font_preload
PL / EN
Atom Energetyka 3 lutego, 2017 godz. 12:00   

Strupczewski: Energetyka jądrowa czy wiatr? Dwa punkty widzenia

Konferencja poświęcona energetyce jądrowej. fot. Ministerstwo Energii Konferencja poświęcona energetyce jądrowej. fot. Ministerstwo Energii

W dniu 30 stycznia Ministerstwo Energii zorganizowało konferencję „Promieniujemy na całą gospodarkę – Polski przemysł dla elektrowni jądrowej”, która wykazała, że polski przemysł jest dobrze przygotowany do udziału w budowie polskich elektrowni jądrowych, a nakłady finansowe na budowę w większości pozostaną w kraju, przyczyniając się do rozwoju technologicznego i podniesienia konkurencyjności międzynarodowej polskich firm pracujących dla energetyki – pisze dr inż. Andrzej Strupczewski, prof. nadzw. NCBJ.

Nie czekając nawet na wysłuchanie prezentacji z tej konferencji, pan Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej, zaatakował energetykę jądrową. Jego artykuł jest zrozumiałą próbą odwrócenia uwagi od negatywnych trendów jakie wystąpiły w ostatnim czasie w postawach rządów w Ameryce i w Europie wobec OZE.

Prezydent USA Donald Trump w swojej książce, w rozdziale o energetyce zatytułowanym „Bicie piany” pisze ostro o propagandzie na rzecz OZE, a szczególnie wiatraków jako o „tworzeniu drogich i często zbędnych technologii, które rzekomo mają zaspokoić nasze potrzeby energetyczne”. Podkreśla on szkody, jakie wiatraki wyrządzają środowisku, pisząc „turbiny niszczą urodę tego pięknego miejsca” „…szkody, jakie panele słoneczne lub farmy wiatrowe mogą wyrządzić środowisku…” „energia wiatrowa jest przesadnie kosztowna i nieefektywna, jeśli chodzi o obniżenie emisji CO2” „…budowa tych gigantycznych konstrukcji stalowych powoduje dalsze zniszczenie środowiska.” I konkluduje „Podstawą polityki energetycznej jest wstrzymanie alternatywnych, czyli „zielonych” źródeł energii do czasu, gdy technologia umożliwi ich opłacalną produkcję…”

Stanowisko prezydenta Trumpa jest dobrze uzasadnione bankructwami firm rozwijających OZE w USA i ciągłymi żądaniami subsydiów dla rzekomo konkurencyjnych wiatraków i paneli słonecznych . Główne wsparcie na szczeblu federalnym zapewnia ulga podatkowa dla wiatraków (Wind Production Tax Credit (PTC)), wprowadzona przez Ustawę o Polityce Energetycznej z 1992 roku. Zapewnia ona subsydia w wysokości 21.50 dol./MWh przez pierwsze 10 lat eksploatacji wiatraka. Pierwotnie miała ona dać tylko pierwszy bodziec do rozwoju OZE, w związku z czym wygasała kilkakrotnie w ciągu 23 lat. Za każdym razem inwestycje w wiatraki w USA natychmiast załamywały się i za każdym razem Kongres wznawiał działanie subsydiów.

Obrazuje to dobitnie wykres opublikowany przez Amerykańskie Towarzystwo Energetyki Wiatrowej AWEA. Czemu AWEA opublikowała ten wykres, zaprzeczający przecież dobitnie tezie o konkurencyjności ekonomicznej wiatraków? Powód był prosty – AWEA starała się o kolejne przyznanie subsydiów dla wiatraków i straszyła Kongres widmem załamania przemysłu wiatrowego. Podobnie w Polsce, gdy lobby OZE chciało przeforsować projekt wysokich dopłat, przeznaczone dla Sejmu publikacje Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej podawały wysokie koszty energii z wiatraków, podczas gdy dla szerokiej publiczności przeznaczone były broszury podkreślające, że „wiatr jest za darmo…”


Rys. 1. Wpływ subsydiów na budowę farm wiatrowych (MWe mocy nominalnej) w USA. Zielone słupki oznaczają lata po obcięciu subsydiów. (źródło – Amerykańskie Towarzystwo Energetyki Wiatrowej AWEA).

