Rajewski: Podążanie ścieżką jednej technologii nie zapewni skutecznej dekarbonizacji

7 lipca 2020, 07:31 Atom
energetyka atom energia

Jeśli chcemy zdekarbonizować energetykę, to za to trzeba zwyczajnie zapłacić i tu nie wydarzy się żaden cud. Dziś natomiast wiemy, że dla wielu krajów, trzymanie się tylko jednej grupy technologii nie oferuje najszybszej możliwej ścieżki – pisze Adam Rajewski z Politechniki Warszawskiej.

Źródło wzrostu promieniowania nad Arktyką

Przede wszystkim, wzrosty promieniowania nie zostały zmierzone. Zbadana została obecność śladowych ilości izotopów promieniotwórczych – w Finlandii, Szwecji i Norwegii. Ich ilości są daleko niewystarczające, by spowodować mierzalny wzrost promieniowania tła. Z uwagi na to jakie to są izotopy, uważa się (i tak stwierdziła w komunikacje Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej), że źródłem tych izotopów był najprawdopodobniej reaktor jądrowy – pracujący lub poddawany remontowi lub przeładunkowi paliwa. Terytorialnie, wiadomości publikowane przez CBTCO (Komisję przygotowawczą Organizacji do spraw Traktatu o Całkowitym Zakazie Prób Jądrowych) wskazują na obszar od Cieśnin Duńskich po Morze Białe, obejmujący także południową część Szwecji i Finlandii, Litwę, Łotwę, Estonię i część północno-zachodniej Rosji. Nie wiemy przy tym jaki to mógłby być reaktor, a katalog możliwości jest potencjalnie szeroki, od instalacji badawczych, przez energetyczne (elektrownie jądrowe) po reaktory napędowe okrętów wojennych czy nawet potencjalnie poddawanych próbom systemów uzbrojenia.

Czy atom w Rosji stwarza zagrożenie środowiska?

Nie ma powodów, by obecnie obawiać się rosyjskiej cywilnej energetyki jądrowej. Jest ona poddana nadzorowi międzynarodowemu tak samo, jak w innych krajach, a rosyjskie instalacje od wielu lat pracują bezpiecznie i bez istotniejszych problemów, w sposób nieodbiegający od standardów światowych. Warto podkreślić, że choć w Rosji wciąż eksploatowanych jest 10 reaktorów takich, jak w Czarnobylu, wszystkie one zostały poddane już dawno fizycznym modyfikacjom, które czynią „powtórkę z Czarnobyla” niemożliwą. Trzeba tu też podkreślić, że nawet, jeśli źródłem uwolnień jest faktycznie cywilna rosyjska energetyka jądrowa – czego wykluczyć na chwilę obecną się nie da – to nic nie wskazuje na poziomy uwolnień zagrażające w jakikolwiek sposób środowisku. Wreszcie zagadnienie bardziej ogólne – energetyka jądrowa w Rosji, tak jak i w innych miejscach świata, powstała dla uzupełnienia systemu energetycznego opartego przede wszystkim o paliwa kopalne. Gdyby Rosja, a wcześniej ZSRR, nie miały elektrowni jądrowych, zamiast nich musiałyby istnieć elektrownie węglowe lub gazowe. Zatem energetyka jądrowa w Rosji – i gdzie indziej – stanowi element środowisku przyjazny, a nie wrogi.

Czy atom w Unii Europejskiej jest bezpieczny?

Tak. Nie ma żadnych powodów, by obawiać się elektrowni jądrowych w Unii Europejskiej. W istocie energetyka jądrowa jest dużo bezpieczniejsza od np. energetyki wodnej, która ma historię katastrof dużych i małych – od spektakularnego kataklizmu w Banqiao w 1975 roku, po niedawne i mniejsze zdarzenia związane zarówno z awariami technicznymi (Sajano-Suszeńska Elektrownia Wodna w 2009 roku, amerykańska elektrownia Taum Sauk w 2005 roku), a nawet celowe niszczenie zapór w ramach działań wojennych (DniproGES 1941, Möhne 1943). A jednak zapór się nie boimy i nie pytamy w kółko o ich bezpieczeństwo. Nie chcę tu nikogo straszyć energetyką wodną, przeciwnie – chcę podkreślić nieuzasadnioną dysproporcję w dyskursie publicznym. Natomiast jeśli jakiejś energetyki powinniśmy się dziś bać, to jest to energetyka oparta o paliwa kopalne. Ta bezpieczna zdecydowanie nie jest, ani w terminie krótkim (ze względu na zanieczyszczenie powietrza), ani długim (przez swój wkład w zmiany klimatu).

Jak atom może wpłynąć na politykę klimatyczną?

