font_preload
PL / EN
Energetyka Ropa 11 kwietnia, 2019 godz. 7:30   

Kędzierska: Ropa nie uratuje Wenezueli

maduro Nicolas Maduro i Władimir Putin. Fot. Kremlin.ru

W ciągu ostatnich trzech lat produkcja wenezuelskiej ropy spadła o ponad 50 procent. W styczniu 2016 roku państwowy koncern naftowy PDVSA wytwarzał 2,3 miliona baryłek dziennie, a dziś poniżej miliona. Niespotykany na skalę świata kryzys ekonomiczny, humanitarny, a także energetyczny w Wenezueli wyraźnie pokazuje, że ten latynoamerykański kraj nie może opierać swojego „być, albo nie być”, wyłącznie na handlu surowcem. Jest to również przestroga dla innych potęg naftowych – pisze Joanna Kędzierska, redaktor BiznesAlert.pl.

Upadek wenezuelskiego przemysłu naftowego, który w tym momencie obserwujemy jest wynikiem wieloletnich zaniedbań i korupcji, chociaż mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z nowym zjawiskiem. Ziarno zniszczenia zasiał 20 lat temu jeszcze Hugo Chavez, który odziedziczył w 1999 roku świetnie prosperujący, jeden z najpotężniejszych i najbogatszych na świecie koncern naftowy.

Nowa władza, nowe porządki

Przed Chavezem Wenezuela przeżywała okres naftowej prosperity. W 1990 roku produkowała rekordową ilość 3,5 mln baryłek dziennie. Sukces wynikał z ogromnych inwestycji w przemysł naftowy, których dokonywały kolejne rządy, a także ze strategii otwarcia przemysłu naftowego na zagraniczne inwestycje, zwanej La Apertura Petrolera (Otwarcie Naftowe). Niestety ceny ropy gwałtownie spadły pod koniec lat 90-ych, na czym ucierpiały zarówno poziom jej produkcji, jak i dochodów z jej sprzedaży. Chavez wykorzystał ten trend jako polityczną amunicję i po objęciu przez siebie władzy zaczął odwracać politykę poprzedników, jak również przejmować większą kontrolę nad PDVSA.

W 2002 roku zwolnił cały zarząd koncernu, w którym zasiadali wysokiej klasy specjaliści, zastępując ich oczywiście swoimi politycznymi zwolennikami. Decyzja ta doprowadziła do całkowitej destabilizacji państwowego koncernu, skutkując nieudaną próbą obalenia Chaveza w 2002 roku, a potem generalnym strajkiem, podczas którego wszelka działalność w PDVSA zamarła na 9 tygodni. Kiedy strajk się zakończył Chavez podjął jeszcze bardziej agresywne działania i mianował na szefa państwowego koncernu swojego zausznika Rafaela Ramireza.

Pod koniec 2003 roku wenezuelski rząd dokonał masowych zwolnień, wyrzucając z pracy aż 18 000 osób, na 33 000 osób, pracujących wówczas w PDVSA. Oczywiście zwolnieni zostali wysoko wykwalifikowani specjaliści, po to, żeby zrobić miejsce dla zwolenników i znajomych Chaveza, bo już w 2014 roku w państwowym koncernie zaczęto zatrudniać na potęgę. Do końca 2014 roku przyjęto do pracy aż 150 000 osób, czyli o wiele więcej niż pierwotnie zwolniono. 

Popularność opłacana petrdolarami

PDVSA nie tylko jednak „zyskała” całą rzeszę nowych pracowników, ale władze znacznie rozszerzyły również i jej kompetencje. Koncern miał się zajmować nie tylko i wyłącznie produkcją i sprzedażą ropy, ale również i zarządzaniem, utrzymywaniem i prowadzeniem rozlicznych funduszy socjalnych i programów społecznych, za pomocą których Chavez kupował swoją popularność.

Jednak to nie jedyne zmiany przeprowadzone przez ówczesnego prezydenta Wenezueli. W połowie pierwszego dziesięciolecia lat 2000, zaczęto również rewidować kontrakty na wydobycie ropy z koncernami zagranicznymi, podnosić podatki, opłaty licencyjne i oczywiście wymagać, by PDVSA miało większe udziały spółkach z kapitałem zagranicznym. Większość zagranicznych firm w końcu zgodziło się na te warunki. Wyjątkiem były ConocoPhillips i ExxonMobil, które Chavez systematycznie wywłaszczał z ich aktywów, aż do 2009 roku, kiedy to dokonał całkowitej nacjonalizacji wenezuelskiego przemysłu naftowego. Tego typu działania znacząco ograniczyły inwestycje i to w ciągu ostatnich dwóch dekad, kiedy to ceny ropy były najwyższe w historii. 

