Bojanowicz: Wojna o ropę i gaz Libii

2 stycznia 2020, 07:30 Energetyka
Libia flaga libii
Flaga Libii. Źródło: Pixabay

Spór o węglowodory Libii powoduje, że tamtejsza wojna domowa może jeszcze potrwać – pisze Roma Bojanowicz, współpracowniczka BiznesAlert.pl. 

Libia między potęgami

Trwająca nieprzerwanie od 2014 roku druga wojna domowa w Libii weszła w kolejną fazę. Turcja postanowiła zawalczyć o zwiększenie swojej obecności w tym targanym konfliktem kraju. Pod koniec listopada Trypolis i Ankara porozumiały się w sprawie uznania swoich granic na Morzu Śródziemnym oraz wsparcia militarnego Turcji dla akceptowanego przez międzynarodową większość Rządu Pojednania Narodowego (GNA) Fajeza al-Serraja. Ten nowy sojusz spotkał się z protestami UE (Grecja i Cypr) i krajów arabskich (Egipt). Jedynie najbardziej zaangażowana w wewnętrzny libijski spór Rosja zachowuje pozorny spokój, starając się nie wypaść z roli mediatora budowanej od dłuższego czasu. Na razie jednak więcej jest takich, którym bardziej zależy przedłużaniu wojny domowej niż na jej szybkim zakończeniu. 

Korzenie relacji dwustronnych między Libią i Rosją sięga jeszcze czasów ZSRS. Współpraca nawiązana jeszcze w latach 70-tych XX wieku miała pierwotnie zdecydowanie charakter militarny. Ówczesny libijski przywódca Muammar Kadafi bardziej skłaniał się ku Moskwie niż ku Waszyngtonowi. Wynikająca z tego współpraca z europejskimi krajami bloku komunistycznego stanowiła przeciwwagę względem sojuszy zawieranych w tym czasie przez inne kraje arabskie regionu z USA i państwami Europy Zachodniej. Związek Sowiecki wspierał Libię wysyłając do niej zarówno doradców wojskowych jak i uzbrojenie. Upadek Sowietów oraz wprowadzenie przez ONZ embarga na handel z Libią w latach 90-tych XX wieku na pewien czas ochłodziły relacje między tymi państwami. Ponowny rozkwit sojuszu gospodarczego Moskwy z Trypolisem nastąpił dopiero w ostatnich latach rządów Muammara Kaddafiego. W 2008 roku został podpisany kontrakt na budowę linii kolejowej między Bengazi a Syrtą, którego wartość oszacowano na ponad 2 mld euro. Zostały także zaplanowane wspólne inwestycje w wydobycie ropy i gazu – Gazprom był zainteresowany udziałami w budowie gazociągu, który miał połączyć Libię z Europą. Rosyjski koncern planował przejęcie 33 procent udziałów w spółce eksploatującej pola naftowe Elephant. Kolejnym elementem negocjacji w 2008 roku były rozmowy o modernizacji postsowieckiego sprzętu wojskowego i zakup w następnych latach rosyjskiego uzbrojenia na kwotę 3,5 mld dolarów. Libia chciała wyposażyć swoją armię w rosyjskie systemy ochrony przeciwrakietowej, samoloty bojowe i łodzie podwodne. Dodatkowo jak podawały rosyjskie media Kadafi planował przekazać tereny pod założenie rosyjskiej bazy marynarki wojennej w Bengazi. Natomiast Rosja zdecydowała się umorzyć dług Libii wynoszący wówczas 4,5 mld dolarów. Wspaniałą przyszłość i lukratywne kontrakty przerwała śmierć Kadafiego w październiku 2011 roku, w konsekwencji czego Rosja straciła wielkie sumy pieniędzy oraz wpływy budowane od wielu dziesięcioleci.

