Korolec: Główny interes UE i Polski to doprowadzenie do porozumienia globalnego

23 grudnia 2013, 08:24 Energetyka
Marcin Korolec 1

Sytuacja, w której de facto ambitny wysiłek związany z walką ze zmianami klimatycznymi podejmuje na świecie praktycznie wyłącznie Unia Europejska, produkująca obecnie ok. 14 proc. globalnej emisji CO2, jest odwrotny do zamierzonego. Jeśli Europa jest tak ofensywna w tej polityce, to doprowadzamy do tego, że przemysł praktycznie przenosi się z naszego kontynentu do krajów, które tak rygorystycznej polityki nie prowadzą. W związku z tym powodujemy jeszcze gorsze skutki dla klimatu.

ROZMOWA

Marcin Korolec,

pełnomocnik rządu ds. polityki klimatycznej

Niechętni Polsce uczestnicy warszawskiej konferencji klimatycznej określali nasz kraj jako „coalland”. Czy faktycznie Polska stawia w energetyce wyłącznie na węgiel jako jedyny nośnik energii?

Polska jest krajem, który ma niezwykłe osiągnięcia w polityce klimatycznej. Mamy jeden z najwyższych wskaźników redukcji emisji CO2, który w ramach pierwszego okresu rozliczeniowego protokołu z Kioto – od 1988 r. wyniósł  ok. 32 proc. Ale nie dość, że osiągnęliśmy tak dużą redukcję, to w dodatku nastąpiła ona w sytuacji, gdy wzrost gospodarczy w Polsce w tym samym czasie sięgnął ponad 200 proc. Połączenie redukcji emisji CO2 i wzrostu gospodarczego stanowi wartość, którą Polska może się dzielić z państwami rozwiniętymi, zachodnioeuropejskimi ale – w szczególności – z rozwijającymi się. Bowiem polityka związana z ochroną klimatu musi w swojej logice zakładać, że jest nastawiona na rozwój gospodarczy, a nie na restrykcje. Wydaje mi się, że tego typu określenia, które pan zacytował wynikają z głębokiego niezrozumienia kontekstu i naszych wielkich osiągnięć.

Czy Polska, mając tak znaczące zasoby węgla, może liczyć na sojusz z innymi krajami Unii Europejskiej, skoro nadają w niej ton jego przeciwnicy, a zarazem zwolennicy OZE?

Polska nie jest osamotniona. Dość wspomnieć o naszym największym sąsiedzie, jakim są Niemcy. Kraj ten konsumuje rocznie dwukrotnie większą ilość węgla od Polski. Ważne jest to, że – jak powiedziałem – umiemy łączyć rozwój gospodarczy z redukcjami emisji. Ostatnie lata pokazują, że jesteśmy w tym unikalni. Np. w Niemczech emisje CO2 rosną, przy całej otoczce związanej z procesem transformacji energetycznej.

Zatem pejoratywne określenia określające Polskę jako kraj stosujący „zacofane” nośniki energetyczne i zatruwający środowisko stanowią raczej wynik działań piarowskich działaczy ekologicznych i nie mają nic wspólnego z racjonalnymi faktami?

Na pewno tak. Dodam, że przy międzynarodowym stole negocjacyjnym dotyczącym polityki energetycznej zasiadają ministrowie. Podczas tych dyskusji ton jest zupełnie inny.

Czy polskiej delegacji udało się przeforsować jakieś konkretne postulaty podczas warszawskiego szczytu klimatycznego?

Polska miała szczególną rolę do odegrania podczas spotkania w Warszawie. Zaoferowaliśmy nasze usługi i zaangażowanie jako kraj, który przewodniczy obradom. Trzeba zrozumieć, w jakim punkcie negocjacji globalnych jesteśmy. W 2011 r. została określona agenda durbańska. Oznaczało to, że rok później miała zostać zakończona praca nad drugim okresem rozliczeniowym protokołu z Kioto, który teoretycznie rozpocznie się na początku 2013 r. i będzie obowiązywał do 2020 r. (teoretycznie bo plan ten musi jeszcze zostać ratyfikowany). I że od 2020 r. ma funkcjonować nowa umowa, dotycząca wszystkich 194. państw członkowskich ONZ-owskiej konwencji klimatycznej. Zaś w 2013 r., czyli w trakcie konferencji w Warszawie, zostaną rozpoczęte negocjacje tej nowej umowy. Ma być ona zawarta do końca 2015 r., w trakcie konferencji w Paryżu.

