Baca-Pogorzelska: Problem Krupińskiego i Makoszów jest tylko pozornie prosty

12 września 2016, 07:30 Energetyka
KWK_Krupiński_w_Suszcu_-_panoramio_-_geo573
Kopalnia Krupiński / fot. Wikimedia Commons

KOMENTARZ

Karolina Baca-Pogorzelska

Dziennik Gazeta Prawna

Czy w Polsce są naprawdę „kopalnie trwale nierentowne”? Czy tylko brak pieniędzy na inwestycje, wysokie koszty i niskie ceny paliwa pozwalają nam na użycie tego określenia?

Z punktu widzenia laika wygląda to chyba tak: skoro zarząd Jastrzębskiej Spółki Węglowej podjął decyzję o zaprzestaniu wydobycia i zamknięciu kopalni Krupiński w 2017 r., a konkretnie przekazaniu jej do Spółki Restrukturyzacji Kopalń, to znaczy, że jej sytuacja jest jasna. Podobnie jak kopalni Makoszowy, która ponad rok temu trafiła do SRK – skoro nie została w tym czasie wykupiona, będzie likwidowana. Jakie proste, prawda? Należy jeszcze dodać, że nikt nie straci pracy, bo górnicy z tych zakładów mają wciąż obowiązujące gwarancje zatrudnienia, a więc trafią do innych kopalń lub skorzystają z osłon socjalnych zagwarantowanych w ustawie.

Skoro mamy likwidować nierentowne kopalnie, a te za takie zostały uznane, to wszystko się zgadza. Tylko… pozornie.

Dlaczego w takim razie związkowcy tak bronią tych kopalń? Czy tylko z powodu partykularnych interesów? Obrony stołków? Długo się nad tym zastanawiałam. Może warto też spojrzeć na to z innej strony?

Zacznę może od Makoszów, bo tam sprawa wydaje się nieco (?) prostsza. Choć ogłoszono przetarg,  to chętnego na ten zakład nie będzie. Zwrot pomocy publicznej w wysokości przynajmniej 250 mln zł (a może nawet więcej) to bowiem nie jedyny wydatek w tej kopalni nawet gdyby została sprzedana za złotówkę. Zakładowi kończy się koncesja wydobywcza w 2020 r. Sęk w tym, że złoże kopalni jest podzielone na dwa obszary. Węgiel jest tam jakościowo całkiem dobry, ale inwestycje pochłonęłyby przynajmniej 400 mln zł. A na to pieniędzy nie ma. Jednak do części złoża Makoszów można się dostać od strony kopalni Bielszowice (taniej, łatwiej, szybciej).

Tyle tylko, że decyzja o zamknięciu tej kopalni to właściwie koniec górnictwa w Zabrzu. Tamtejsze kopalnie, niegdyś przecież wydobywające węgiel – Concordia, Królowa Luiza czy Guido – to dziś zabytki. I bardzo dobrze, bo niektórzy chętnie zobaczyliby, co kryją nasze podziemia, a nie zawsze mogą – tu zaś mają okazję. Ale w Zabrzu nie jest potrzebna kolejna muzealna kopalnia, tylko miejsca pracy. Oczywiście dzisiaj górnicy z Makoszów tę pracę będą mieć gdzie indziej. Ale kolejne pokolenia już nie. Co więc powiedzieć młodym ludziom, którzy wybrali się do szkół górniczych? Co powiedzieć nauczycielom tych szkół, które kilka lat temu na potęgę były reaktywowane, a teraz ich przyszłość stoi pod znakiem zapytania?

Ten sam problem tak naprawdę dotyczy Krupińskiego. Nie wiem nawet, czy nie bardziej niż Makoszów. Bo z Zabrza jest stosunkowo blisko do Gliwic, Katowic…

A Krupiński (któremu patronuje zmarły w 1972 r. profesor AGH i Politechniki Śląskiej, Bolesław Krupiński)? To kopalnia w Suszcu będąca tak naprawdę żywicielką całej gminy. Tam koncesja kończy się za kilka lat, ale węgiel jeszcze jest. Tyle, że złoże wymaga 300 mln zł inwestycji. Czyli wracamy do punktu wyjścia.

Oczywiście, można dojeżdżać do pracy, można się przeprowadzić… Ale wydaje mi się, że na te trzeba spojrzeć także od tej strony i spróbować zrozumieć ludzi, których to dotyczy. Przecież dlatego o swoją kopalnię walczyli tak bardzo górnicy z Brzeszcz.

Górnicy, zapewniam, doskonale wiedzą, że górnictwo to już nie ta sama branża co 30 czy 40 lat temu. Ale wiedzą też, że jak na razie wciąż ponad 80 proc. energii elektrycznej produkujemy z węgla kamiennego i brunatnego.

Dlatego cieszy mnie, że resort rozwoju przygotowujący Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju dostrzega potrzebę, w przypadku Śląska, połączenia założeń strategii dla sektora węgla kamiennego z programem regionalnym. Tylko takie połączenie może sprawić, że wizja przyszłości tej branży będzie w miarę spójna. Mam tylko nadzieję, że tym razem plan zostanie naprawdę przygotowany porządnie – niech będzie to nawet program „Śląsk 5.0”, nie tylko 2.0, ale tak, by za rok czy dwa nie trzeba było pisać go od nowa.