Kuczyńska: Czy o Czarnobylu powiedziano już wszystko?

26 kwietnia 2021, 11:00 Atom
Elektrownia atomowa w Czarnobylu

O awarii w Czarnobylu i jej skutkach powiedziano i napisano już chyba wszystko. Co więc miałby wnieść kolejny tekst o tym, jaki był przebieg wydarzeń albo jak fatalne zarządzanie na poziomie samej elektrowni i później, na poziomie politycznym, przyczyniło się do pogorszenia sytuacji? No, wniósłby niewiele. Ci, którzy chcieli poznać fakty, mają ku temu niezliczone okazje i możliwości, i zapewne już to zrobili. Tych, których bardziej pociąga czarna legenda związana z awarią, zapewne taki tekst ani by nie przekonał, ani nie uspokoił pisze Urszula Kuczyńska, działaczka Lewicy Razem i współautorka programu energetycznego tej partii.

Jest jednak coś, o czym mówi i pisze się rzadko a co zaczęło mnie bardzo zastanawiać, kiedy kolejną osobę zaskoczyłam informacją, że przecież Elektrownia Jądrowa “Czarnobyl” nie przestała wcale po awarii w 1986 działać. Bo nie przestała. Elektrownia składała się z czterech bloków, do awarii doszło w reaktorze nr 4. Pozostałe trzy działały – bezawaryjnie – aż do roku 2000. Pracującą w nich załogę codziennie dowożono autobusami spoza Zony a wyemancypowana spod rządów Moskwy Ukraina wcale nie miała ochoty ich wyłączać i pozbywać się tak ogromnej ilości taniej, bezemisyjnie produkowanej energii ze swojego systemu. Zdecydowała się to zrobić dopiero na fali swoich europejskich ambicji, pod naciskiem krajów zachodnich, które mobilizowały się finansowo, by wesprzeć budowę nowego sarkofagu nad zgliszczami reaktora nr 4. Wyłączone reaktory RMBK w ukraińskim systemie zastąpił wówczas węgiel i gaz. Klimat na tym nie skorzystał. Ale nie tylko klimat. 

Warto bowiem przypomnieć sobie, czym w świetle badań antropolożki i historyczki Instytutu Herdera – dr Anny Veroniki Wendland – była energetyka jądrowa dla ukraińskiego Polesia: była częścią prowadzonego przez ZSRR szeroko zakrojonego projektu modernizacji tego dzikiego i cywilizacyjnie zapóźnionego regionu Europy. Właśnie w tym dr Wendland upatruje klucza do wysokiego poparcia dla energetyki jądrowej w Ukrainie, gdzie również dziś 93% badanych opowiada się za dalszym wykorzystaniem atomu w krajowej energetyce. 93% – pomimo Czarnobyla. 

Budowa elektrowni jądrowych wymusiła przecież budowę dróg, połączeń kolejowych i infrastruktury z zakresu opieki medycznej. Wymusiła powstanie zaplecza przemysłowego a przede wszystkim – rozwój kadr. Musiały powstać szkoły, w tym szkoły techniczne, kształcące na potrzeby działania tych obiektów. Musieli przyjechać specjaliści, by w elektrowniach i w szkołach pracować. To był ogromny skok. Cywilizacyjny, czyli … ludzki. Wokół elektrowni powstawały miasta i społeczności, tworzyły się więzi międzyludzkie, rodzinne, i zawodowe. Powstawały małe, ludzkie kosmosy; mikroświaty połączone w nierozerwalną sieć. A potem nadszedł Czarnobyl i przymusowa ewakuacja zmiotła z powierzchni ziemi jeden z nich. 

W kontekście niedawnej rocznicy Wielkiego Trzęsienia Ziemi w Tohoku, które przyniosło awarię w elektrowni Fukushima-Daiichi dużo mówiło się o nadmiarowej reakcji władz; o tym, że tak szeroko zakrojona ewakuacja nie była potrzebna; że przyniosła lęk, niepewność i stres, które tylko pogorszyły zdrowie i sytuację przesiedleńców. Większość z nich wróciła już jednak do domów. Większość tych przymusowo ewakuowanych z okolic Czarnobyla – nie wróciła nigdy. 

Jak zauważają – bardzo sucho i kostycznie – autorzy raportów ONZ na temat skutków katastrofy w Czarnobylu, ta większość zapłaciła za to ogromną cenę. To cena liczona w rozdzielonych rodzinach, zerwanych przyjaźniach i znikających sieciach wsparcia; w nowotworach od nadmiarowo wypalonych papierosów i chorobach związanych ze stresem, do których niejednokrotnie dołączał alkoholizm. 

To była prawdziwa tragedia Czarnobyla, ale żeby ją dostrzec, trzeba zajrzeć poza suche liczby i zapisy raportów. I akurat ta tragedia, była jak najbardziej do uniknięcia. Nie można jej zrzucić na żadną technologię. Była pokłosiem spóźnionej reakcji podbijanej przez lęk, wynikiem paniki i braku spójnego planu działania. Była bezsprzecznie i jednoznacznie winą człowieka i to nie jednego człowieka a całego systemu. Ten system, próbując chronić siebie – nie uchronił nikogo przed niczym. 