W związku z tym spotkanie w Warszawie było w sposób naturalny rozpoczęciem tego wielkiego procesu negocjacyjnego, który doprowadzi do zakończenia negocjacji za dwa lata w Paryżu. Rolą polskiej administracji, jak już powiedziałem, było prowadzenie obrad i wpływanie na wszystkie strony tego procesu tak, aby nastąpiły jakieś konkretne ustalenia. Nasze interesy, co ma miejsce od 2004 r., są gwarantowane w ramach Unii Europejskiej. W związku z tym o nasz sposób myślenia i nasze interesy narodowe, musieliśmy zadbać kiedy indziej. A więc w październiku, kiedy miała miejsce dyskusja w UE, jakie stanowisko w tym procesie zajmuje Unia. 14 listopada odbyło się specjalne posiedzenie rady ministrów środowiska. Ustaliliśmy tam mandat negocjacyjny dla Unii Europejskiej, który musiał być jednogłośnie przyjęty. UE jest reprezentowana przez Komisję Europejską i aktualną prezydencję (w br. – litewską). Wobec tego na listopadowym spotkaniu zagwarantowaliśmy sobie, że polskie interesy są wpisane do formalnej instrukcji negocjacyjnej dla Unii Europejskiej.

Czy aktualne stanowisko unijne pozostało tak bardzo jak dotąd rygorystyczne w walce z efektem cieplarnianym i zanieczyszczeniem atmosfery przez CO2, czy jest bardziej umiarkowane?

Ten cały proces tendencji i dyskusji w ramach protokołu z Kioto dotyczy redukcji emisji dwutlenku węgla. Wspólnie, 28 państw doprowadziło do ustalenia mandatu europejskiego, który gwarantuje także polskie interesy. Przypomnę, że z europejskiego (ale i polskiego) punktu widzenia głównym zadaniem na dziś jest negocjowanie umowy światowej. Sytuacja, w której de facto ambitny wysiłek związany z walką ze zmianami klimatycznymi podejmuje na świecie praktycznie wyłącznie Unia Europejska, produkująca obecnie ok. 14 proc. globalnej emisji CO2, jest odwrotny do zamierzonego. Jeśli Europa jest tak ofensywna w tej polityce, to doprowadzamy do tego, że przemysł praktycznie przenosi się z naszego kontynentu do krajów, które tak rygorystycznej polityki nie prowadzą. W związku z tym powodujemy jeszcze gorsze skutki dla klimatu.

Dlaczego?

Przemysł, jak powiedziałem, przenosi się do miejsc, które nie wprowadziły tak ostrych regulacji środowiskowych. A na dodatek powodujemy poważne turbulencje gospodarcze. Dlatego głównym interesem Unii Europejskiej (i Polski) jest doprowadzenie do porozumienia globalnego. W Warszawie chodziło o prowadzenie negocjacji tak, by umożliwiało to osiągnięcie kompromisu. Wydaje się to dosyć oczywiste sformułowanie. Ale mamy do czynienia z procesem, w którym biorą udział 194 państwa: małe, duże, przemysłowe, wyspiarskie, górskie. W ich stanowiskach odzwierciedlają się więc różne, często sprzeczne interesy. Jeszcze kilka lat temu jedną z podstawowych trudności w tym procesie, było żeby doprowadzić do porozumienia w sytuacji, w której nie stosuje się polityki wytykania palcami, albo stygmatyzowania. Takie bowiem postępowanie nie prowadzi do konsensusu i trudno wówczas o sukces. Widzieliśmy to w 2009 r. w Kopenhadze, gdzie przedstawiciele krajów Unii przyjechali z nastawieniem, że są lepsi od innych, którzy powinni iść radykalną drogą  wyznaczoną przez UE. Odnotowaliśmy wtedy największy blamaż dyplomatyczny w historii. Dlatego przygotowując się do konferencji w Warszawie, zadaliśmy sobie pytanie, w jaki sposób i co Polska może zaproponować, by przybliżyć proces do podpisania globalnego porozumienia i zrobić na tyle dużo aby też ułatwić zadania przyszłym dwóm prezydencjom.