Podobnie wygląda sytuacja paneli fotowoltaicznych. Ich instalacja jest opłacalna tylko pod warunkiem dużych subsydiów dla inwestorów, płaconych przez zwykłych odbiorców w ramach obowiązkowej dopłaty do OZE. A wskutek przerywanej pracy wiatru i słońca nawet i subsydia nie zawsze wystarczają. Poprzednia administracja USA pod kierunkiem prezydenta Obamy wielokrotnie udzielała nadzwyczajnych zasiłków firmom OZE, ale mimo to bankrutowały. Wartość akcji największej w USA firmy budującej elektrownie fotowoltaiczne Solar/City zmalała w ciągu 2 lat od lutego 2014 do maja 2016 roku z 86.14 do 18.6 dol. za akcję .

W Wielkiej Brytanii rząd w lipcu 2015 roku podjął decyzję o zlikwidowaniu “zielonych” celów ustalonych poprzednio przez koalicję z liberalnymi demokratami, ponieważ odbiorcy energii muszą już obecnie płacić dodatkowo 1,5 miliarda funtów na subsydia dla farm wiatrowych, paneli słonecznych i instalacji spalania biomasy. Koszty farm wiatrowych stale rosną i wymykają się spod kontroli. Wg źródeł rządowych, projekty „zielone” będą w 2020 roku wymagały subsydiów 9 miliardów funtów szterlingów rocznie. Oznacza to, że każde gospodarstwo domowe będzie musiało wtedy płacić dodatkowo 170 funtów szterlingów rocznie aby wspomagać odnawialne źródła energii. Rząd brytyjski oświadczył, że tak wielkie wydatki oznaczają, iż najwyższy czas ograniczyć nakłady na subsydia dla energii odnawialnej. Prasa brytyjska już od kilku lat alarmuje, że rozwijanie OZE prowadzi do wzrostu cen energii elektrycznej, nie dając żadnego zabezpieczenia zasilania elektrycznego. I rzeczywiście, w wyborach 2015 roku konserwatyści poszli do walki pod hasłem ograniczenia rozwoju wiatraków, których lokalizowania miało wymagać zgody władz lokalnych i – wygrali wybory!.

Obrońcy OZE twierdzą, że wiatr i słońce dają w Wielkiej Brytanii energię tańszą od innych źródeł. Ale redukcja subsydiów brytyjskich skutkuje natychmiast zatrzymaniem rozwoju tych rzekomo konkurencyjnych ekonomicznie instalacji. Lobby wiatrowe oskarża rząd brytyjski o tłumienie postępu OZE. Faktem jest, że szereg kosztownych inwestycji wiatrowych wstrzymano, postęp w budowie Morskich Farm Wiatrowych (MFW) jest bardzo wolny, a wiele tysięcy zielonych miejsc pracy zniknęło. Redukcje subsydiów dla MFW spowodowały wycofywanie deweloperów z rynku brytyjskiego. I to pomimo, że ceny równowagi (strike price) zaplanowane dla OZE (wiatr na morzu 135 GBP/MWh, na lądzie 95 GBP/MWh, panele fotowoltaiczne 125 GBP/MWh) są wyższe niż dla energii jądrowej (89,5 GBP/MWh dla elektrowni jądrowych budowanych w Hinkley Point C i w Sizewell C).

Hiszpania obciążona ogromnym długiem wskutek subsydiów dla OZE zdecydowała się na radykalne zmiany i redukcję subsydiów, co naraziło ją na pozwy sądowe ze strony deweloperów wiatru i słońca.. W 2014 roku okazało się, że wielkość subsydiów płaconych przez skarb Hiszpanii deweloperom OZE doszła do 200 miliardów euro, z czego 56 miliardów już wypłacono. Większość tych sum zasila fundusz wspierający wiatr i panele słoneczne. Pozostałe 143 miliardy euro mają być wypłacone w ciągu następnych 20 lat, głównie na farmy słoneczne, które już zostały podłączone do systemu energetycznego. Budżet Hiszpanii nie wytrzymuje tych obciążeń. Ostatecznie sądy utrzymały decyzje rządowe w mocy, stwierdzając, że Hiszpanii nie stać na tak wysokie jak dotychczas wsparcie finansowe dla OZE.
Efekt? Od 2014 roku inwestorzy opuszczają Hiszpanię. Jak podało hiszpańskie stowarzyszenie branży wiatrowej Asociacion Empresarial Eolica (AEE), w ciągu całego 2014 roku w Hiszpanii nie zainstalowano żadnej elektrowni wiatrowej. A rząd hiszpański mimo programowej niechęci do energii nuklearnej utrzymuje elektrownie jądrowe w ruchu bo … dają one tanią energię elektryczną.  Włochy po nagromadzeniu deficytu 200 mld euro spowodowanego przez subsydia na OZE, zdecydowały się na retroaktywne cięcia subsydiów na panele fotowoltaiczne, a w styczniu 2015 rząd oznajmił, że wstrzymuje subsydia dla paneli fortowoltaicznych.