Grupa Wagnera i powrót do Libii

Kreml wyciągnął wnioski z porażki w 2011 roku w Libii. Chęć odzyskania dawnej pozycji w regionie stała się jedną z głównych motywacji do tym razem zbrojnego zaangażowania się w libijską wojnę domową. Zaangażowania w stylu rosyjskim. Czyli wszyscy wiedzą, że w rosyjskie formacje militarne są obecne na terenie Libii i prowadzą działania zbrojne, ale oficjalnie Moskwa nie jest obecna na terenach objętych konfliktem. Jeszcze wiosną bieżącego roku brytyjski dziennik Telegraph informował, że Rosjanie nie biorą czynnego udziału działaniach bojowych, a jedynie ochraniają kontrolowane przez wojska Haftara porty w Tobruku i w Darnie. Wówczas media szacowały liczbę rosyjskich najemników w Libii na około 300 osób. Sytuacja jednak dość szybko się zmieniła i już we wrześniu zachodnie agencje informacyjne, w tym Bloomberg, informowały, że około 100 najemników z tzw. Grupy Wagnera działa na terenie Libii. Dołączyli oni do Libijskiej Armii Narodowej (LAN) dowodzonej przez marszałka Chalifa Haftara. Jak podał New York Times w kolejnych tygodniach do Libii przybyła nowa grupa blisko 200 rosyjskich najemników, w tym snajperów. Według dziennikarzy New York Timesa wraz z nową falą bojowników pojawiło się kilka samolotów Suchoj i pociski oraz artyleria precyzyjnego rażenia. Użycie rosyjskiego uzbrojenia potwierdził anonimowo europejski specjalista do spraw bezpieczeństwa. Według niego ranni przywożeni do szpitali na przełomie października i listopada nie mieli klasycznych ran przestrzałowych tylko takie jakie są charakterystyczne dla pocisków grzybkujących. Podobne rany poprzednio widziano u ofiar konfliktu we wschodniej Ukrainy, w którym uczestniczyli rosyjscy żołnierze z Grupy Wagnera.

Na początku grudnia szef Najwyższej Rady Państwa w Trypolisie Khaled al-Meshri w wypowiedzi dla Associated Press poinformował, że libijskim urzędnikom udało się udokumentować udział 600-800 rosyjskich najemników. Nazwiska wszystkich Rosjan walczących po stronie generała Chalify Haftara miały zostać przekazane władzom Rosji. Mimo wszystkich tych trudnych do podważenia dowodów Moskwa zaprzecza udziałowi w libijskiej wojnie domowej, a we wszystkich oficjalnych wypowiedziach rosyjskiego prezydenta Władimira Putina ciągle pobrzmiewają pojednawcze nuty. 19 grudnia przemawiając na dorocznej konferencji w Moskwie oświadczył, że chce zakończyć konflikt w Libii, a następnie rozpocząć rozmowy między dwiema przeciwnymi stronami. Na razie Rosja ma zdecydowanie więcej kontaktów z generałem Haftarem wspieranym również przez libijski parlament w Tobruku, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt oraz Francję, niż popieranym przez ONZ i USA  Rządem Pojednania Narodowego al-Serraja.

Moskwa, korzystając ze swoich doświadczeń z Syrii, utrzymuje relacje ze wszystkimi najważniejszymi graczami politycznymi w Libii. Granie roli mediatora, kogoś na miarę męża opatrznościowego narodu libijskiego, ma zapewnić jej przychylność Libijczyków. Zaangażowanie militarne ma zagwarantować większe bezpieczeństwo wszystkim rosyjskim inwestycjom w zniszczoną wojną gospodarkę Libii.

Turcja wkracza do gry

Ale nie tylko Rosja jest zainteresowana złożami libijskiego gazu i ropy naftowej. Współpracę z Trypolisem zapowiedział prezydent Turcji Recep Erdogan. Dlatego w połowie grudnia podczas corocznej konferencji prasowej w Moskwie Putin zapowiedział przeprowadzenie rozmów o sytuacji Libii z przedstawicielami Ankary. Od tych rozmów może zależeć tempo wygaszania konfliktu libijsko-libijskiego, gdyż w 2014 roku Turcja zdecydowanie poparła siły rządowe obecnie rezydujące w Trypolisie. Po tym jak sytuacja militarna dla strony rządowej stała się bardzo trudna al-Serraj wystąpił do Ankary o wsparcie wojskowe w bratobójczej wojnie z generałem Haftatem. 21 grudnia agencja Reuters, cytując tureckie media państwowe, podała, że parlament Turcji zatwierdził podpisaną w listopadzie  umowę dotyczącą bezpieczeństwa i współpracy wojskowej. Według raportu ONZ do jakich dotarł Reuters, Ankara już wcześniej wysłała broń do Libii naruszając w ten sposób embargo ONZ na dostawy militariów w ten rejon.