Możemy próbować do tego doprowadzić poprzez polskie doświadczenie transformacji pokojowej, która była trudnym procesem, a jednocześnie przykładem dla reszty państw europejskich poprzez doświadczenia „Okrągłego Stołu”. Wszystkim państwom – uczestnikom warszawskiej konferencji zadeklarowaliśmy na jej początku, że dialog będziemy prowadzić w sposób transparentny. I że nie dzielimy delegacji państw na lepsze i gorsze. Na tym polega wartość ONZ-owskiego procesu, że żadnego z państw nie można do niczego zmusić, bowiem obowiązuje zasada konsensusu. Zaproponowaliśmy więc kilka rozwiązań, których wcześniej nie stosowano.

Na przykład?

Zaprosiliśmy administracje peruwiańską i francuską, czyli dwie następne po polskiej prezydencje, by były uczestnikami prac polskiej delegacji na wszystkich spotkaniach sekretariatu i biura konwencji klimatycznej. Po pierwsze, by mieli czas uczyć się z nami, jak prowadzić negocjacje i dostrzec wyzwania, przed którymi my stoimy. By pomagali w rozwiązywaniu problemów, by mogli zaistnieć jako dwa dodatkowe ogniwa w poszukiwaniu konsensusu. Bo spotkanie w Warszawie mogło być o niczym, wydarzeniem, które nie zostanie zauważone.

A zostało?

Sukces spotkania warszawskiego polega na tym, że przyjęto na nim 38 formalnych decyzji. Jednak najważniejsze było to, że jego uczestnicy dogadali się w najtrudniejszych obszarach negocjacyjnych. I że proces negocjacyjny nowej umowy został rozpoczęty w formule, która umożliwia prowadzenie go dalej, w oparciu o wzajemne zaufanie i otwarte podejście. Ten wymiar uważam za jedno z najważniejszych osiągnięć spotkania w Warszawie.

W trakcie konferencji w Warszawie doszło do Pańskiej dymisji ze stanowiska ministra środowiska. Media zachodnie spekulowały, że mogło to wpłynąć negatywnie na przebieg obrad, że przez to nie zostały podjęte decyzje, które miały być podjęte. Czy decyzja premiera miała wpływ na to spotkanie?

W Piśmie Świętym napisano, że „po owocach ich poznacie”. Wydaje mi się, że trzeba patrzeć na – moim zdaniem – bardzo dobry rezultat tego spotkania. Faktycznie decyzję premiera o zmianie organizacyjnej w ramach struktury ministerstwa środowiska można raczej odczytywać jako wzmocnienie naszej determinacji i naszego zaangażowania w proces klimatyczny. Tak to tłumaczyłem mediom w dniu ogłoszenia dymisji.

Jak rozumieć to „wzmocnienie”?

W sensie, że objęcie polskiego przewodnictwa w ciągu 2014 roku zapoczątkowanego konferencją warszawską, jest niezwykle angażujące. Otrzymałem właśnie pierwszą propozycję mojej aktywności jako przewodniczącego naszej prezydencji, która przyszła z sekretariatu konwencji klimatycznej. Są w niej określone dziesiątki spotkań, którym mam albo przewodniczyć, albo na nich zabierać głos jako przewodniczący – na razie do końca kwietnia 2014 r.

Przypomnę, że zostałem powołany na stanowisko pełnomocnika rządu ds. polityki klimatycznej – sekretarza stanu w ministerstwie środowiska. Jednocześnie krajową polityką środowiskową będzie się zajmował nowy minister, Maciej Grabowski, zaś polityka klimatyczna w wymiarze globalnym należy do moich kompetencji. Wszystko to oznacza raczej wzmocnienie polskiego zaangażowania w ten proces światowego porozumienia klimatycznego a nie jego osłabienie.

