Były szef Pentagonu: Zagrożenie atakiem jądrowym rośnie

30 grudnia 2015, 12:10 Bezpieczeństwo
Bomba atomowa w silosie

Były sekretarz ds. obrony William J. Perry obrał sobie za cel ostrzeżenie świata o „realnym i rosnącym zagrożeniu zagładą atomową”. Na szczycie jego listy obaw znajduje się nuklearny atak Rosji na główne amerykańskie miasta oraz użycie broni jądrowej przez terrorystów.

Perry grał jedną z kluczowych ról przy rozwijaniu arsenału atomowego w czasach Zimnej Wojny. Uczestniczył też w rozwiązywaniu kryzysu kubańskiego, mówiąc, że każdego dnia liczył się z tym, że to jego ostatni dzień na Ziemi, a „nuklearnego Holocaustu” uniknęliśmy zarówno dzięki szczęściu jak i dobrym decyzjom.

W 1979 r. przeżył też fałszywy alarm, gdy jeden z oficerów obudził go o 3 nad ranem, mówiąc, że widzi na swoim komputerze 200 rakiet atomowych zmierzających z ZSRR do USA.

Perry twierdzi, że USA nie potrzebują usytuowanych na lądzie międzykontynentalnych rakiet balistycznych albo ICMB, mówiąc, że wystarczy lotnictwo i bomby umiejscowione w łodziach podwodnych.

– Widzę konieczność zakończenia tego cholernego wyścigu zbrojeń atomowych między USA i Rosją zanim znowu się rozpocznie. Nie ze względu na koszty, ale na zagrożenie – mówił były szef Pentagonu i dodał, że obecnie groźba wybuchu konfliktu jądrowego jest większa niż w czasach Zimnej Wojny.

Kreśli też scenariusz ewentualnej wojny, który nazywa sennym koszmarem, wynikającym z jego głębokiego i dużego doświadczenia. W tym scenariuszu małe grupki uzyskują dostęp do wystarczającej ilości uranu i przemycają go do USA. Po czym zamachowiec-samobójca wysadza się w pobliżu Białego Domu, zabijając 80 tys. ludzi, w tym prezydenta. Jak mówi, „niebezpieczeństwo wybuchu bomby atomowej w jednym z miast USA jest zbyt realne”.

Źródło: Washington Times