnik Grzegorz Wałowski.”

Baca-Pogorzelska, K., Potocki, M., Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu, wyd. Czarne, Wołowiec 2020.