Polska popiera pomysł tworzenia tzw. zielonego funduszu, mającego generować środki wspomagające inwestycje w „zieloną” energię. Na ile jest to spójne z restrykcyjnym podejściem UE do walki z zanieczyszczeniami atmosferycznymi, a jednocześnie dążeniem naszego kraju do zachowania energetyki węglowej jako ważnego segmentu w miksie energetycznym?

Zielony fundusz klimatyczny to nie fundusz finansowania OZE i trzeba to podkreślić. To instytucja, która będzie fundamentem globalnej, finansowej polityki klimatycznej. W 2009 r. została podjęta polityczna decyzja o tym, że począwszy od 2020 r. będzie przekazywane na cele polityki klimatycznej 100 mld dol. rocznie z państw bogatych do państw rozwijających się. Od tego czasu stoimy przed wyzwaniem. Po pierwsze, jak stworzyć mechanizm, by było to możliwe,ponieważ w 2009 r. postanowiono, że ta kwota będzie pochodziła ze środków publicznych i prywatnych, a także od instytucji międzynarodowych. Obecnie musimy stworzyć instytucję, która wspomagałaby ten proces. Ale jednocześnie musimy się zastanowić nad modelami współpracy, w jaki sposób stworzyć modele biznesowe dla funduszy publicznych i prywatnych? Jak zmobilizować te 100 mld rocznie? Jeśli znaczna część tych funduszy będzie pochodziła ze środków prywatnych, nie może to funkcjonować na zasadzie dotacji, ale musi mieć wymiar biznesowy. Trzeba więc stworzyć do tego odpowiednie instytucje.

Na razie więc cały ten pomysł znajduje się na etapie koncepcyjnym?

Na dziś mamy wybraną siedzibę w Korei, w New Songdo City. Jest też zarząd tej instytucji. Można mówić o pełnej determinacji najważniejszych autorów procesu, by w 2014 r. ten fundusz zaczął działać. Prawdopodobnie w połowie przyszłego roku, może przy okazji szczytu z udziałem sekretarza generalnego ONZ Ban Ki-Moona, uda się fundusz uruchomić . Jednak, by do tego doszło, potrzebna jest współpraca wielu krajów. Po stronie państw bogatych trzeba znaleźć modele biznesowe dla jego funkcjonowania. Natomiast po stronie państw rozwijających się należy stworzyć warunki, w których takie inwestycje byłyby bardziej bezpieczne.

To znaczy?

Poprzez stworzenie umów o ochronie inwestycji, lub systemu promocji energii ze źródeł odnawialnych. A zatem jest cały zestaw pytań również do tych państw, które będą beneficjentami funduszu. Taka dyskusja się toczy. I zielony fundusz klimatyczny powinien być zwornikiem tej części polityki klimatycznej.

Polska znajduje się po stronie państw bogatych?

Od 2004 r. formalnie jesteśmy uznawani za państwo rozwinięte. Jesteśmy członkiem OECD od połowy lat. 90., zaś od 2004 r. – członkiem Unii Europejskiej. Samo to formalnie stawia nas w grupie państw rozwiniętych. Od samego początku tworzenia tego funduszu byliśmy bardzo zaangażowani, mieliśmy nawet uzgodnione z miastem Warszawą, że gdyby została ona wybrana jako siedziba funduszu, jego biura mieściłyby się w Pałacu Kultury. Jesteśmy aktywni od początku w procesie tworzenia tej instytucji, bo – jak się wydaje – możemy być bardzo atrakcyjnym partnerem do dyskusji, i dla grupy państw rozwijających się, i dla rozwiniętych. Stanowimy bowiem przykład udanej transformacji. Polska ma zresztą w funduszu swojego przedstawiciela, co pozwala nam mieć bezpośredni wpływ na to co się w nim dzieje.

Czy ostatnie stanowisko Europarlamentu , który zmierza do zmniejszenia znaczenia rynku handlu nadwyżkami CO2 (backloading) nie zagraża w poważny sposób interesom Polski?

Policzyliśmy (dzięki analizie Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami -KOBiZE), ile gospodarka polska zaoszczędziła dzięki m.in. działaniom polskiej administracji w celu opóźnienia tego procesu. I tak, każde 1 euro zbitej ceny pozwoleń to oszczędności w wys. 86 mln euro. Okres trwania niskich cen, odłożenie backloadingu w czasie i de facto skrócenie jego działania mogą dać w sumie kilka miliardów oszczędności.

