Przygodzki: Świat siedzi na huśtawce klimatycznej i wykonuje dziwne ruchy

29 listopada 2021, 07:20 Atom
Huśtawka. Fot. Freepik
Huśtawka. Fot. Freepik

Na Ziemi narasta wielki kryzys klimatyczny. Z dania na dzień rośnie siła kolejnych fal ekstremalnych zjawisk pogodowych. Te fale wkrótce mogą zdemolować cały nasz świat. Wiemy, że aby zahamować narastanie tego zjawiska, musimy przestać spalać węgiel, ropę naftową i gaz ziemny. A równocześnie narasta kryzys energetyczny. Próbujemy budować „Zielony kapitalizm”, ale on wyraźnie nie nadąża, za tym, co dzieje się na świecie. Czy jakiś błąd powoduje, że nie potrafimy się ratować? – pisze Marek Przygodzki z Obywatelskiego Ruchu Na Rzecz Energetyki Jądrowej.

Musimy przestać wysyłać spaliny do atmosfery. Od pewnego czasu próbujemy to zrobić, ale ciągle okazuje się, że dalej spalamy tych paliw coraz więcej. Od kilkudziesięciu lat uchwalamy ambitne plany redukcji emisji i wprowadzamy politykę odpowiedzialnego rozwoju, wydajemy ogromne pieniądze na inwestycje pro-klimatyczne; budujemy tysiące elektrowni wiatrowych i dziesiątki tysięcy biogazowni, a także tysiące kilometrów kwadratowych instalacji fotowoltaicznych. Jednak efektem tych wysiłków nie jest oczekiwany spadek emisji gazów cieplarnianych. Te emisje dalej rosną.

Robimy błąd, gdyż równocześnie staramy się osiągać dwa cele, które są wzajemnie sprzeczne.  Chcemy zatrzymać proces zmian, klimatu, co wymaga radykalnego ograniczania emisji gazów cieplarnianych. A równocześnie chcemy zwiększać produkcję oraz ilość miejsc pracy i napędzać wzrost PKB, co wiąże się ze zwiększaniem emisji tych gazów. Dla polityków ważniejsze jest zwiększanie obecnych dochodów od zwalczania przyszłych zmian klimatu.  Dlatego dzisiaj świat rzuca wielkie pieniądze na „odbudowę” i pobudzanie rozwoju starej, paliwożernej gospodarki. Inwestujemy w zwiększanie popytu konsumpcyjnego, który już poprzednio był nadmiernie rozdęty i źle ukierunkowany. Robimy to, zamiast zacząć budować inny, bardziej oszczędny świat oraz nową gospodarkę, zdolną do życia bez korzystania z paliw kopanych. Nadal chcemy produkować coraz więcej samolotów, statków, autostrad, lotnisk, biurowców i domów mieszkalnych oraz telewizorów i lodówek. Chcemy sprzedawać coraz więcej kolorowych zabawek i zbędnych ciuchów oraz nowych typów elektronicznych gadżetów. Chcemy wyprodukować miliard elektrycznych samochodów osobowych, które będą potrzebowały tyle samo miejsca na parkingach i autostradach jak spalinowe, a dodatkowo nowych sieci ładowania. Samochodów, których produkcja pochłonie ogromne ilości energii i wody. Dalej rozwijamy stary, energochłonny świat więc oczywiście szybko zwiększamy popyt na energię, natrafiając na bariery po stronie podażowej.

Robimy błąd, gdyż równocześnie prowadzimy ekstrawagancką politykę przebudowy systemu energetycznego. Zamykamy dobre elektrownie atomowe i stawiamy na rozwój mało efektywnych  OZE. Taka polityka jest kolejnym źródłem nierównowagi. W jej ramach ogromne pieniądze zostały zainwestowane w energię wiatrową i słoneczną, ale efekty są dużo mniejsze od zapowiedzi i oczekiwań. Źródła tego typu są mało wydajne oraz pracują niestabilnie. Klimat się zmienia.  To spowodowało, że w tym roku, w Europie były bardzo kiepskie warunki dla energetyki wiatrowej. A równocześnie w Norwegii nie było deszczu, więc w zbiornikach jest mało wody. W efekcie mamy narastający kryzys energetyczny.  Rzucamy się na gaz ziemny, który miał być podstawowym paliwem przejściowym w procesie transformacji energetyki, ale już zaczyna być go za mało. Więc jego cena podskoczyła na rynkach czterokrotnie.