W Grecji od stycznia 2015 roku rząd zwalcza lobbystów OZE, nazywając instalacje wiatrowe i słoneczne zagrożeniem dla narodowego bezpieczeństwa energetycznego.  Finlandia w maju 2015 roku zredukowała o 500 MWe pułap mocy farm wiatrowych, jakie mogą powstać w tym kraju do 2020 roku
W Czechach od stycznia 2014 rząd wstrzymał subsydia dla nowych instalacji OZE, podobnie jak rząd Słowacji, gdzie subsydia pozostały tylko dla paneli fotowoltaicznych montowanych na dachach.
Jak widać, względy finansowe zmuszają kolejno kraje europejskie do odwracania się od energetyki odnawialnej.

Przyjrzyjmy się teraz twierdzeniu pana Wiśniewskiego o rzekomej przewadze ekonomicznej morskich farm wiatrowych (MFW) nad energią jądrową. Niemiecki koncern energetyczny E.ON zainwestuje ponad 1,9 mld euro w morską farmę wiatrową u brzegów Wielkiej Brytanii, 13 km na południe od wybrzeży Sussex County. Południowe wybrzeża Anglii należą do najbardziej wietrznych i dające się wykorzystać w siłowniach wiatrowych wiatry wieją tam ponad 300 dni w roku, trudno więc o lepszą lokalizację. Na elektrownie składać się będzie 116 turbin wiatrowych o mocy 3,45 MW każda. Cała elektrownia osiągnie moc rzędu 400 MW. Koncern szacuje, że pozwoli ona wygenerować 1400 GWh energii elektrycznej rocznie. Oznacza to współczynnik wykorzystania mocy zainstalowanej równy 0.40. Jednostkowe nakłady inwestycyjne wyniosą więc 1900 mln EUR/(400 x 0,4) = 11,87mln EUR/MWe mocy średniej. Jest to wartość 3-krotnie większa od nakładów na elektrownię jądrową. A minusy finansowe OZE wcale na tym się nie kończą.

Budowa źródeł wiatrowych lub słonecznych pracujących z wieloma przerwami i zmieniających swą moc w zależności od pogody oznacza wielkie dodatkowe koszty dla systemu energetycznego. Według ocen ekspertów niemieckich, koszty te wynoszą od 25 do 35 euro/MWh przy udziale OZE koło 30 -40 proc., a według analiz komitetu energetycznego OECD przy udziale wiatru w produkcji energii elektrycznej 30 proc. Koszty integracji farmy wiatrowej z siecią wyniosą 32 euro/MWh, a instalacji fotowoltaicznych 62 euro/MWh .

Czy te wysokie koszty OZE oznaczają, że morskie farmy wiatrowe i wiatraki na lądzie już nie będą budowane? Nie, rozwój OZE będzie trwał, ale jest kosztowny i wbrew twierdzeniom lobby wiatrowego nie widać perspektywy spadku wynikających zeń obciążeń finansowych. Subwencje te rosną ciągle. Gdy zwolennicy „transformacji energetycznej” dochodzili w Niemczech do władzy, twierdzili, że koszty eliminacji elektrowni jądrowych i wprowadzenia wiatraków i paneli fotowoltaicznych będą zaniedbywalnie małe, a odnawialne źródła energii zapewnią ciągłe i niezawodne zasilanie całego kraju. Lider partii zielonych, Jürgen Trittin obiecywał w 2004 roku, że obciążenie domowego gospodarstwa niemieckiego subwencjami na OZE wyniesie 1 euro miesięcznie – tyle ile kosztuje porcja lodów. W rzeczywistości, subwencje na OZE szybko rosły. Jeszcze za rządów następnego aktywisty OZE pana Sigmara Gabriela jego Ministerstwo Srodowiska mówiło politykom, że koszty subsydiów na panele słoneczne nie przekroczą 3 euro na miesiąc czyli miało to być w skali kraju nie więcej niż miliard euro rocznie. Ale już w latach 2009-2010 łączne dopłaty do energii wiatrowej i słonecznej były w przedziale 8-10 miliardów euro rocznie, w 2011 roku wzrosły do 13,5 a w 2012 roku do 14,1 miliardów euro rocznie.

