font_preload
PL / EN
Energetyka Energia elektryczna 21 lutego, 2019 godz. 12:00   
KOMENTUJE: Konrad Świrski

Świrski: Ustawa o cenach energii jest daleka od doskonałości

sejm fot. BiznesAlert.pl

Projekt nowelizacji ustawy z dnia 28 grudnia 2018 r. o zmianie ustawy o podatku akcyzowym oraz niektórych innych ustaw – potocznie zwanej „ustawa o prądzie”.

Dlaczego wprowadzono ustawę:

Na skutek wzrostu cen hurtowych w końcowych miesiącach 2018 (to spowodowane m.in. raptownym wzrostem cen certyfikatów emisyjnych CO2, wzrostem cen węgla i „pewną nerwowością rynku”), spółki obrotowe (sprzedające energie elektryczną dla użytkowników końcowych i dla przemysłu) przygotowały propozycje nowych cen energii na rok 2019. Ponieważ proponowane podwyżki były wysokie, temat cen energii („cen prądu”) przedostał się do dyskusji medialnej i politycznej. W tej atmosferze podjęto decyzję o szybkim wprowadzeniu ustawy, która miała zniwelować możliwe wzrosty cen („przytrzymać ceny” na poziomie roku 2018 „aby nie wzrosły”), która to ustawa została pospiesznie opracowana i uchwalona 28 grudnia 2018 r. Co należy przypomnieć, za ustawą głosowali praktycznie wszyscy posłowie ze wszystkich partii politycznych.

Dlaczego ustawa jest nowelizowana

Pospieszne opracowanie ustawy i sama koncepcja pewnego rodzaju regulowania cen, nie do końca spełnia wymagania legislacyjne Unii Europejskiej (wolny rynek energii, niezależność regulatora, równe traktowanie wszystkich podmiotów na rynku). Ustawa miała tez pewne „usztywnienia” lub braki formalne, które nowelizacja próbuje usunąć.

Jakie rozwiązania przynosi nowelizacja (i sama ustawa w nowej formie)

Dobre i sensowne

– utrzymanie obniżenia akcyzy i tzw. opłaty przejściowej – co skutkuje możliwością obniżenia cen energii o 30 -50 zł/MWh (bo mniejsze podatki). To rozwiązanie łagodzi nieuchronny wzrost cen energii (w planie wieloletnim) w Polsce spowodowany zarówno europejską polityką w stosunku do paliw kopalnych (konieczność płacenia za certyfikaty emisyjne CO2 – to rodzaj „para-podatku” węglowego płaconego na razie do budżetu państwa). Oczywiście zmniejsza to w pewien sposób przychody budżetowe.

Wymagane (przez UE) i konieczne

– usuniecie przez nowelizację obowiązku ustalania (i niepodnoszenia) opłat za dystrybucję (finalna cena energii to najprościej cena za samą energię, cena za jej dystrybucję – dostarczenie oraz podatki). Sama ustawa w pierwszej formie dość nerwowo potraktowała także opłatę za dystrybucję (regulując ja do poziomu z grudnia 2018 r.). Było tu zupełnie niepotrzebne (ceny za dystrybucję jeśli rosną, to bardzo wolno – kilka procent rocznie i są regulacyjnie kontrolowane przez URE – niezależny Urząd Regulacji Energetyki). Ustawa więc „usztywniała” kontrole cen i naruszała niezależność URE (wymagana przepisami UE) i w nowelizacji to rozwiązanie zostało słusznie usunięte.

Wątpliwe rynkowo

– utrzymana (niezmieniona) została podstawowa koncepcja ustawy o regulacji cen energii i zatrzymaniu ich (we wszystkich kontraktach dla klientów indywidualnych i odbiorcach przemysłowych) na poziomie grudnia 2018 r. Samo założenie rodzaju „urzędowej kontroli cen maksymalnych” jest dość problematyczne i wydaje się być podyktowane jedynie burzliwą dyskusją polityczną w roku wyborczym. Ustawa nakłada obowiązek utrzymania cen z 2018 (w sprzedaży detalicznej) nawet jeśli cena hurtowa (zakupu energii do spółki obrotowej) jest wyższa a więc teoretycznie sankcjonuje ponoszenie strat przez spółki na rynku. Te straty maja być potem rekompensowane przez specjalny fundusz. Rozwiązanie ustawowe zatrzymuje wzrost cen, ale jednocześnie niszczy budowany z mozołem przez lat prawie 20 zliberalizowany rynek energii.