W takiej sytuacji wszyscy zaczynają wracać do węgla. Dzisiaj wielkość popytu na węgiel bije historyczne, światowe rekordy sprzed kryzysu finansowego w 2008 roku. Również w Niemczech produkcja energii z węgla wyprzedziła, w pierwszej połowie tego roku, produkcję energii z innych źródeł. W Chinach już wydobyto w tym roku ponad 3 mld ton węgla, więc na koniec roku padnie kolejny rekord. Oczywiście w takiej sytuacji znowu szybko rosną emisje gazów cieplarnianych, co powoduje, że proces zmian klimatu jeszcze bardziej przyspiesza. Jednak ten fakt nie psuje dobrej koniunktury na węgiel.  Ceny węgla szybko rosną, gdyż jest go w tej chwili mniej, niż na początku roku Ulewne deszcze (zmiany klimatu!) spowodowały spadek wydobycia węgla w Indonezji i Kolumbii. Jednak mimo to energetyka oparta na węglu nadal jawi się jako bardzo stabilna technicznie i odporna na kryzysy oraz potrafiąca dostarczać taniej energię. Więc pojawiają się liczne głosy  nawołujące do zwiększania inwestycji w sektor węglowy i gaz. Niestety, ale wygląda na to, że wielu decydentów i analityków gospodarczych nadal lekceważy wpływ spalania węgla na klimat i nie zdaje sobie sprawy z tego, że jeżeli proces zmian klimatu pójdzie dalej, do przodu, to „za chwilę” już nie będzie kogo oświetlać i ogrzewać. Zdaniem decydentów politycznych nie stać nas na radykalną transformację klimatyczną światowej gospodarki. Jednak nadal stać nas na to, żeby finansować wielkie zbrojenia i bawić się w loty kosmiczne. To wszystko świadczy o tym, że politykom brakuje poczucia rzeczywistości.

Robimy dziwne ruchy w obliczu wielkiego zagrożenia

Dzisiaj wiadomo, już bez żadnych wątpliwości, że to człowiek doprowadził do uruchomienia groźnego procesu rozgrzewania się powierzchni Ziemi (globalnego ocieplenia),  spalając wielkie ilości węgla i innych paliw kopalnych oraz wycinając lasy.  To spowodowało, że obecnie szybko rośnie ilość i siła ekstremalnych zjawisk pogodowych. Coraz częściej, w wielu miejscach na świecie zdarzają się fale upałów, przewlekłe susze, pożary lasów i torfowisk, powodzie oraz huragany. Mieliśmy na Ziemi stabilny klimat przez parę tysięcy lat. Przez ten czas prawie wszędzie były zachowywane niezmienne cykle pór roku, poziomy sezonowych temperatur oraz ilości opadów. Nie zmieniał się bieg rzek oraz linie brzegowe mórz.  Dzięki temu  rozwinęła się nasza cywilizacja. Teraz ta stabilność się skończyła.

Dlaczego tak się stało?

Natura  wyciągała węgiel z atmosfery i chowała go pod ziemią przez bardzo długi czas. Dzięki temu powierzchnia Ziemi stopniowo ochładzała się, przechodząc po drodze od poziomu, w którym mogły żyć tylko wielkie gady, dinozaury, do poziomu miłego dla ssaków stałocieplnych, a w tym dla człowieka. Trwało to przez setki milionów lat. Teraz człowiek wyciągnął spod ziemi dużą część tego węgla i wypuścił go do atmosfery, pod postacią spalin, w ciągu zaledwie 100 lat. To był gwałtowny cios dla natury. Robiąc to, człowiek radykalnie zwiększył koncentrację CO2 oraz innych gazów cieplarnianych w atmosferze i spowodował, że ruszył proces ponownego rozgrzewania się powierzchni naszej planety (globalne ocieplenie), który teraz demoluje stabilność klimatu. Wzrost temperatur panujących na Ziemi nie tylko zwiększa częstość występowania ekstremalnych zjawisk pogodowych, ale także ich dynamikę. Obecne narastanie klimatycznego zagrożenia nie wynika z pojawiania się pojedynczych takich zjawisk.  Chodzi o to, że ocieplenie  napędza kolejne, szybko rosnące fale takich zjawisk i dlatego ten proces może wkrótce doprowadzić do cywilizacyjnego chaosu. Siedzimy na huśtawce, którą napędza ręka olbrzyma i za chwilę nasz organizm może przestać wytrzymywać to, co się z nią dzieje.