Po ewakuacji w 1986, znaleźli się jednak i tacy, którzy pomimo lęku przed promieniowaniem – powrócili. Często władze znajdowały ich w Strefie Wyłączenia i wywoziły z powrotem. A oni znów wracali: do porzuconych domów i pól, do miejsc, które były ich miejscem na Ziemi od zawsze i miały nim pozostać. Polskie grupy jeżdżące w okolice Czarnobyla nazywają ich samosiołami. Odwiedzają ich Czarnobylcy i Napromieniowani.pl, odwiedziła amerykańska ekipa kręcąca “Obietnicę Pandory”. Zaprzyjaźniają się z nimi ukraińscy i międzynarodowi “stalkerzy” buszujący po Strefie Wyłączenia na własną rękę, ukrywający się przed strażą leśną i innymi służbami regularnie patrolującymi jej teren. Relacje ze spotkań z czarnobylskimi samosiołami są najczęściej wzruszające. Są pełne ciepła i życzliwości, szacunku, wsparcia i zrozumienia, ale zawsze uderza w nich coś jeszcze: piszcząca w każdym kącie bieda. Ta, którą na chwilę wygnała z regionu budowa i działanie elektrowni a która powróciła wraz z jej zamknięciem.

Na teren Strefy Wyłączenia, w momencie, kiedy ludzie zniknęli, wkroczyła jednak natura. Bo przecież w pewnym sensie w Zonie dokonano jedynego w swoim rodzaju eksperymentu: decyzja o utworzeniu Czarnobylskiej Strefy Zamkniętej to jednocześnie decyzja o wycofaniu obecności człowieka ze zmienionego przezeń środowiska; decyzja o oddaniu tego terenu naturze w niepodzielne władanie. Nie trzeba było długo czekać, by do czarnobylskich lasów wróciły nieobecne w nich od lat gatunkI: wilki, rysie, konie Przewalskiego i niedźwiedzie brunatne. Badacze wskazują, że w Strefie żyją dziś dziesiątki uznanych za rzadkie i zagrożone gatunków roślin i zwierząt. 

Czarnobylska Strefa Zamknięta to niezwykły przykład na tkwiący w przyrodzie potencjał do regeneracji – stwierdził w 2020 Tim Christophersen, dyrektor Programu Środowiskowego ONZ “Natura dla klimatu”.

Nie wiadomo, czy podwyższony poziom promieniowania w bezpośredniej bliskości nieszczęsnego reaktora nr 4 pozostał zupełnie bez wpływu na dziką przyrodę. Niektóre badania wskazują na to, że część zwierząt może chorować w związku z regularnym spożywaniem rosnących w Zonie roślin; są badania wskazujące na wyższy odsetek mutacji genetycznych wśród żyjących tam zwierząt, ale – jak stwierdził szef białoruskiego programu ochrony dzikiej przyrody, Wiktor Feńczuk w rozmowie z The Guardian – na poziomie populacyjnym, wpływu podniesionego poziomu promieniowania nie widać. Na terenie Czarnobylskiej Strefy Wyłączenia powstał więc rozległy i przyciągający miłośników dziewiczej natury rezerwat. 

Taki rezerwat nie powstał i nie mógłby nigdy powstać ani w Bhopalu, ani w Banqiao. 

Bo przecież katastrofa w Czarnobylu, choć największa w całej historii działania energetyki jądrowej na świecie, nie była ani największą katastrofą w historii energetyki w ogóle, ani tym bardziej największą katastrofą przemysłową w historii naszej cywilizacji. 

600 000 ofiar zatrucia izocyjanem metylu w środkowych Indiach nie skłoniło nas wcale do rezygnacji z produkcji pestycydów. 200 000 ofiar powodzi i epidemii związanej z przerwaniem stawianej przez chińskich i sowieckich inżynierów tamy w Banqiao w 1975 roku nie zmusiło nikogo, tym bardziej Chińczyków, do rezygnacji z hydroenergetyki. Dlaczego więc Czarnobyl wciąż funkcjonuje w naszej wyobraźni jako straszak, zamiast jako motywacja, by działać lepiej, bezpieczniej i skuteczniej? Dlaczego jest argumentem w dyskusjach o wykorzystaniu energetyki jądrowej w dobie, kiedy potrzebujemy jej najbardziej zamiast być motorem do tego, by budować solidniej, planować ostrożniej, nadzorować uważniej? 

Ofiarom Czarnobyla należy się od nas pamięć i należą się starania, by Czarnobyl już nigdy i nigdzie nie mógł się powtórzyć, ale nie dlatego, że odrzucimy energetykę jądrową en bloc a dlatego, że mądrzejsi o lekcję, którą przyszło nam odrobić będziemy – przede wszystkim – lepiej przygotowani. 

Maria Skłodowska-Curie – prekursorka badań nad promieniotwórczością, bez której dokonań wykorzystanie energii z rozszczepienia jąder atomów nie byłoby w ogóle możliwe – miała kiedyś powiedzieć, że niczego w życiu nie należy się bać, należy to tylko zrozumieć. W kontekście Czarnobyla warto nie tylko przypomnieć, ale i wziąć sobie jej słowa do serca.