font_preload
PL / EN
Alert 2 marca, 2019 godz. 7:31   
REDAKCJA

RAPORT: Porozmawiajmy o atomie

RAPORT BAwJaponii

Dobiega końca wizyta studyjna dziennikarzy w Japonii będącej okazją do poznania szans i zagrożeń energetyki jądrowej. Okazuje się, że Polska wzorem Japonii potrzebuje rzetelnej kampanii informacyjnej na temat energii nuklearnej. Powinni się w nią zaangażować przede wszystkim naukowcy. 

Punkt zwrotny, którego nie było

Piotr Stępiński, redaktor BiznesAlert.pl obecny na wizycie w Japonii pisze, że punktem zwrotnym w historii japońskiego atomu miała być awaria w elektrowni Fukushima w 2011 roku, do której doszło po uderzeniu tsunami. Do tego czasu 30 procent generowanej w Japonii energii pochodziło z atomu. W 2017 roku funkcjonowały już tylko 4 reaktory, pokrywające 3 procent zapotrzebowania na energię. Po katastrofie wyłączono wszystkie, które były eksploatowane. To jednak nie spowodowało, że energetyka jądrowa przestała mieć dla Japończyków priorytetowy charakter. Obecnie w Kraju Kwitnącej Wiśni istnieje nadal 37 reaktorów o łącznej mocy 36 147 MW, z których wykorzystywanych jest 9 – 8 706 MW.

Wkrótce ma zostać uruchomionych 7 następnych, a w przypadku 17 prowadzona jest procedura udzielenia zgody na ponowny rozruch. Pokazuje to, że nawet tak duża katastrofa jak ta w Fukushimie, nie wywróciła do góry nogami generacji energii elektrycznej w Japonii.

Stępiński: Koniec atomowej traumy w Polsce? Pomoże Japonia?

Syndrom Fukushimy – wszędzie, ale nie w Japonii

Mimo stopniowego odradzania się japońskiego atomu, syndrom Fukushimy pociągnął za sobą decyzje rządów niektórych państw o odejściu od energii nuklearnej. Najgłośniejszy był przypadek Niemiec, które podjęły decyzję, że do 2022 roku wyłączą wszystkie eksploatowane reaktory. – Warto jednak podkreślić, że awaria w Fukushimie nie była efektem błędu ludzkiego, do którego doszło w Czarnobylu. Od jej czasu procedury bezpieczeństwa zostały wzmocnione, co również będę mógł sprawdzić wizytując japońskie elektrownie jądrowe. Będę także mógł zbadać jak tamtejsze władze radzą sobie z syndromem Fukushimy – pisze Piotr Stępiński.

Niemcy, jednak w przeciwieństwie do Japonii, nie są wyspą i mają alternatywę wobec atomu, jaką jest gaz. Nie są one tak wysoce zależnie od energii nuklearnej, jak Japonia.

Lekcja została odrobiona

Według przedstawicieli władz, z którymi mieli okazje rozmawiać uczestnicy wyjazdu studyjnego, Japonia wyciągnęła wnioski z wypadku w Fukushimie. Między innymi podniesiono wymaganą wysokość falochronów z 6,1 do 13,1 metrów oraz podniesiono wymogi dotyczące wytrzymałości bloków jądrowych na trzęsienia ziemi. Wprowadzono również wymogi dotyczące wytrzymałości instalacji na ataki terrorystyczne m.in. przy użyciu samolotów. Zmieniono także system zarządzania reaktorami na wypadek awarii oraz poprawiono system łączności.

Stępiński: Japonia wyciągnęła lekcję z Fukushimy

Los atomu pozostaje niepewny

Zgodnie z japońską strategią energetyczną do 2030 roku elektrownie jądrowe mają pokrywać ok. 27 procent zapotrzebowania na energię. Nie wiadomo, co będzie później. Jak zaznaczają Japończycy, jeżeli nie powstaną nowe obiekty, to ze względu na wiek do ok. 2060 roku zostaną wyłączone wszystkie instalacje jądrowe.

Budowie elektrowni jądrowych nie sprzyja spadające poparcie Japończyków dla atomu. Tym bardziej, że widzą oni, iż kolejne państwa rezygnują z eksploatacji elektrowni nuklearnych.

Z badań opinii publicznej przeprowadzonych przez Japan Atomic Energy Relations Regulatory wynika, że w 2010 roku, za wykorzystaniem elektrowni jądrowych do produkcji energii opowiadało się blisko 77,4 procent społeczeństwa.

W 2017 roku odsetek ten zmalał do 41,4 procent.

Stępiński: Nieufność w sercu japońskiego atomu

 

Najpierw akceptacja społeczna, potem model finansowania

Piotr Stępiński pisze, że powinniśmy uczyć się od Japończyków umiejętności dialogu ze społeczeństwem. Zwłaszcza wobec planów budowy elektrowni jądrowej.

Mimo, że budowa cieszy się poparciem większości Polaków, również w gminach, w których miałyby one zostać wybudowane, to ten potencjał nie jest wykorzystywany przez polityków, którzy wstrzymują ostateczną decyzję. Zdaniem Stępińskiego brakuje jasnego przekazu na temat korzyści poza energetyczne z posiadania elektrowni atomowych.

Szacowane koszty budowy jednego obiektu wynoszą 40-70 mld złotych, ale awans, w postaci trafienia do elitarnej grupy państw mających energetykę jądrową, pozwoliłby nam na rozwój wielu obszarów gospodarki, a tym samym na wzrost jej konkurencyjności i budowanie nowych kompetencji. Jest to koniecznie, bo chociaż od katastrofy w Czarnobylu minęło już wiele lat, a technologia jądrowa została rozwinięta, ale nadal w debacie na temat atomu dominują emocje.

Stępiński: Warto rozmawiać o atomie. Przypadek Japonii