Kredyt klimatyczny, jaki mieliśmy od natury, już nam się skończył. Wielu polityków oraz zwykłych ludzi nie chce wierzyć w to, że z klimatem mamy ogromny problem. Zewnętrzne objawy procesu jego zmian wyglądają jeszcze względnie niegroźnie. Temperatura globalna powierzchni Ziemi dotychczas wzrosła zaledwie o 1,2 ℃. To jest tylko pozornie niewiele. To oznacza, że średnia roczna temperatura na lądach już wzrosła sporo, o ponad 2 ℃. Zaś w Arktyce o ponad 3℃ i to już jest bardzo dużo. A wstrząsu doznamy, gdy dowiemy się tego, o ile jeszcze ta temperatura może wzrastać, bez doprowadzania do totalnej katastrofy. Okazuje się, że bardzo niewiele! Jak ustalili naukowcy, nasza cywilizacyjna granica bezpieczeństwa znajduje się na poziomie zaledwie  1,5 ℃ jej wzrostu. Ten poziom mamy już bardzo blisko. A na następnym poziomie ocieplenia o 2,0℃ musimy już koniecznie zahamować, gdyż powyżej niego dojdzie do przekraczania klimatycznych punktów krytycznych, takich jak rozmarzanie lodów Arktyki czy stepowienie Amazonii, co spowoduje narastanie zmian klimatu w lawinowym tempie.

Teraz trwa „cisza” przed nadchodzącą, wielką burzą. Nasze nieszczęście polega na tym, że ziemski klimat już został wyrwany ze stanu równowagi i wiadomo, że stale będzie miał dalsze, coraz bardziej gwałtowne konwulsje. A równocześnie bardzo przyspieszył proces globalnego ocieplenia, który napędza tą huśtawkę. Teraz powierzchnia Ziemi rozgrzewa się w szalonym tempie: o 0,3℃ na dekadę.  To oznacza, że naszą granicę bezpieczeństwa przekroczymy prawie na pewno za zaledwie 10 lat. A jadąc dalej w dotychczasowym tempie dojdziemy do ściany, czyli poziomu 2,0 ℃ już za około 30 lat!  Dodatkowo trzeba pamiętać o tym, że proces rozgrzewania się całej planety ma ogromną bezwładność. On długo się rozpędzał, więc teraz nie da się go szybko zatrzymać. Jego hamowanie potrwa co najmniej 20-30 lat, od chwili całkowitego zaprzestania ludzkich emisji gazów cieplarnianych. Dlatego trzeba natychmiast zacząć ich ograniczanie  i hamowanie tego proces. Jeżeli tego nie zrobimy, to  już za 10 -15 lat doprowadzimy do tego, że pokrywa lodowa Arktyki będzie roztapiała się całkowicie w lecie. Dopóki ona istnieje, to odbija większość promieni słonecznych padających latem na region Arktyki. Jeżeli ona się rozpłynie, to ciemna powierzchnia arktycznego oceanu będzie bezpośrednio wchłaniała cale promieniowanie słoneczne, przez 3 letnie miesiące, przez 24 godziny na dobę (latem tam ciągle trwa dzień). W takiej sytuacji nie tylko nastąpi bezpośrednie przyspieszenie procesu rozgrzewania się powierzchni Ziemi. Najgroźniejsze jest to, że równocześnie nastąpi przyspieszenie procesów roztapiania się wiecznej zmarzliny i uwalnianie uwięzionych w nich starych zasobów metanu. A także uwalnianie jego zasobów uwięzionych dotychczas na dnie oceanów. Jeżeli dużo metanu trafi do atmosfery, to sytuacja stanie się dramatyczna, gdyż on jest gazem cieplarnianym działającym blisko 100 razy silniej od CO2. A jeżeli wzrost stężenia metanu w atmosferze spowoduje, że temperatura globalna na ziemi będzie rosła o kolejne stopnie, to wiele ziemskich terenów lądowych, takich, które obecnie są gęsto zaludnione, przestanie nadawać się na miejsca do życia dla ludzi. Zapanuje głód i będą rozprzestrzeniały się groźne choroby. Rozpoczną się wielkie migrację, obejmujące miliardy ludzi. Światu zagrozi chaos i wielkie wymieranie.

Dlaczego nie potrafimy uciec z huśtawki?

