Tobiszowski: Wypadek w kopalni Murcki-Staszic rodzi wiele pytań i wymaga wyjaśnienia

25 lutego 2019, 13:30 Alert
KWK_Murcki
Fot. Wikimedia Commons

Wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski ocenił w poniedziałek, że czwartkowy wypadek w kopalni Murcki-Staszic, gdzie dwaj górnicy zmarli po wejściu w atmosferę niezdatną do oddychania, rodzi wiele pytań i wymaga wyjaśnienia przez odpowiednie służby: nadzór górniczy i prokuraturę.

Dwaj pracownicy działu wentylacji zmarli w miniony czwartek w czasie penetracji otamowanego wyrobiska 900 m pod ziemią, gdy znaleźli się w atmosferze niezdatnej do oddychania. Mieli 32 i 37 lat. Nieprzytomnych kolegów znaleźli inni górnicy. Wezwany lekarz stwierdził zgon obu mężczyzn.

„Jest tam wiele pytań, bo byli to młodzi, ale bardzo doświadczeni pracownicy (…). Generalnie pojawia się pytanie, czy można było tego w jakiś sposób uniknąć. Zawsze stawia się to pytanie, ale w tym przypadku szczególnie” – powiedział w poniedziałek PAP Tobiszowski, wskazując, iż śmierć dwóch górników nie była spowodowana – jak zdarza się w górnictwie – np. wybuchem metanu czy tąpnięciem. W tym przypadku – mówił wiceminister – mamy do czynienia z „jakościowo innym” zdarzeniem.

„Tutaj mamy zdarzenie związane z czynnościami pracowniczymi” – powiedział Tobiszowski. Zapewnił, że w sprawie wypadku od początku jest w kontakcie z władzami Polskiej Grupy Górniczej, do której należy katowicka kopalnia. „Nie chcę wyprzedzać opinii tych, którzy to sprawdzają (…), chcę uszanować komisję, która to bada. Sprawa zdecydowanie musi być wyjaśniona do końca” – podkreślił wiceszef resortu energii.

Jak w miniony piątek dowiedziała się PAP, górnicy, którzy zginęli w kopalni Murcki-Staszic, nie powinni wchodzić do rejonu, gdzie ich znaleziono – legalna penetracja tego wyrobiska, z udziałem ratowników, była planowana na niedzielę. Prowadzone postępowanie ma m.in. wyjaśnić, dlaczego pracownicy znaleźli się w tym rejonie.

Górnicy weszli do otamowanego rejonu kopalni, gdzie – zgodnie ze zgłoszeniem do urzędu górniczego – planowano zgodne z procedurami wejście w niedzielę, aby sprawdzić, czy nadaje się on do użytkowania. Takie akcje przeprowadza się jednak wyłącznie z udziałem zastępów ratowniczych, muszą być też zgłoszone nadzorowi górniczemu. Jak podał katowicki urząd górniczy, pracownicy, którzy zginęli, nie powinni wchodzić do wyrobiska „w tym czasie i w taki sposób”. Przyczyny i okoliczności wypadku ustala Okręgowy Urząd Górniczy w Katowicach, a także Prokuratura Rejonowa Katowice-Wschód. Prokuratorskie postępowanie jest prowadzone pod kątem art. 220 Kodeksu karnego, czyli niedopełnienia obowiązków w zakresie BHP i narażenie przez to pracowników na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Do podobnego wypadku doszło w czerwcu 2005 r. w kopalni Pokój w Rudzie Śląskiej. Wówczas szef działu wentylacji i jego zastępca zginęli 790 m pod ziemią, kiedy niezgodnie z przepisami weszli w odizolowany wcześniej rejon kopalni. W marcu 1998 r. sześciu ratowników górniczych zginęło w kopalni Niwka-Modrzejów podczas tzw. cichej, niezgłoszonej penetracji nieczynnego wyrobiska. Od tego czasu każde wejście w taki rejon musi odbywać się na zasadach akcji ratowniczej i być zgłoszone nadzorowi górniczemu.

Poza tąpaniami, pożarami lub wybuchami gazów czy pyłu węglowego górnicy są narażeni także na niebezpieczeństwo związane z kopalnianą atmosferą, która jest mieszaniną powietrza atmosferycznego i gazów wydzielających się z wyrobisk. Pojawiają się w nich gazy o stężeniach zagrażających zdrowiu i życiu lub jest w nich niedostateczna ilość tlenu. Stąd jednym z kluczowych zadań jest właściwe przewietrzanie podziemnych wyrobisk. Zmarli w czwartek górnicy to szósta i siódma w tym roku śmiertelne ofiary pracy w polskim przemyśle wydobywczym.

Polska Agencja Prasowa