Rajewski: Lepsze odpady jądrowe, niż wyższa emisja (FELIETON)

2 grudnia 2019, 08:00 Atom
Krajowy Zakład Odpadów Promieniotwórczych Krajowe Składowisko Odpadów Promieniotwórczych. Fot. ZUOP

W Parlamencie Europejskim trwa dyskusja o energetyce. Konkretniej o tym, jakie rodzaje elektrowni zasługują na dofinansowanie – pisze Adam Rajewski z Politechniki Warszawskiej.

W dyskusjach tych pada argument odpadów. To jest oczywiście bardzo ważka kwestia, której nie można ignorować. Tak się bowiem składa, że duża grupa istniejących (a także planowanych) w Europie elektrowni ma zupełnie nierozwiązany problem odpadów. Są to elektrownie sprawne technicznie, niezawodne, produkujące energię w sposób doskonale kontrolowany i zapewniające nieprzerwaną stabilność systemu energetycznego, ale niestety pozostawiają po sobie szkodliwe substancje, które zagrażają nam wszystkim. Substancje, z którymi radzić sobie będą musiały przyszłe pokolenia. Teoretycznie są pomysły na składowanie podziemne takich odpadów: napisano na ten temat wiele, przeprowadzono liczne analizy, pojawiły się nawet eksperymentalne instalacje, ale do faktycznego wdrożenia tych technologii droga jeszcze daleka, a jakiekolwiek praktyczne decyzje są odwlekane. Tymczasem odpady, choć formalnie monitorowane i ewidencjonowane, są po prostu wyrzucane do atmosfery, gdzie szkodzą całej przyrodzie na całym świecie. Tych odpadów są miliony ton i wywołały one najgorszy do tej pory kryzys cywilizacyjny.

Oczywiście mowa o gazowych produktach spalania paliw, przede wszystkim CO2 (ale także np. tlenkach azotu). Nie mamy na nie żadnego sposobu poza „wytwarzać mniej”. Nie mamy żadnego sposobu, aby po wyemitowaniu uczynić nieszkodliwymi. I nie mamy na dziś także sposobu, by obejść się bez nich. Jeszcze przez długie dekady, z przyczyn natury technicznej i geograficznej, zupełnie bezemisyjne systemy energetyczne w krajach uprzemysłowionych nie będą możliwe. A ponieważ niezawodna energetyka nie działa i nie będzie działać na zasadach „czysto rynkowych”, to dofinansowanie możliwie niskoemisyjnych (w praktyce: gazowych, bo są najmniejszym złem) inwestycji będzie dla zabezpieczenia bezpieczeństwa energetycznego krajów rozwiniętych nieuniknione. I w zabezpieczeniu tej możliwości nie ma niczego złego.

Ale jeśli jednocześnie, jak grupa posłów do Parlamentu Europejskiego, czy lobbystów z organizacji takich jak WWF albo Greenpeace, będziemy się upierać, by nie dotować bezemisyjnych projektów jądrowych „z uwagi na nierozwiązany problem odpadów”, dowiedziemy, że walka ze zmianami klimatu nie jest dla nas priorytetem. Bo owszem, odpady promieniotwórcze z elektrowni jądrowych są faktem. Ale jest ich mało i przy prawidłowym przechowywaniu są zupełnie nieszkodliwe dla otoczenia. Oczywiście byłoby lepiej, gdyby ich nie było. Ale sytuacja jest taka, że lepiej wytworzyć 30-40 ton wypalonego paliwa jądrowego (co odpowiada rocznej eksploatacji bloku o mocy 1000 MW), niż ponad 3 mln ton CO2 (roczna emisja z nowoczesnej elektrowni gazowej tej samej mocy). Bo tych 30 ton możemy po prostu schować. Dlatego obrażanie się na technologie bezemisyjne i to jeszcze z powodu odpadów, jest krótkowzroczną głupotą.