Naukowcy są zdania, że obecnych zmian klimatu już nie da się odwrócić, ale  jeszcze mamy szanse na to, żeby się uratować. Jeszcze możemy zatrzymać proces ocieplenia zanim znajdziemy się na bardzo grząskim gruncie.   Jednak zostało nam już bardzo niewiele czasu na podjęcie skutecznej akcji ratunkowej. Musimy dokonać skokowej redukcji antropocentrycznych emisji gazów cieplarnianych, o co najmniej 50%, w ciągu najdalej 8 lat. Musimy zrobić taki gwałtowny krok po to,  żeby kupić sobie odrobinę więcej czasu na dalsze działania. A potem także trzeba będzie działać bardzo szybko. Najdalej  w ciągu następnych 20 lat musimy zaprzestać spalania czegokolwiek. Zrobienie takich ruchów jest dla nas niezwykle trudnym zadaniem, gdyż nasz obecny świat  jest narkomanem uzależnionym od energii pochodzącej ze spalania paliw kopalnych. Siedzimy w węglu, ropie oraz gazie „po uszy” i nie potrafimy się z tego bagna wydobyć.

Jak ludzkość  wpadła w węglową pułapkę?

Jakieś 170 lat temu ludzie odkryli możliwości, jakie daje korzystania z łatwego dostępu do wielkich zasobów taniej energii, zgromadzonej pod ziemią, w skondensowanej formie paliw kopalnych. Zobaczyli, że można będzie poszaleć. Nikt wtedy nie pomyślał o zagrożeniu które spowoduje spalenie dużej ilości takich paliw. Nie wiedzieliśmy, że robiąc to, wypuścimy spod ziemi bardzo niebezpiecznego dla nas Dżina, którego matka Natura złapała i tam zamknęła. Nie wiedzieliśmy, że spalamy przyszłość własnych dzieci. Myśleliśmy, że wpadło nam w ręce darmowe bogactwo. A dostaliśmy od Natury tylko bardzo wysoko oprocentowany kredyt.  Od tamtej pory spalaliśmy tych paliw rokrocznie coraz więcej. Dzisiaj doszliśmy już do astronomicznych ilości rzędu miliardów ton rocznie. Uzyskiwanie z tych paliw wielkich ilości energii umożliwiło ludzkości dokonanie cywilizacyjnej ekspansji; bardzo szybkie zwiększanie produkcji i konsumpcji wszelkich dóbr, przyspieszanie postępu technicznego oraz bogacenie się ludzi i państw. Szczególnie przez ostatnich 75 lat „nasz świat” rozwijał się niesamowicie szybko. Ludzi było coraz więcej i żyli coraz dłużej.  Trwał niesamowity rozwój nauki i techniki. Produkcja wszystkiego rosła bardzo szybko. Kupowaliśmy wszystkiego więcej, lataliśmy coraz szybciej i dalej, żyliśmy coraz bogaciej.  A teraz okazało się, że mamy szalone klimatyczne długi oraz że jesteśmy  konsumpcyjnym narkomanem.

Nasz świat jest uzależniony od węglowego bogactwa

Niestety, ale na fali tej ekspansji ludzkość wpadła w uzależnienie od rozdętej, energochłonnej konsumpcji. Od wielkich pieniędzy i od stylu życia oraz stylu uprawiania polityki, jakie się wytworzyły w świecie nadymanym łatwo dostępną energią. W tym świecie społeczeństwa zostały wprzęgnięte w tryby machiny walki konkurencyjnej, masowej produkcji i bezmyślnej konsumpcji. Ich dobre nastroje są podtrzymywane obietnicami bardziej wygodnego życia oraz rozdawnictwem kolorowych zabawek. W tym świecie politycy od lat kupują sobie spokój społeczny, dając ludziom dostęp do dużej ilości dóbr i usług. Z każdym rokiem muszą dawać ich coraz więcej, żeby wygrać kolejne wybory. Dlatego żyją pod presją potrzeby zapewnienia nieustannego wzrostu PKB i uważają utrzymanie starej gospodarki, w dobrej kondycji, za cel priorytetowy. To powoduje, że nakręcanie wzrostu starej gospodarki staje się dla nich ważniejszy od realizacją planów dotyczących dokonywania jej koniecznej dekarbonizacji.  To jasne, że ta stara gospodarka jest bardzo energochłonna, gdyż jej szybki rozwój był oparty na możliwości wykorzystywania ogromnych ilości energii. Dlatego ona cała stoi na sprzedawaniu i spalaniu paliw kopalnych. A gdy próbujemy budować nową, zeroemisyjną energetykę, ale okazuje się, że ona jest wielokrotnie mniej wydajna i mniej dyspozycyjna od starej energetyki, opartej na paliwach kopalnych, więc nie jest w stanie jej zastąpić. Pomiędzy potrzebami energetycznymi starego świata, który trwa i się rozwija, a zdolnościami dostarczania dużych ilości czystej energii przez świat nowy, pojawia się wielka  luka energetyczna.  Energetyka jądrowa byłaby w stanie ją wypełnić, gdyż ona ma porównywalnie wysoką wydajność i dyspozycyjność, jak energetyka oparta na paliwach kopalnych oraz w jej przypadku także istnieją możliwości przechowywania zapasów paliwa w bardzo skondensowanej formie. Jednak histeria polityczna, jaka wybuchła po katastrofie w Czarnobylu, spowodowała, że rozwój tej energetyki został zatrzymany na 20 lat, więc teraz ta luka energetyczna jest bardzo duża i rośnie w miarę, jak jeszcze zwiększamy ilości produktów i usług wytwarzanych w machinie starego świata.  W ten sposób wywołujemy potrzebę dalszego zwiększania dostaw energii i materiałów. Z tych powodów zaczyna nam zaglądać w oczy kryzys energetyczny. Dlatego zwiększamy zużycie paliw kopalnych i emisje gazów cieplarnianych rosną, zamiast spadać. Dlatego jesteśmy coraz bliżej progu Apokalipsy.

