Przybyszewski: Nuklearny rap w cieniu Nowej Regionalnej Zimnej Wojny

29 marca 2021, 07:30 Atom
Iran
Iran widziany z kosmosu. Fot. Wikimedia Commons

– W obecnych okolicznościach to Iranowi bardziej zależy na przywróceniu funkcjonowania porozumienia nuklearnego, aniżeli Stanom Zjednoczonym czy Europie. Władze w Teheranie utknęły w układzie zależności od Rosji i Chin – pisze Łukasz Przybyszewski, współpracownik BiznesAlert.pl*.

Mówienie do ściany

USA i część państw unijnych nie jest w stanie nakłonić Iranu do wykonania pierwszego kroku ku przywróceniu funkcjonowania porozumienia nuklearnego. W istocie proces ten jest poza kontrolą pojedynczych aktorów. Pomimo różnych sygnałów i zachęt żadna ze stron – ani Teheran, ani Waszyngton – nie przejawia woli do wykonania pierwszego kroku zmierzającego do przywrócenia porozumienia nuklearnego (JCPoA) i wiążącej się z tym porozumieniem nuklearnym funkcji bezpieczeństwa.  W próby mediacji zaangażowało się wiele już państw, bo jeśli zrealizowałaby się wizja Kasandry – proliferacja broni jądrowej w regionie – to jej reperkusje wykraczałyby poza region Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki. Wiele stron realizuje w tle działania informacyjne, które mają kształtować narrację i wpływać na percepcję pozostałych rywali: lansowane są opinie o nieuchronnym konflikcie turecko-irańskim, o rzekomo niezaprzeczalnym rozważaniu przez Teheran wdrożenia lub ujawnienia trwającego wojskowego programu jądrowego, czy też o rysujących się w tle sojuszach (np. irańsko-chińskim). Do ostatnich tego typu można zaliczyć też ponowne promowanie opinii, że Iran ma już rzekomo mieć przetestowane wszystkie elementy głowicy jądrowej, ale ma być wciąż niezdecydowany na wykonanie próbnej detonacji.

W mojej ocenie Iran aktualnie wciąż jeszcze jest daleki od pełnego uruchomienia, a raczej ujawnienia, wojskowego programu jądrowego, bo musi zakończyć inne procesy, w tym rozwoju technologicznego, jak: stworzenie odpowiednich rakiet nośnych, modernizacja sił zbrojnych i maksymalne zabezpieczenie kraju rozwiązaniami antydostępowymi oraz pozyskać nowe możliwości rozwoju konwencjonalnych systemów uzbrojenia. Pomimo wielu faktycznych, rodzimych osiągnięć naukowych, w wielu względach Iran musi polegać na współpracy z takimi państwami jak Rosja, Chiny czy Korea Północna. Wsteczna inżynieria jest bowiem procesem bardzo czasochłonnym, a jej rezultaty są z uwagi na tempo rozwoju technologicznego mogą okazywać się jedynie „akceptowalne, ale tymczasowe”. Ewentualnie jedynie „good enough”. Przelicytowanie swojej pozycji w regionie, czyli stworzenie broni jądrowej bez właściwych rakiet nośnych oraz bez zmodernizowanych sił zbrojnych oraz systemu obrony kraju byłby po prostu porwaniem się z motyką na słońce – regionalni rywale Iranu tylko czekają na dowód przeprowadzenia testu, bo wtedy uzyskają bezsprzeczny argument za koniecznością nabycia własnych głowic. I jaka wówczas byłaby pozycja i poziom bezpieczeństwa Europy w sytuacji, gdy region uzbrajałby się w broń jądrową?

Dyplomację zagłusza konflikt 

Choć aparaty dyplomatyczne wszystkich zaangażowanych w spór nuklearny stron działają tak skutecznie, jak tylko mogą, to efekty są póki co mizerne. Ani administracja Białego Domu, ani irańskie władze nie są skore do wykonania pierwszego kroku. Powodem jest fakt, że region jest spowity w kolejną Nową Regionalną Zimną Wojnę (NRZW), która trwa z większą intensywnością od 2001-2003 roku. Zdaniem prof. Ruth Hanau Santini z Uniwersytetu Neapolitańskiego (“L’Orientale”) poprzednia miała miejsce w latach 50-tych i 60-tych, ale wziąwszy pod uwagę wszystkie konflikty w regionie można byłoby dyskutować, czy faktycznie jest to jedyna ostatnia Regionalna Zimna Wojna. Wszystko zależy bowiem od kryteriów. Wydaje się, że na ogólnym poziomie trzema czynnikami, które wpływają na zmianę dynamiki Regionalnej Zimnej Wojny, są: charakter równowagi między mocarstwami ponadregionalnymi, rozwój demograficzny państw regionu oraz charakter powiązań gospodarczych regionu z resztą świata. Jednym z bardzo istotnych, a pomijanych aspektów jest właśnie rozwój demograficzny. Niezwykle wnikliwe w tym względzie wnioski miał dr Cincotta, który prawdopodobnie był jedyną znaną w świecie otwartych źródeł osobą, która z wyprzedzeniem w precyzyjny sposób przewidziała Arabską Wiosnę i określiła w trafny sposób trajektorię niesionych przez nią zmian. 

