Baca-Pogorzelska: Jak się bawić to się bawić. Atom w Niemczech skasować i węgiel z Rosji wstawić (FELIETON)

4 czerwca 2020, 07:30 Energetyka
Elektrownia Datteln. Źródło: Wikicommons
Elektrownia Datteln. Źródło: Wikicommons

Zamknij wszystkie kopalnie węgla kamiennego, po czym otwórz nowy blok węglowy przy okazji zamykając całkiem sprawne atomówki i ogłaszając odejście od węgla za kilkanaście lat. Drodzy zachodni sąsiedzi, jaki to ma sens? – pyta Karolina Baca-Pogorzelska, współpracownik BiznesAlert.pl.

Z danych Clean Energy Wire wynika, że jeszcze w 2007 roku udział „czarnego złota” z importu wynosił w Niemczech 68 procent przy zużyciu 69 mln ton paliwa rocznie. W roku 2017 roku import stanowił tam już 93 procent dostaw, a w 2018 roku nasi zachodni sąsiedzi zamknęli swoje ostatnie węgla kamiennego (dawały 3,7 mln ton paliwa, ale koszty wydobycia były bardzo wysokie) decydując się jednocześnie na całkowite uzależnienie od tego paliwa z zagranicy. Nie zaprzestali bowiem jego zużycia, choć cały czas je systematycznie zmniejszają. Obecnie niemieckie zapotrzebowanie roczne na węgiel kamienny wynosi nieco ponad 40 mln ton przy czym dwie trzecie na potrzeby energetyczne, a jedna trzecia to węgiel koksujący, baza do produkcji stali. W Niemczech ok. 13 procent energii elektrycznej pochodzi z węgla kamiennego, ale nie należy zapominać, że Niemcy są potęgą w wydobyciu i spalaniu swojego węgla brunatnego, który jest jeszcze bardziej emisyjny od kamiennego.

Skąd Niemcy importują węgiel? Z danych Eurostatu wynika, że od lat niemal 40 procent paliwa przyjeżdża do nich rocznie z Rosji i tendencja ta utrzymuje się na mniej więcej stałym poziomie. Od kilku lat rosły dostawy z USA, które stanowiły mniej niż 20 procent importu. Kolejnym z dostawców była Kolumbia (12-13 procent). Czwórkę głównych dostawców z kilkuprocentowym udziałem zamyka Australia. Łańcuch dostaw zagranicznych jest więc bardzo podobny jeśli chodzi o kierunki do polskiego. Tyle, że u nas zależność od importu węgla z Rosji wynosi niemal 70 procent.

Jeszcze w 2016 roku na niemiecki rynek szło ok. 2,5 mln ton polskiego węgla, ale potem nastąpił spadek do nieco ponad 1 mln ton w 2017 roku i… 0,2 mln ton rocznie w latach następnych. Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Węgla Kamiennego i Brunatnego Eurcacoal wynika, że w 2019 roku do krajów UE trafiło 135 mln ton tego paliwa, wobec 167 mln ton rok wcześniej (-19,3 procent). W gronie największych importerów węgla w ubiegłym roku znalazły się Niemcy, Polska (16,7 mln ton) i Włochy (10,8 mln ton). W 2018 roku Niemcy również sprowadziły najwięcej węgla, bo prawie 45 mln ton, Polska dołożyła 19,7 mln ton, podium zaś wówczas zamykali Hiszpanie z importem rzędu 15,8 mln ton, który w ubiegłym roku zmniejszyli do 8,5 mln ton.

Najnowsze węglowe dziecko Niemców, czyli blok węglowy Datteln IV o mocy 1052 MW zbudowana kosztem 1,5 mld euro (przypomina to parametry ś.p. Ostrołęki C, która w oparciu o węgiel już na pewno nie powstanie). To oczywiście wysokosprawna siłownia na poziomie 45 proc. i zastąpi stare bloki węglowe emitujące więcej CO2 niż nowy (Uniper do którego należy jednostka twierdzi, że dąży do celu, w którym produkcja energii elektrycznej i ciepła w Europie będzie neutralna pod względem emisji CO2 w 2035 roku), jednak należy pamiętać, że taka jednostka będzie potrzebować do pracy rocznie ok. 3 mln ton paliwa. Nie powinno to wpłynąć znacząco na wzrost importu węgla do Niemiec, ponieważ stare bloki są stopniowo wyłączane, a coraz więcej energii pochodzi tam z odnawialnych źródeł energii, niemniej jednak biorąc pod uwagę deklarację Niemiec o odejściu od węgla w energetyce do 2038 roku uparcie się na Datteln IV przy jednoczesnym wyłączaniu reaktorów atomowych jest po prostu nielogiczne.