Rosołowski: Nakłady na obronność to nie kaprys polityków

12 marca 2014, 10:38 Bezpieczeństwo
Marcin Rosołowski

KOMENTARZ

Marcin Rosołowski

specjalista ds. wizerunku, dyrektor w agencji AM Art-Media

Po kolejnych nieudanych występach polskich sportowców na rozmaitych międzynarodowych mistrzostwach wraca jak bumerang pytanie: po co łożyć pieniądze na działaczy i zawodników, skoro w tak małej liczbie dyscyplin mamy szansę na triumfy? Odpowiedź jest niezmiennie taka sama: sport to nie biznesowa inwestycja, gdzie wykłada się pieniądze wyłącznie na zyskowne przedsięwzięcia, a w nadmiernie ryzykowne po prostu się nie wchodzi. Sukcesy i niepowodzenia polskich sportowców mają znaczenie wyłącznie psychologiczne – ale obronność to sfera dla państwa i społeczeństwa fundamentalna. A jednak w „Rzeczpospolitej” Marek Migalski analizuje kwestię wydatków na polską armię tak, jakby chodziło o sprawę o znaczeniu marginalnym.

To prawda, że polskie wojsko w porównaniu w wojskiem rosyjskim wygląda jak liliput przy Guliwerze. Ba, armie większości europejskich państw również. Wysnuwanie z tego wniosku, że lepiej odpuścić sobie inwestycje w armię, jest – eufemistycznie rzecz ujmując – ekscentryczne. Przede wszystkim samo założenie, że polskie wojsko istnieje jedynie na wypadek ewentualnego konfliktu z Rosją nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. A taką optykę przyjął w swoim tekście europoseł. Czytając jego analizę można dojść do wniosku, że w NATO jesteśmy na zasadzie miłego gościa – nic od nas się nie wymaga, za to każdy ma (przynajmniej na papierze) obowiązek nas bronić. Nowoczesna, dobrze wyposażona armia to nie kaprys polityków, lecz konieczność. Niezależnie od tego, kto rządzi na Wschodzie i jakie mamy z nim relacje.

Od biedy można by zrozumieć tego rodzaju debatę, gdyby Polska dysponowała znakomicie wyposażonym i wyszkolonym wojskiem, a mityczni lobbyści wciskali nam dodatkowy, niepotrzebny sprzęt. Jednak stan uzbrojenia naszych sił zbrojnych jest daleki od zadowalającego. Obecny konflikt za naszą wschodnią granicą jest okazją, by uzmysłowić, jak ważne i potrzebne są nakłady na wojsko. I ta okazja powinna być jak najlepiej wykorzystana – także uwzględniając interesy polskiego przemysłu zbrojeniowego.

Gra toczy się nie tylko o nasze bezpieczeństwo, ale o międzynarodowy wizerunek i wiarygodność. Bez żmudnego i kosztownego procesu modernizacji armii i wizerunek, i wiarygodność będą poważnie nadszarpnięte. Hasło „armaty zamiast masła” jest do bólu demagogiczne, ale stawianie alternatywy: albo służba zdrowia, albo wojsko również trąci skrajnym populizmem.