Biurokratyczne i skomplikowane

– rekompensaty które mają otrzymywać spółki (za to, że sprzedają taniej niż kupują energię w hurcie) maja zostać obliczane na mocy specjalnego rozporządzenia Ministerstwa Energii (które ma powstać). Sprawa nie jest trywialna bo o ile sprzedaż energii dla klientów indywidualnych (30-40 % rynku) to dość jasno określone taryfy, to kontrakty z przemysłem lub samorządami to normalne umowy handlowe i tam formuły cenowe mogą być bardzo skomplikowane. Nie łatwiej jest też za samymi formami i cenami zakupu – spółki obrotowe mogą kupować od innych, bezpośrednio na Towarowej Giełdzie energii, wreszcie też za pośrednictwem Domów Maklerskich. Należy więc wyznaczać średnie ceny transakcyjne na rynku (tym ma zając się URE wg. nowelizacji), a następnie odnosić do cen sprzedaży – to wszystko musi uregulować rozporządzenie. Teraz nowelizacja usuwa też pewne luki (końcowi użytkownicy – duży przemysł mógł samodzielnie kupować część energii na giełdzie i w ten sposób byłby poszkodowany – nie dostałby odpowiednio niższej ceny – wiec teraz też może ubiegać się rekompensaty). Generalnie rynek jest mocno rozwinięty i przypadków szczególnych są dziesiątki – nowe rozporządzenie (jak obliczać) musi uwzględniać każdy z nich, a na pewno będzie też obiektem sprzeciwów, a może i powodować spory prawne.

Opóźnione w czasie

– w nowelizacji pojawił się niepokojący zapis, że spółki muszą dokonać wszelkich korekt cen i rozliczeń z klientami w ciągu 30 dni po wejściu ustawy w nowej wersji, gdy poprzednio datę ustalono na koniec kwartału). W przypadku opóźniania się procesu wdrożenia poprawek (ustawa wchodzi po 14 dniach od ogłoszenia, a mamy już koniec lutego), przesuwać się będzie cały moment teoretycznego uporządkowania rynku (finalizowanie umów, ile mamy płacić za energię). Niepewność na rynku jest gigantyczna (niepokój o samą ustawę i jej zapisy, i o rozporządzenia ME o rekompensatach, które tak naprawdę ustalają pozycję finansową firm obrotowych na rynku) czego efektem jest całkowita zapaść ofertowania dla klientów końcowych (nie wiadomo za ile sprzedawać). Mamy nawet dość dramatyczny apel Prezesa URE do Ministerstwa Energii i Prezesa Urzędu Kontroli Konkurencji i konsumentów, że na rynku nastąpiła zapaść i klienci którym skończyły się umowy nie otrzymują nowych.

Podsumowując – jak każda regulacja – mamy pewne plusy ale i wielkie minusy. Najbardziej paradoksalne w całym zamieszaniu jest to, że problem częściowo zniknął i sam się rozwiązał (w międzyczasie ceny certyfikatów CO2 się ustabilizowały, a ceny hurtowe energii na przyszłe okresy – nieco spadły). W rezultacie, jeśliby zostawić wyłącznie samo zmniejszenie podatków (akcyza i opłata przejściowa) to nowe ceny dla odbiorców detalicznych nie wzrosłyby więcej niż 10-15 % (cały rachunek – suma opłaty za energię, dystrybucję i podatki). Taka zmiana nie byłaby krytyczna, pewnie łatwo i niezauważalnie przyjęta byłaby przez rynek – tak samo zdarzyło się właśnie ostatnio z cenami gazu (taryfy wzrosły) i zostały niezauważone przez media i polityków. Nie namawiamy w żadnym razie, aby włączać gaz w ustawę o praktycznej kontroli cen, ale może by spróbować (jak zaleca większość ekspertów) znowelizować ustawę w rozsądnym zakresie i pozbyć się biurokratycznej kontroli cen. To wymagałoby jednak wyłączenia dyskusji o cenach energii elektrycznej („prądu”) z medialnych sporów politycznych, na co raczej się nie zanosi.

Źródło: Blog Konrada Świrskiego