Energia jądrowa może wielu krajom ułatwić realizację ambitnych celów polityki klimatycznej. Z drugiej strony odrzucenie tej technologii, do jakiego dziś niektóre środowiska wzywają, może poważnie podkopać nasze wysiłki klimatyczne, przed czym ostrzega np. Międzynarodowa Agencja Energetyczna. Dobrym przykładem tego ostatniego zagrożenia są Niemcy, które pospiesznie wyłączając sprawne elektrownie jądrowe (przy jednoczesnym utrzymaniu węglowych) w dużej mierze niweczą swój wielki wysiłek w dziedzinie budowy źródeł odnawialnych. Efekt jest taki, że dziś emisyjność energetyki niemieckiej jest porównywalna do tej, jaką by uzyskano po prostu zastępując po 1990 roku węgiel gazem, przy utrzymaniu wszystkich instalacji jądrowych, ale bez budowy choćby jednego wiatraka czy panelu słonecznego. To wskazuje jak wielki potencjał redukcji został tam zmarnowany. Z drugiej strony nie jest tak, że atom sam w sobie zbawi ludzkość. Technologie jądrowe są „tylko i aż” jednym z zaledwie dwóch dostępnych na dziś narzędzi dekarbonizacji energetyki – obok źródeł odnawialnych. Dekarbonizacji, która jest bardzo potrzebna w świecie, w którym 65 procent energii elektrycznej nadal powstaje z paliw kopalnych, w którym zapotrzebowanie na energię nadal szybko rośnie oraz w świecie, w którym elektryfikacja innych branż gospodarki (np. transportu) może być niezbędna do ograniczenia emisji.

Czy atom jest za drogi i nieelastyczny?

Co do elastyczności – elektrownie jądrowe nie są, z uwagi na stosowany obieg parowy, szczególnymi „demonami elastyczności”, jak niektóre technologie gazowe, ale mitem jest to, że nie mogą dynamicznie zmieniać mocy. Mogą i w wielu krajach to robią – gdyby nie mogły, francuski system elektroenergetyczny nie byłby w ogóle w stanie funkcjonować (zresztą typowa elektrownia jądrowa to przecież „przeszczepiony na ląd” układ napędowy okrętu). Prawdą jest, że elektrownia jądrowa nie jest w stanie zmieniać swojej mocy aż tak szybko, jak zmienia ją np. elektrownia wiatrowa pracująca w warunkach zmiennej prędkości wiatru. Tak więc, gdybyśmy hipotetycznie próbowali stworzyć system wiatrowo-gazowy, to prawdopodobnie jakaś „poduszka” elektrowni gazowych byłaby w nim niezbędna (chyba, że mówimy o kraju z istniejącymi sporymi mocami w elektrowniach szczytowo-pompowych). Ale taka „poduszka” jest też niezbędna w systemie z dużym udziałem OZE i bez atomu, dopóki nie wymyślimy jakichś nowych metod magazynowania energii na wielką skalę. Warto też sobie postawić szersze pytanie: dlaczego w ogóle zakłada się w takich dyskusjach – a często tak się czyni – że w sytuacji „konfliktu” to atom ma zawsze być elastyczny i ustąpić z drogi źródłom odnawialnym, skoro jedno i drugie pracuje bezemisyjnie? Na dziś argumentem jest zagwarantowany w prawie obowiązek odbioru energii z OZE, mający na celu ułatwienie inwestycji akurat w te źródła, ale te przepisy, służące ułatwieniu finansowania inwestycji w OZE, nie muszą pozostać takie wiecznie.

Budowa elektrowni jądrowej nie jest tania

Atom to duża inwestycja, obliczona na wiele dekad – aktualnie projektowy czas eksploatacji bloku to standardowo 50 lub 60 lat. Jest to jedna z podstawowych przeszkód w rozwoju branży, którą dodatkowo pogłębia w wielu miejscach świata konstrukcja rynku energii, która nie tylko nie wspiera inwestycji długoterminowych, ale wprost je utrudnia. Natomiast trzeba sobie jasno powiedzieć, że ochrona środowiska zawsze kosztuje. Jeśli chcemy zdekarbonizować energetykę – i to szybko – to za to trzeba zwyczajnie zapłacić i tu nie wydarzy się żaden cud zwalniający nas z tego. Czasami przedstawia się przy tym porównania, które pokazują, że energia z atomu jest droższa od np. wiatrowej, ale to są porównania niepełne, nieuwzględniające np. kosztów rezerwy mocy dla elektrowni wiatrowych na czas, gdy pracują one z bardzo niską mocą z uwagi na słaby wiatr – porównanie samej ceny megawatogodziny z elektrowni jądrowej i z elektrowni wiatrowej, to trochę jak porównanie cen towaru dostarczonego kurierem do rąk własnych o określonej godzinie do ceny towaru dostarczonego na poste restante. Nie chcę przy tym stwierdzić jednoznacznie, czy w ostatecznym rozrachunku energia jądrowa w naszych warunkach wyjdzie taniej, czy drożej, bo koszt wytwarzania energii w różnych źródłach zależy od bardzo wielu czynników, w tym w dużej mierze prawa – przepisów określających sposób handlu energią, obowiązki uczestników rynku energii, podatki i opłaty za korzystanie ze środowiska itd. Tak więc co wyszło taniej, będziemy naprawdę wiedzieli post factum – za pół wieku. Dziś natomiast wiemy, że dla wielu krajów, trzymanie się tylko jednej grupy technologii – czy to samego atomu, czy samego OZE – nie oferuje najszybszej możliwej ścieżki dekarbonizacji.

Opracował Wojciech Jakóbik

Rajewski: Atom nowej generacji z USA czy Francji? Polska stoi przed wyborem (ANALIZA)