Tempo rozwoju demograficznego w regionie obecnie spada, w porównaniu do ostatnich dekad, a więc spodziewać się można, że „gorąca faza” konfliktu w ramach NRZW, pełna zrywów, dobiegła końca i przejdzie do fazy zdominowanej przez wyspecjalizowane i profesjonalne grupy zbrojne. Oznacza to, że państwa regionu – w tym Iran – będą silniejszą ręką sterować ku rozwiązaniom projektowanym ściśle w zapleczach analitycznych i administracyjnych, poświęcając niewiele uwagi na interesy grup proxy. W międzyczasie dokonuje się właśnie powolne, ale nieuchronne, układanie stosunków sił w regionie, co wywołuje kolejne działania zaczepne, jak np. atak dronem i pociskiem balistycznym na Dahran-Damam-Chobar czy intensyfikująca się okresowo wendeta między Huti i Arabią Saudyjską. Stwierdzenie Blinkena, że w kwestii zaangażowania Iranu administracja Białego Domu stoi na tym samym stanowisku, co Europa, świadczy – w mojej opinii – raczej dobitnie o tym, że USA są w stanie zaakceptować dalszą, ograniczoną i przerywaną, walkę proxy, o ile nie doprowadzi ona do destabilizacji regionalnej. Po tak długiej krwawej łaźni wątpić można, aby następne zrywy nastąpiły szybko.

Podejmowane próby negocjacji i mediacji między Iranem i USA odbywają się zatem ogłuszających warunkach intensywnego rozwoju przemysłów zbrojeniowych, formowania się nowych paktów i budowy infrastruktury pozwalającej niektórym krajom na zwiększenie niezależności od węglowodorów oraz realizowanym projektom dającym większą elastyczność w wysuwaniu sił zbrojnych w kluczowe obszary, np. na wyspę Majun w cieśninie Bab al-Mandib czy dzięki irańskim okrętowym wysuniętym bazom operacyjnym, które prawdopodobnie mają wspomóc obronę irańskich (spornych) wysp przy cieśninie Ormuz. Akurat 11 marca 2021 roku., Departament Stanu wskazał, że Wenezuela jest zaangażowana w transfer towarów służących irańskiemu przemysłu zbrojeniowemu. To naturalne, że Iran nie zawdzięcza wszystkich postępów technologicznych jedynie własnym zdolnościom. Wskazówką jednak jest to jasną, że o wpływ na kształtowanie tego regionu rywalizują ze sobą mocarstwa ponadregionalne, więc tak zróżnicowany sposób kształtowania bezpieczeństwa bezsprzecznie świadczy o tym, że dalsze losy JCPoA nie zależą od woli jedynie jednego aktora. Ani Iran, ani niektóre państwa Europy, ani USA nie mają teraz pojedynczo kontroli nad tym, czy JCPoA lub inne porozumienie będzie funkcjonować. Nie chcą jej mieć, bo przejęcie inicjatywy w tym względzie prowadzić będzie nieuchronnie do rywalizacji na znacznie wyższych poziomach. Samo JCPoA jest więc środkiem do celu, jakim jest prowadzenie większej, globalnej gry. Sytuacji tej nie zmienią więc ani wybory prezydenckie w Iranie, ani w USA. Pozostaje jedynie czekać, aż konstelacja wpływów i konfliktów będzie odpowiednia ku temu, aby cokolwiek zmienić. I – jeśli się nie mylę – w obecnych okolicznościach to Iranowi bardziej zależy na przywróceniu funkcjonowania JCPoA, aniżeli Stanom Zjednoczonym czy Europie. Władze w Teheranie utknęły w układzie zależności od Rosji i Chin, co nie jest dla Iranu najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Niewiele jednak jest obecnie przesłanek ku temu, aby inny był możliwy. Ze wszystkich wcześniejszych klientów na irańską ropę, Chiny okazały się wciąż najbardziej niezawodnym, bo import wciąż trwa pomimo sankcji. Póki co w Zatoce Perskiej powstaje coraz wyższy, niewidoczny mur, choć nie bez dziur. Politycy i dyplomaci mogą pod nim stać i rapować, urzekać i zwodzić, ale niewiele to zmieni – mówią do ściany. Sytuacja jest doskonała w swej niedoskonałości i może taką pozostać jeszcze przez lata – na tyle długo, na ile to jest potrzebne, aby największe mocarstwa uzyskały dla siebie względnie satysfakcjonujący wynik rozwijanych wpływów i realizowanych interesów. A skoro Europa jest jedynie skrzydłowym USA w tym względzie, to pozostaje nam po prostu czekać.

 

*Łukasz Przybyszewski jest analitykiem Ośrodka Badań Azji Centrum Badań nad Bezpieczeństwem Akademii Sztuki Wojennej. Artykuł jest opinią prywatną, nie reprezentuje stanowiska władz ASzWoj