Krawczyk: Not everybody`s darling. Europa musi rozmawiać z Trumpem

3 lutego 2017, 07:30 Bezpieczeństwo
Donald Tusk Angela Merkel

 Jeden z najciekawszych, ale też najbardziej kontrowersyjnych niemieckich powojennych polityków Franz-Josef Strauß zwykł powtarzać, że „everybody`s darling ist everybody`s Depp”. Można to przetłumaczyć w ten sposób, że osoba kochana przez wszystkich jest też przez wszystkich uważana za frajera – pisze Tomasz F. Krawczyk, współpracownik BiznesAlert.pl.

Wydaje się, że nowy prezydent USA Donald Trump przyjął za swoją maksymę  Straußa w stopniu, który przekracza granice zdrowego rozsądku i postanowił nie w pierwszych 100 dniach, ale w ciągu pierwszych kilku tygodni rozpocząć walki na wszystkich możliwych frontach.

Zawsze wydawało mi się, że jedynie Jarosław Kaczyński, mistrz rewolucyjnej taktyki, jest w stanie sprawić, że człowiek z pewną obawą patrzy na poranne informacje i ten niepokój rośnie z każdą godziną jego aktywności. Jednak prezydent Trump już zdążył nam pokazać, że „nasza dobra zmiana” przy jego działaniach może się okazać burzą w szklance wody na herbatce u cioci na Żoliborzu. Oczywiście, możliwości Jarosława Kaczyńskiego jako szeregowego posła są inne niż lidera wolnego świata a decyzje prezydenta USA, nawet jeśli mają charakter wewnątrzpaństwowy, oddziaływają globalnie.

I z pewnym rozbawieniem obserwuję jak część liberalnych elit wykazuje nerwowość graniczącą z paniką, która jak żywo przypomina sytuację, gdy do spokojnej, uporządkowanej zagrody wpada lis. I o ile paniczne wypowiedzi liberalnych intelektualistów mają ograniczony zasięg rażenia, to już te instytucjonalne w postaci listu przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska są nie tylko politycznie nierozsądne, ale też niebezpieczne, bo tworzą niepotrzebną atmosferę konfliktu.

Stephen Hadley, były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego George`a Busha juniora i obecny doradca nowego sekretarza stanu Rex`a Tillersona, podczas debaty z udziałem posłów CDU prosił Niemców i wszystkich sojuszników o zachowanie „strategicznej cierpliwości” i przyjeżdżanie do Waszyngtonu i uświadamianie prezydenta Trumpa, dlaczego Unia Europejska jest dla kontynentu europejskiego niezwykle ważna (choć już niekoniecznie w tym kształcie instytucjonalnym) i nie powinien cieszyć się z jej dezintegracji. Nie przypominam sobie informacji o tym, żeby przewodniczący Tusk wybierał się do Stanów Zjednoczonych. Zanim Unia rozpocznie fazę arktycznej zimy w kontaktach z nową administracją amerykańską może jednak najpierw z nią porozmawia i przedstawi swoje racje. Ale list naturalnie spotkał się z przychylnym przyjęciem w niejednej stolicy i oczywiście, nie ma na celu zwiększenia szans Donalda Tuska na drugą kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej.

Jednak, także strategiczna cierpliwość ma swoje granice i należy od lidera wolnego świata oczekiwać, że będzie co nie co bardziej panował nad swoim zapałem rewolucyjnym. A przede wszystkim musi sobie zdać sprawę z tego, że nie tylko idee mają konsekwencje, ale w przypadku prezydenta USA konsekwencje ma także każde jego słowo. I tak jak dekret o zakazie wjazdu dla osób urodzonych w niektórych państwa świata muzułmańskiego ma mimo wszystko ograniczoną siłę rażenia i zapewne zostanie dopracowany, kiedy Trump zauważy, że ma też administrację, która może mu czasami pomóc i uchronić przed wpadkami, to jego niejasne słowa po rozmowie z prezydentem Rosji mają już bardzo konkretne skutki.

Tylko ktoś, kto nie zauważa związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy stosunkiem a ciążą może uważać, że ponowna ofensywa rosyjska w Donbasie, podczas której już zginęło 10 żołnierzy i kilkadziesiąt osób zostało rannych, nie ma związku z niejednoznacznym zachowaniem Trumpa. I dobrze by było, żeby tak znakomici członkowie administracji, jak gen. Mattis, uzmysłowili swojemu commander in chief, że z Rosją można rozmawiać tylko z pozycji siły.

Co więcej, należy się zgodzić z Zbigniewem Brzezińskim, który w wywiadzie ze swoją córką dla jednej z amerykańskich stacji telewizyjnych stwierdził, że oczekuje od Trumpa przemówienia, w którym jasno i klarownie powie światu, czego świat może oczekiwać od Stanów i czego Stany oczekują od świata, a zwłaszcza od swoich sojuszników.

Bo, jak na razie, wielki plan Trumpa zdaje się sprowadzać do stwierdzenia, że wszystko musi się zmienić. I oczywiście, prezydent USA nie musi mieć szczegółowej wiedzy w jaki sposób przemeblować globalną scenę polityczną, ale wówczas powinien jednak skorzystać z pomocy i rady nie tylko klauna z serwisu internetowego, który słynnie z fałszywych wiadomości, ale przede wszystkim z doświadczenia administracji i swoich ministrów.

Taka rewolucja geopolityczna, jeśli ma się nie sprowadzać do podpalenia świata i ma odbyć się bez takich niewinnych ofiar jak na Ukrainie, musi być dobrze przemyślana, być dobrze komunikowana i zostać przeprowadzona raczej za pomocą subtelniejszych narzędzi niż młot pneumatyczny.