Jak w takiej sytuacji uniknąć katastrofy klimatycznej?

Uważam, że jeszcze możemy uciec przed tą katastrofą, ale aby to zrobić, musimy radykalnie ograniczyć wielkość obecnie realizowanej produkcji energochłonnych dóbr i sprzedaży takich usług.  Łatwo zauważyć, że stopniowa dekarbonizacja całej działalności gospodarczej zdecydowanie nam nie wychodzi.  A nawet jak już zacznie ona wychodzić, to będzie bardzo powolna i na jej efekty trzeba będzie bardzo długo czekać. Niestety, nie mamy już czasu na długie czekanie. Właśnie wybił nam ostatni dzwonek. Musimy bardzo szybko ograniczyć wielkość antropocentrycznych emisji gazów cieplarnianych, aby zdążyć zatrzymać proces globalnego ocieplenia przed przekroczeniem granic przetrwania naszej cywilizacji. Nie ulega wątpliwości, że można to zrobić szybko tylko wtedy, jeżeli zdecydujemy się zrezygnować z dużej części obecnego „bogactwa” i obecnych możliwości, które tak naprawdę, nie są nam konieczne do życia, a nawet w ogóle nie są do niczego potrzebne. Po prostu dotychczasowy świat, nie liczący się z ograniczeniami wynikającymi z istnienia nieprzekraczalnych granic planetarnych, był nastawiony na nieustanne kreowanie nowych potrzeb konsumpcyjnych.

Robił to po to, żeby móc nieustannie powiększać produkcję i sprzedaż wszystkiego. Czyli powiększać biznesowe zyski i swoje bogactwo. Teraz dotarliśmy do granic planety i  niestety, ale obecnie trzeba z wielu takich niekoniecznych potrzeb zrezygnować. Przy czym nie chodzi o jakiś szalony „degrowth”  gospodarki.  Chodzi o przejście od nadmiernie rozdętego, marnotrawnego i energochłonnego świata, w którym bogactwo tworzyły sprzedaż i konsumpcja paliw kopalnych,  do świat nieco mniejszego i dużo bardziej oszczędnego. Takiego, w którym źródłem bogactwa będzie ludzka inwencja i praca! To znaczy, że trzeba w ogóle zrezygnować z miliardów samochodów osobowych, zarówno spalinowych jak i elektrycznych. Trzeba przesiąść się w zelektryfikowaną komunikację publiczną. Trzeba skończyć z wożeniem miliardów ludzi samolotami. Musimy nauczyć się żyć, pracować oraz wypoczywać bardziej lokalnie. Musimy się odzwyczaić od picia kolorowych napojów z milionów puszeczek i buteleczek. Nie będzie nam potrzebna wielka ilość autostrad, lotnisk i biurowców. Oczywiście musimy także pogodzić się z faktem, że zniknie bardzo wiele obecnie istniejących miejsc pracy. Trzeba będzie zaproponować milionom ludzi nowe sposoby na życie i zapewnić im bezpieczeństwo socjalne.  Ja wiem, że to wszystko będzie bardzo trudne. Jednak uważam, że jest możliwe do zrobienia i niewątpliwie musimy spróbować to zrobić, gdyż dzisiaj wyjście ewakuacyjne mamy już tylko jedno. Możemy tylko podążać do niego różnymi drogami.

Guibourgé-Czetwertyński: Wysokie ceny uprawnień do emisji CO2 zwiększają ryzyko ubóstwa energetycznego