Pierwotny zamiar władz unijnych był taki, by regulacja, o której pan mówi, weszła już na początku 2013 r. Tymczasem mamy już prawie 2014 r., a implementację decyzji musi jeszcze napisać Komisja, co na pewno zajmie kilka miesięcy. Wobec tego nowe prawo wejdzie w życie prawdopodobnie w połowie 2014 r., zatem półtora roku później od pierwotnych ustaleń. Nie jestem entuzjastą systemu handlu emisjami w obecnym kształcie. Już w 2009 r. zwracaliśmy uwagę Komisji Europejskiej, jak i naszym partnerom, np. prezydencji francuskiej, że z biegiem czasu może nastąpić zmiana cen, która może być dla Polski niebezpieczna. Wtedy obawialiśmy się, że ceny będą się kształtować raczej w okolicach 100 euro za tonę nadwyżek, a nie 5 euro – jak dzisiaj. Wówczas wiele osób, w tym, dyrektor generalny w Dyrekcji ds. Klimatu i inni uczestnicy ówczesnych dyskusji, tłumaczyli, że „nasza mentalność państwa postkomunistycznego nie pozwala nam zrozumieć tego, czym jest natura rynku”. I że nie potrzeba żadnych zabezpieczeń. Już po trzech latach, w 2012 r., te same osoby proponują administracyjną interwencję w rynek.

A więc działanie antyrynkowe…

Właśnie. Jest to skądinąd interwencja mająca na celu wyłącznie spekulację i kwestię zwyżki uprawnień do handlu nadwyżkami CO2.

Zatem jaki wpływ będzie miało na polską gospodarkę wprowadzenie nowego prawa?

Wpływ ten będzie bardzo ograniczony. Mamy kryzys. Tak jak wspomniałem, skróciliśmy również w czasie działanie backloadingu, już w tej chwili o rok. W efekcie cena za tonę kształtuje się na poziomie 5 euro.

Czy takie kraje jak USA, Chiny czy Indie, postrzegane w mediach jako „najwięksi truciciele”, pójdą w przyszłości śladem obecnej radykalnej drogi UE w walce z zanieczyszczeniami atmosferycznymi?

Polityka klimatyczna UE dochodzi do pewnej naturalnej zmiany. Wiąże się ona nie tylko z faktem, że negocjujemy nową umowę, dyskusję nad którą zakończymy w 2015 r. Ale w szczególności dlatego, że już za kilka miesięcy, w maju 2014 r. odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. A zaraz potem zostanie ukonstytuowana nowa Komisja Europejska. Myślę więc, że nastał dobry czas na refleksję nt. polityki klimatycznej. I to w tym sensie, że USA powinny być dla Unii Europejskiej przykładem. Jest to kraj przywiązany do koncepcji taniej energii. Oznacza to, że postęp technologiczny stanowi ten element, wokół którego powinniśmy szukać redukcji emisji. Rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych statystycznie daje dwukrotnie większą redukcję emisji niż polityka klimatyczno-energetyczna w Unii Europejskiej. A co ważne cena energii w USA spada i znajduje się na rekordowych minimach. A cena energii w UE rośnie i jest zbyt wysoka i nieprzewidywalna dla inwestorów. W związku z tym nie napływają inwestycje do Unii Europejskiej. Zatem oczywisty wydaje się wybór, które podejście do problemu zmniejszania zanieczyszczeń atmosferycznych jest racjonalniejsze ze względów środowiskowych i gospodarczych. Gdy mówimy o USA, a także o Chinach, bardzo często komentatorzy mają podobną tendencję do wytkania palcami tych krajów jako najbardziej winnych światowym zanieczyszczeniom. Ciekawe, że w ten sposób komentują najczęściej osoby, pochodzące z państw, które faktycznie mają w tej dziedzinie najwięcej do nadrobienia. Albo zwiększają emisję, albo nie umieją wykazać podobnych postępów w walce z tym zjawiskiem jak USA czy Polska.