Bolek: Jak zamienić upadłość w restrukturyzację?

10 września 2013, 15:03 Drogi
Juliusz Bolek

KOMENTARZ

Juliusz Bolek

Przewodniczący Rady Dyrektorów Instytutu Biznesu

Rok 2012 przyniósł w Polsce ponad 1.500 bankructw przedsiębiorstw, w tym wielu dużych i znaczących dla rozwoju gospodarczego kraju – także z sektora budownictwa i infrastruktury. Co prawda premier, niczym magik, zapowiedział, że kryzys się skończył, to jednak czy polityk potrafi zaczarować rzeczywistość, czas pokaże. Bardziej prawdopodobne jest to, że wiele przedsiębiorstw tego momentu może jednak nie dotrwać. Przyczyną jest restrykcyjne prawo upadłościowe, które, często w mechaniczny sposób, wylewa przysłowiowe „dziecko z kąpielą”. Jest jednak światełko w tunelu…

W pierwszym półroczu 2013 roku w polskich sądach złożono już 2.214 wniosków o upadłość co oznacza szokującą dynamikę wzrostu w stosunku do 2012 roku. Mowa przecież o negatywnych zdarzeniach gospodarczych, których wynikiem jest nie tylko likwidacja przedsiębiorstw, ale także stanowisk pracy oraz zaprzestanie płacenia przez organizacje danin państwowych. Czasem dotyczy to jednej firmy, a czasem wielu organizacji z jednej branży, jak chociażby budownictwa, w którym zatory płatnicze są, można powiedzieć, na porządku dziennym. Wówczas ofiarą nie pada jeden przedsiębiorca, a cały sektor. Kiedy takim sektorem jest budownictwo, to sprawa jest poważna, albowiem skutki tego negatywnie wpływają na wiele innych firm, a w konsekwencji na kondycję całej gospodarki.

Rodzi się zatem pytanie czy tak się musi dziać? Prawdopodobnie nie, a przynajmniej nie w każdym wypadku. Często są likwidowane przedsiębiorstwa, które mają określone problemy. Mają one jednak charakter przejściowy i gdyby były inne regulacje prawa upadłościowego, miałyby szansę przetrwać, a nawet powrócić do świetności. Jedną z przyczyn wysokiej liczby upadłości jest restrykcyjne podejście do definicji niewypłacalności, zgodnie z którą brak zapłaty dwóch wymagalnych niespornych faktur kwalifikuje przedsiębiorcę jako niewypłacalnego. Co prawda aby zgłosić do sądu wniosek o upadłość trzeba spełnić jeszcze kilka kryteriów, jednak przy istniejących zatorach płatniczych, bardzo łatwo przedsiębiorstwu osiągnąć statut niewypłacalnego.

Jak należy rozumieć „widmo masowych bankructw” jest impulsem do rządowej inicjatywy nowelizacji prawa upadłościowego i naprawczego, wraz z nową ustawą Prawo restrukturyzacyjne. Oficjalnie głoszona przyczyna to „dostosowanie polskiego prawa do najlepszych światowych wzorców i odpowiednie uelastycznienie przepisów tak, aby lepiej odpowiadały na potrzeby rynku i zapewnienia warunków do szybszego wzrostu gospodarczego”. Gotowy projekt nowelizacji ma znaleźć się w Sejmie prawdopodobnie na początku przyszłego roku – późno. Ma ono dotyczyć czterech wariantów restrukturyzacji przedsiębiorstw znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej. Proponowane zmiany w prawie upadłościowym, to w rzeczywistości rewolucja, a nie ewolucja przepisów upadłościowych. Obecne zmiany przebudowują całą filozofię myślenia na ten temat a także sposoby działania, wskazuje już na to chociażby wyraźnie oddzielenie naprawy od upadłości i likwidacji.

Nowe przepisy mają sprawić, że definicję niewypłacalności będzie mniej jednoznaczna. W projekcie wydłużono czas na złożenie wniosku o upadłość z 14 dni do miesiąca. Aby przedsiębiorca został uznany za niewypłacalnego z pierwszej przesłanki, dojść musi do trwałego, obiektywnego zaprzestania zaspokajania zobowiązań, a domniemywa się, iż tak się dzieje jeśli opóźnienie w realizacji zobowiązań finansowych wynosi ponad 3 miesiące. W dużym uproszczeniu, przyjmuje się, że przedsiębiorstwo staje się niewypłacalne, gdy wartość jego majątku jest mniejsza niż wysokość zobowiązań i stan ten utrzymuje się przez ponad 2 lata. Sądzi się, że takie podniesienie poprzeczki niewypłacalności może pomóc w ratowaniu dobrych firm.

Do tej pory zobowiązania podatkowe i wobec ZUS były przysłowiowym gwoździem do trumny przedsiębiorstwa, posiadającego kłopoty finansowe. Urzędnicy występujący w imieniu swoich mocodawców działali mechanicznie, bo nie rzec bezmyślnie, czemu jednak nie ma się co dziwić, ponieważ krótkowzroczny cel wyegzekwowania zobowiązań był oczywisty, a inne podejście mogłoby rzucać na pracownika poważne podejrzenia. Teraz Skarb Państwa ma utracić uprzywilejowaną pozycję w postępowaniu upadłościowym.

W nowych rozwiązaniach wierzyciele mają podejmować decyzje, czy faktycznie warto likwidować spółkę czy raczej ją ratować. Jednak moim zdaniem wierzyciele nadal będą mieli za mało instrumentów, by skutecznie oddziaływać na ewentualną sanację, chodzi o kwestie wyboru syndyka, uprawnień rady wierzycieli – co dalej pozostaje w gestii sądu.  A to przecież oni winni być gospodarzami postępowania, gdyż restrukturyzacja przesądza o warunkach i szansach zwrotu ich środków finansowych. Rola sąd powinna się ograniczać do pilnowania, aby interes wszystkich stron był należycie zabezpieczony.

Zakłada się, że uelastycznienie procedur i wydłużenie terminów spowoduje, że znacząco wzrośnie odsetek układów skutecznie wykonanych. Oczywiście jestem za tym, aby jak najwięcej przedsiębiorstw przerwało, aby ich kondycja się poprawiała i aby zatrudniali jak najwięcej pracowników, płacąc im legalnie i godziwie. Mam jednak poważną wątpliwość czy intencją nowych rozwiązań ustawowych nie jest rozciągnięcie upadłości w czasie, tak aby nie obciążał obecnych działań rządu. Obawiam się też, że proponowane zmiany w przepisać mogą stać się doskonałą pożywką dla oszustów.