Naftowy król jest nagi

Drastyczny spadek cen surowca w 2014 roku, musiał całkowicie wstrząsnąć wenezuelską gospodarką, ale to nie on był powodem jej załamania, a wieloletnie, drastyczne zaniedbania i fatalne zarządzanie przemysłem naftowym przez Chaveza, a potem Maduro, które po prostu zostały odsłonięte w jego wyniku. Ponadto okazało się jak bardzo błędne było podejście wszystkich wenezuelskich rządów, zakładające opieranie gospodarki kraju tylko i wyłącznie na jednym źródle dochodu, czyli ropie. Dziś 96% przychodów Wenezueli generuje sprzedaż surowca, podobnie było w 2014 roku. Kiedy więc nagle dochodzi do gwałtownego spadku jego cen na światowych rynkach, kraj zarządzany tak jak Wenezuela zostaje właściwie bezbronny.

Krajobraz po bitwie

Dziś PDVSA nie jest w stanie przeprowadzać podstawowych operacji, ponieważ przychody ze sprzedaży ropy na nią nie wystarczają, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę powszechną korupcję, w wyniku której są one w znaczny sposób okrojone, zanim trafią do budżetu, który mógłby zapewnić funkcjonowanie koncernowi. Pola naftowe w całym kraju zmagają się z brakiem niemal wszystkiego od sprzętu, po pracowników, którzy mieliby pojęcie jak robić odwierty. Pola naftowe wokół jeziora Maracaibo regularnie nie pracują, z powodu przerw w dostawie energii elektrycznej. W zagłębiu Maturin na wschodzie kraju, produkcja ciągle jest przerywana, ponieważ podwykonawcy mający wydobywać ropę odmawiają pracy, przez niezapłacone im faktury. Z kolei w pasie Orinoko, gdzie wydobywana jest ciężka ropa, nie działają urządzenia destylujące surowiec. Brakuje także destylatów, przez co PDVSA notuje tam ogromne straty, chociaż technicznie pozyskiwanie surowca w tej lokacji jest dość proste. To właśnie w tych trzech wyżej wymienionych miejscach Wenezuela produkuje najwięcej ropy.

Dotychczas najwyższe straty PDVSA notowała w Maracaibo i w Maturin, podczas gdy produkcja ropy w pasie Orinoko, była do 2017 roku na dość stabilnym poziomie. Jednak w tym momencie również i tam zaczyna ona drastycznie spadać, głównie z powodu braku destylatów i przerw w dostawie energii elektrycznej. Do 2017 roku poziom produkcji spadał głównie tam, gdzie zarządzała nią sama PDVSA, natomiast jeśli chodzi o tzw. firmy z kapitałem mieszanym (empresas mixtas), gdzie większość aktywów należy do PDVSA (przeważnie około połowy), a pozostała część do zewnętrznych firm, pozostawała ona na stabilnym poziomie. Począwszy od 2017 roku, również i one notują ogromne spadki.

Co dalej z wenezuelską ropą?

Prognozy dla wenezuelskiego rynku naftowego są dziś właściwie uzależnione od rozwoju sytuacji politycznej. Jeżeli ta się nie zmieni i tak jak teraz Nicolas Maduro i jego zausznicy będą kurczowo trzymać się władzy, a na razie wszystko na to wskazuje, można się spodziewać dalszej dewastacji przemysłu naftowego, a co za tym idzie spadku produkcji ropy, w trzech najważniejszych lokalizacjach, gdzie jest ona wydobywana.

W przypadku zmiany władzy, co oznacza odejście Maduro i objęcie władzy przez uznawanego przez Zachód, prezydenta elekta Juana Guaidó, należy się spodziewać natychmiastowego zdjęcia sankcji z wenezuelskiego przemysłu naftowego, a co za tym idzie stopniowego zatrzymania spadku produkcji. Jednak będzie to wymagać również zagranicznej pomocy finansowej, jak i większego rozłożenia w czasie wenezuelskiego zadłużenia wobec zagranicznych podmiotów.

Pozostaje jeszcze inna opcja, a mianowicie zwiększenie presji ze strony Stanów Zjednoczonych, w reakcji na jeszcze bardziej agresywne działania reżimu Maduro. Amerykańska administracja może zdecydować się na objęcie wenezuelskiego przemysłu naftowego drugą rundą sankcji, tak by zamknąć mu drogę do eksportu ropy, poprzez zablokowanie działań pośredników, przez których ją sprzedaje, albo objąć nimi azjatyckich i rosyjskich kontrahentów, którzy cały czas chętnie kupują surowiec od Caracas. Wówczas produkcja może spaść nawet do 400 baryłek dziennie.