W 2011 r. niemieccy lobbyści OZE wprowadzili ustawę o transformacji energetycznej ”Energiewende”, która zapewniła, że w Niemczech za energię z farm wiatrowych na morzu trzeba będzie płacić producentowi 190 euro za MWh, za geotermiczną 250 euro za MWh i za energię ze spalania biomasy 140 euro za MWh. W tym czasie we Francji za energię z elektrowni jądrowych płacono 42 euro za MWh.
W październiku 2012 roku, gdy okazało się, że prawie wszystkie prognozy dotyczące kosztów rozwoju wiatraków i paneli słonecznych w Niemczech były błędne, z kosztami zaniżonymi przynajmniej dwa a czasem pięć razy, a na subsydia dla zielonej energii w 2013 roku potrzeba było ponad 20 miliardów euro, Niemcy odczuli to jako szok. Oburzone organizacje przemysłowe oświadczyły, że ciężar subsydiów dla zielonej energii „osiągnął poziom trudny do zaakceptowania, grożący ucieczką przemysłu z Niemiec”. Stowarzyszenia konsumentów skarżyły się, że 800 tys. rodzin w Niemczech nie może zapłacić rachunków na elektryczność.

Więc rząd przyrzekł, że dopłaty na OZE będą mniejsze – po czym dopłaty rosły i rosły. W 2014 roku subwencje na OZE oraz na modyfikację sieci przesyłowej koniecznej dla potrzeb OZE doszły do 24 miliardów euro rocznie. W połowie 2014 roku rząd wprowadził ograniczenia subwencji na wiatr na lądzie i panele fotowoltaiczne, ale łączne subwencje rosły nadal. W 2015 roku doszły do 28 miliardów euro na rok. Według ocen analityków niemieckich z Niemieckiego Instytutu Ekologii, ten poziom subwencji będzie utrzymywał się jeszcze przez wiele lat, przy czym do roku 2024 subwencje na OZE będą rosły. A koszty te płacą odbiorcy energii elektrycznej, wskutek czego jest ona w Niemczech niemal dwukrotnie droższa, niż w sąsiedniej Francji, opierającej swą elektroenergetykę na elektrowniach jądrowych.
Według Niemieckiego Instytutu Gospodarki (Institut der deutschen Wirtschaft) w 2016 roku koszty dodatkowych subwencji w ramach „Energiewende” znów wzrosły i doszły do 31 miliardów euro/rok. Trzeba dodać, że przy tych kolosalnych wydatkach Niemcom nie udało się w ciągu ubiegłych 7 lat zmniejszyć emisji CO2.

A jak wyglądałaby perspektywa dla rodzin polskich, gdyby nasza gospodarka poszła śladem Niemiec?
Przy ludności Niemiec wynoszącej 81,2 mln mieszkańców, roczne subwencje w wysokości 31 mld euro oznaczają dodatkowy wydatek dla rodziny 4-osobowej równy 1520 euro/rok. Odpowiednikiem tego w Polsce byłaby suma dodatkowych wydatków na elektryczność ze źródeł odnawialnych równa przy 4-osobowej rodzinie 6680 zł/rok. Czy Polacy zgodzą się na takie dopłaty?

Obecnie rząd polski rozważa, jakie źródła energii mają znaleźć się obok węgla w polskim miksie energetycznym. Możemy wybrać wiatr i słońce – z wysokimi kosztami i niepewnością zasilania – albo energetykę jądrową. Konsekwencje dla obciążeń finansowych Polaków będą duże. Warto więc brać pod uwagę nie deklaracje, ale rzeczywiste doświadczenia innych krajów. A w szczególności opracowane przez EUROSTAT zestawienie cen płaconych przez odbiorców energii elektrycznej w krajach stawiających na OZE (Niemcy i Dania, 30 eurocentów/kWh) lub na energię jądrową (Finlandia 15,5 eurocentów/kWh, Francja 17 eurocentów/kWh).

Jaki będzie nasz wybór?

Rys. 2 Ceny za energię elektryczną płacone przez odbiorców indywidualnych w 2015 r. w krajach Unii Europejskiej [zaczerpnięte z Eurostatu].