Baca-Pogorzelska: Koronawirus zatrzymał import węgla z zagranicy

21 lipca 2020, 07:30 Energetyka
węgiel węglokoks
fot. Węglokoks

3,25 mln ton – tyle węgla z zagranicy trafiło do Polski przez cztery pierwsze miesiące tego roku. To gigantyczny spadek w porównaniu do lat ubiegłych – pisze Karolina Baca-Pogorzelska, współpracownik BiznesAlert.pl.

Zapotrzebowanie i produkcja

Koronawirus dał się we znaki górnictwu nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Zapotrzebowanie na węgiel dramatycznie spadło, obniżyła się też jego produkcja. W Polsce przez czasowe zamknięcie niektórych zakładów wydobywczych na Śląsku udało się chwilowo opanować rosnące w zastraszającym tempie zwały węgla. W maju na przykład jak wynika z danych ARP krajowym producentom udało się wreszcie sprzedać nieco więcej surowca niż wydobyć (różnica 0,3 mln ton), a to oznacza, że chwilowo zatrzymały się przyrosty zapasów. Nowszych danych nie ma. Podobnie zresztą w Eurostacie. Sprawdziliśmy, jak kształtował się import węgla do Polski w porównaniu z latami poprzednimi. Całościowe dane są na razie dostępne tylko za cztery miesiące, ale obejmują już pełny koronawirusowy kwiecień. I jeśli taka tendencja wwozu czarnego złota do Polski się utrzyma, to są realne szanse na to, by tegoroczne zagraniczne zakupy surowca były wreszcie mniejsze niż 10 mln ton.

Przez cztery pierwsze miesiące tego roku do Polski bowiem trafiło tylko 3,25 mln ton zagranicznego surowca. Czemu tylko? Jeśli bowiem popatrzymy na dane Eurostatu z lat ubiegłych widać, że import dostał solidnej zadyszki, na co wpływ miał nie tylko koronawirus, ale i ciepła zima, a także zwiększający się stale udział odnawialnych źródeł energii (OZE) w krajowym systemie elektroenergetycznym. Dość powiedzieć, że po pierwszym półroczu fotowoltaika urosła do ponad 2,1 GW zainstalowanych mocy, to na dodatek produkcja energii elektrycznej z węgla systematycznie spada do ok. 70 procent (OZE mają pierwszeństwo w systemie). I nie ma się co łudzić, że to tendencja chwilowa, a wszystko zwalać na koronawirusa. Zwłaszcza, że w imporcie cały czas przeważa węgiel energetyczny, a koksujący, czyli baza do produkcji stali, jest w mniejszości.

W ubiegłym roku w okresie styczeń – kwiecień do Polski trafiło w sumie 5,71 mln ton czarnego złota, a w tym czasie rok wcześniej było to 5,66 mln ton.

Jeszcze ciekawiej wygląda sytuacja z węglem rosyjskim, który ma największy udział w naszym imporcie. Tu Eurostat pokazuje nam już dane za okres styczeń – maj i widać, jak ogromne są tu spadki. Przez pięć pierwszych miesięcy tego roku do Polski przyjechało 2,7 mln ton paliwa, przy czym w analogicznym okresie 2019 roku było to 4,76 mln ton, a jeszcze rok wcześniej, w więc w rekordowym 2018 roku (wtedy import łączny węgla kamiennego do Polski sięgnął prawie 20 mln ton) z kolei było to aż 5,05 mln ton.

A jak wygląda sytuacja ze światowymi cenami surowca? Notowania z 17 lipca mówiły o cenie 55,55 dolarów za tonę w portach ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia), podczas gdy pod koniec stycznia było to jeszcze prawie 60 dolarów (13 lipca w ARA był podobny pik). Ale z kolei pod koniec kwietnia ceny były znacznie niższe, bo kształtowały się na poziomie 47,5 dolara za tonę.

Czego można się spodziewać po drugim półroczu? To 2020 rok, więc jakiekolwiek prognozowanie, co pokazał nam od stycznia, mija się tu z celem. Nie wiemy kiedy i jak silna będzie druga fala pandemii, nie wiemy, czy wymusi ona w Polsce, ale i w innych krajach czasowe przestoje kopalń, nie wiemy, jak jeszcze ukształtuje się zapotrzebowanie na prąd w przypadku ewentualnego lockdownu (bo trudno uwierzyć, by był on tak duży jak wiosną). Na razie więc węglowe prognozy można włożyć między bajki, co nie znaczy, że nie należy zastanowić się nad przyszłością tej branży w Polsce.

 

Baca-Pogorzelska: W górnictwie z pustego i Salomon nie naleje