Listopadowe uzgodnienia między Ankarą a Trypolisem zawierały również porozumienie dotyczące granic morskich we wschodniej części Morza Śródziemnego. Umowa bilateralna wytyczyła nowe morskie granice między Libią a Turcją. W ten sposób otworzono potencjalną drogę obu krajom do poszukiwań węglowodorów ropy i gazu w rejonie bez poszanowania morskich stref ekonomicznych innych państw. Ponieważ nie doszło do upublicznienia szczegółów tego porozumienia, może to znacząco skomplikować spory dotyczące wydobycia i tranzytu węglowodorów we wschodniej części Morza Śródziemnego. Spotkało się to z jednoznacznie negatywną oceną Grecji, która  wystąpiła do ONZ o nie uznawaniu libijsko-tureckiego memorandum.

– Dokument pokazuje, że „umowa” Turcji i Libii została zawarta w złej wierze i narusza prawo morskie, ponieważ strefy morskie Turcji i Libii nie sąsiadują ze sobą i  między tymi  państwami nie ma wspólnej granicy morskiej. Ponadto umowa nie bierze pod uwagę greckich wysp (m.in. Krety – przyp.red.) i ich prawa do posiadania stref morskich (szelf kontynentalny- przyp.red.) – powiedział rzecznik greckiego rządu Stelios Petsas podczas briefingu z 10 grudnia. Turcja odrzuciła jednak oskarżenia twierdząc, że to porozumienie ma na celu ochronę jej praw we wschodniej części Morza Śródziemnego. Zdaniem Erdogana umowa umożliwi Turcji i Libii na prowadzenie wspólnych operacji poszukiwawczych w regionie. – Niniejsza umowa określa nasze terytoria na morzu. Uznajemy prawa do korzystania z nich przez Libię, a Libia – nasze prawa. Będziemy chronić nasze prawa i prawa Turków cypryjskich i nie pozwolimy nikomu na podejmowanie jednostronnych kroków. Teraz mamy własne statki prowadzące badania geologiczne. Mamy do tego prawo. Możemy wykonywać te prace wspólnie (z Libią – przyp.red.)- powiedział Erdogan w wywiadzie dla tureckiej telewizji TRT.

Innego zdania jest przewodniczący libijskiego parlamentu, Izby Reprezentantów. Akila Saleh Issa uznał umowy podpisane z Turcją przez rząd w Trypolisie za nielegalne. W liście do Sekretarza Generalnego ONZ Saleh nazywał rząd al-Serraja „nielegalną formacją” i stwierdził, że memorandum w sprawie stref morskich narusza prawa i jurysdykcję innych państw. A bez ratyfikacji umowy przez parlament nie może być ona zaakceptowana przez ONZ i dalej wprowadzana w życie. Cała ta przepychanka jak na razie doprowadziła jedynie do wzrostu napięć w regionie i skłoniła Grecję do wydalenia libijskiego ambasadora z kraju, gdyż Ateny spierają się z Ankarą o złoża ropy i gazu znajdujących się potencjalnie u wybrzeży Cypru. Wiercenia jakie Turcja rozpoczęła w tym roku wywołały gwałtowne protesty Greków cypryjskich, Aten i Unii Europejskiej

Umowa między Libia i Turcją dzieląca „stref wpływu” na Morzu Śródziemnym między obu krajami może utrudnić, a nawet zablokować w przyszłości budowę gazociągu EastMed. W projekt oprócz Grecji i Cypru zaangażowany jest również Izrael. 2 stycznia 2020 roku w Atenach podpisane zostanie trójstronne porozumienie przybliżające powstanie do 2025 roku tej magistrali. Grecja korzystając z planów Brukseli dotyczących dywersyfikacji źródeł dostaw gazu ma nadzieję, że dzięki EastMed stanie się centrum dostaw gazu ze wschodniej części Morza Śródziemnego do UE.