Bez zagranicznych inwestycji ani rusz

Jednak zakładając nawet najbardziej pozytywny scenariusz, polegający na transformacji ustrojowej i przejęciu władzy przez opozycję do końca 2019 roku, Wenezuela nie będzie w stanie przekroczyć produkcji ropy do końca 2020 roku o więcej niż 1,3 mln baryłek dziennie, a i to będzie wymagać zdania się przede wszystkim na firmy z kapitałem mieszanym i zapewnienia im odpowiednich warunków do funkcjonowania. Z kolei powrót do poziomu produkcji z 2016 roku zajmie lata, nie miesiące, a w tym procesie Wenezuela będzie w większości zdania na inwestycje zagraniczne. Tu z pewnością zamierzają przyjść z pomocą Chiny i Rosja, próbując utrzymać polityczne związki z Wenezuelą, a tym samym trzymać ją w uzależnieniu. Z kolei firmy z Europy czy Stanów Zjednoczonych, które nie będą w zamian za współpracę żądać od Caracas korzyści politycznych, mogą poważnie obawiać się zainwestować w kraju upadłym gospodarczo i przez wiele lat targanym wstrząsami, zwłaszcza te koncerny, które w przeszłości zostały wywłaszczone ze swoich aktywów.

Należy również pamiętać, że przejęcie władzy przez opozycję nie oznacza, że zagraniczne firmy będą mogły działać w Wenezueli w pełni swobodnie, na dogodnych dla siebie warunkach. Jeśli zdecydują się zainwestować, z pewnością będą liczyć na zyski, podobnie nowy wenezuelski rząd, który będzie pod silną presją podniesienia państwa znad przepaści, co pociągnie za sobą ogromne nakłady finansowe. Na tym tle nieuchronnie może dojść do tarć. Na razie co może być pozytywnym sygnałem dla inwestorów, prezydent elekt Juan Guaidó zadeklarował, że po zmianie władzy Wenezuela będzie honorować wszystkie zawarte przez obecną administrację kontrakty z zagranicznymi partnerami, włączywszy w to Chińczyków i Rosjan.

Jak posprzątać stajnię Augiasza?

Nawet założywszy, że pojawią się inwestorzy zagraniczni pozostaje kolejny problem do rozwiązania, a mianowicie co zrobić z państwowym molochem PDVSA. Jedni argumentują, że nadal powinien on odgrywać centralną rolę w wenezuelskim przemyśle naftowym, tak aby to Wenezuela mogła mieć nad nim kontrolę, chociaż oczywiście nie wyklucza to otwartości na firmy zagraniczne. Inni uważają, że ze względu na swoją niechlubną historię korupcji i fatalnego zarządzania, powinno się ją zmarginalizować, a zostawić więcej pola do działania zagranicznym firmom, które mogłyby dzierżawić wenezuelskie pola naftowe albo brać udział w aukcjach, w rezultacie których ustalano by limity na wydobycie surowca przez zagraniczne podmioty.

Nie ma tu wątpliwości, że aby wenezuelski przemysł naftowy stanął na nogi, potrzebna będzie ogromna pomoc zagraniczna, w postaci kredytów, umorzenia części dotychczasowych zobowiązań czy też bardziej liberalnego podejścia do ich spłaty.

Transformacja to nie sielanka

Należy jednak pamiętać, że nawet jeśli dojdzie do zmiany władzy, nie oznacza to, że wszystkie problemy Wenezueli i jej przemysłu naftowego znikną, jak ręką odjął. Mówiąc łagodnie lokalna opozycja nie jest monolitem. Na wenezuelskiej scenie politycznej mamy pięć głównych partii i tyle samo różnych wizji na przyszłość kraju. Niekoniecznie więc o przyszłości wenezuelskiego rynku naftowego będzie decydował Guaidó i jego ludzie. Z pewnością będzie on musiał wziąć pod uwagę zdanie swoich politycznych przeciwników. Dlatego też nawet po udanej zmianie ustrojowej trudno spodziewać się jednego, jasno wyznaczonego kierunku dla wenezuelskiego przemysłu naftowego.

Zmiany klimatyczne grają na niekorzyść Wenezueli

 Na niekorzyść wenezuelskiego przemysłu naftowego działać będzie jeszcze jeden niezwykle istotny czynnik. Od czasu, kiedy PDVSA przeżywała czasy swojej prosperity światowy rynek energetyczny uległ nieodwracalnym zmianom, tak samo jak i klimat. Większość krajów będzie odchodzić od paliw kopalnych, a co za tym idzie popyt na ropę będzie spadał, tak jak i ceny surowca. Wenezuela musi brać to pod uwagę, w swoich kalkulacjach, chcąc odbudować gospodarkę, ponieważ nie będzie już tak atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów jak kiedyś. Wymusi to na Caracas rewizję całego modelu gospodarczego, który w przyszłości zdecydowanie nie może być oparty tylko i wyłącznie na sprzedaży ropy naftowej. Kryzys jest więc również okazją do dywersyfikacji ekonomicznej, która daje o wiele lepsze zabezpieczenie na wypadek problemów gospodarczych, niż opieranie się tylko na jednym źródle dochodów, którego kraj staje się zakładnikiem. Jednak jeżeli Wenezuela starannie odrobi tę lekcję, istnieje szansa, że już nigdy nie znajdzie się w tak dramatycznej sytuacji jak w tym momencie.