Osłabiona wojną domową Libia posiada dziesiąte co do wielkości złoża surowców energetycznych i jest łakomym kąskiem dla firm z sektora wydobywczego. Chrapkę na śródziemnomorskie złoża węglowodorów mają nie tylko Turcja, czy państwa związane z EastMed. Pojawienie się Rosji na libijskiej scenie militarnej daje możliwość zwiększenia dochodów firmom związanym z przemysłem zbrojeniowym i wojskiem, a także energetycznym. 10 grudnia Reuters poinformował, że libijska Narodowa Kompania Naftowa (NOC) ogłosiła, że rosyjska spółka wydobywcza Tatnieft wznowiła zawieszony w 2014 roku program badań sejsmicznych i poszukiwawczych w rejonie Hamady. – Jesteśmy bardzo zadowoleni z wznowienia działalności Tatnieftu w Zagłębiu Ghadames. Zwiększa to zaufanie do libijskiego sektora naftowego i gazowego, i służy libijskiej gospodarce – oświadczył prezes NOC Mustafa Sanalla.

W 2014 roku Libia została podzielona przez dwa obozy wojskowe i polityczne rywalizujące ze sobą, oba mniej lub bardziej popierane przez Rosję. Pierwszy z nich to uznany przez międzynarodowe gremia rząd z siedziba w Trypolisie. Wspierane przez między innymi przez rosyjskich najemników siły dowodzone przez Chalifa Haftara zajęły wschodnie rejony kraju, na których znajduje się większość eksploatowanych złóż węglowodorów. Chociaż Haftar kontroluje większość libijskich pól naftowych i instalacji wydobywczych, to dochody z ropy są kontrolowane przez bank centralny w Trypolisie. Druga wojna domowa trwająca od 2014 roku być może wyłoni już niedługo zwycięzcę dzięki dyskretnemu wsparciu Rosji, a wtedy rosyjskie przedsiębiorstwa będą na miejscu. Od razu będą mogły ruszyć z „pomocą” w odbudowie zniszczonego państwa według założeń Kremla.

Trudno przecenić znaczenie geopolityczne Libii: bliskość Europy i europejskich baz NATO, długa linia brzegowa oraz duże rezerwy ropy i gazu. Dlatego jest ona kolejnym po Syrii krajem z basenu Morza Śródziemnego, w którym zaangażowanie Moskwy ma się przełożyć na wzmocnienie jej wpływów w regionie. W operacjach syryjskich Rosji towarzyszy Turcja, która dzięki temu sojuszowi chce rozwiązać problem z Kurdami. Najwyraźniej jednak Ankarze to nie wystarcza i postanowiła zaangażować się również w Libii.

Co dalej?

Czy deklaracje o wysłaniu wojsk do Libii są jedynie argumentem jakim Erdogan chce wzmocnić pozycję w rozmowach z Putinem? Trudno to ocenić. Pewne jest natomiast, że żadne z państw arabskich nie jest zainteresowane tak znaczącym wzmocnieniem pozycji Turcji w regionie wschodniego basenu Morza Śródziemnego. Do tego Ankara ponownie naraziła się Grecji i UE oraz Egiptowi, gdyż umowa dotycząca granic morskich narusza obecnie obowiązujący podział stref ekonomicznych na tym akwenie. Najwyraźniej Erdogan uważa, że militarna obecność Turcji w Libii spowoduje znaczący wzrost znaczenia Ankary na arenie międzynarodowej. Być może liczy na to, że ostatnio w geopolityce bardziej działa pokaz sił militarnych niż szukanie pokojowych rozwiązań, negocjacje, czy budowanie sojuszy i partnerstwa z innymi zainteresowanymi stronami.