font_preload
PL / EN
Bezpieczeństwo Energetyka Gaz Ropa 28 sierpnia, 2013 godz. 14:12   

Jakóbik: Gra o Syrię. Polska się wypisuje

408574_217654491650131_964214969_n

KOMENTARZ

Wojciech Jakóbik

Redaktor naczelny BiznesAlert.pl

Wojna z Syrią może wybuchnąć lada dzień. Rynki reagują tak, jakby sprawa była już przesądzona. Politycy Zachodu omawiają temat ze swoimi specjalistami. Tymczasem Polska zdecydowanie odmówiła udziału w ewentualnej interwencji. Niezależnie od tego, czy słusznie, zrobiła to za wcześnie.

Prezydent Stanów Zjednoczonych konsultuje możliwość ataku na Syrię w odpowiedzi na użycie broni chemicznej przeciwko ludności cywlinej. Jeżeli zostanie ono potwierdzone, będzie to złamanie prawa międzynarodowego (Konwencja o Broni Chemicznej ONZ) uzasadniające interwencję. Póki co senatorzy demokratyczni i republikańscy są niechętni wszelkim działaniom. Oczekują od Obamy przedstawienia faktów uzasadniających atak na Syrię, która nie zaatakowała USA ani żadnego z członków Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jednakże udział w interwencji rozważają już Francja i Wielka Brytania, których przywódcy obarczyli winą za użycie środków chemicznych przeciwko obywatelom Syrii obecne władze tego kraju. Atak chemiczny z 21 sierpnia zabił ponad 300 cywili z kobietami i dziećmi włącznie. Reżim syryjski pod przewodnictwem prezydenta Baszara Assada zaprzecza, jakoby był odpowiedzialny za jego przeprowadzenie. Oskarża rebeliantów o fabrykowanie dowodów. W okolicy ataku działają już inspektorzy ONZ, którzy mają ostatecznie potwierdzić lub zakwestionować wersję Damaszku. Oficjele z Białego Domu przekonują, że Waszyngton rozważa różne działania które nie ograniczają się do użycia sił zbrojnych, ale wykluczają możliwość wspomożenia zmiany reżimu.

Należy pamiętać, że jeśli Barack Obama będzie chciał zaatakować Syrię, to ma prawo do unilateralnej decyzji w oparciu o Rezolucję Sił Wojennych z 1973, która pozwala prezydentowi USA na taką decyzję bez zgody Kongresu, jeżeli zostanie on o niej poinformowany w ciągu dwóch dni a atak zostanie obliczony na konkretną ilość dni. Korzystając z tego dokumentu Obama zaatakował w 2011 roku Libię. Dlatego decyzja o wojnie Zachodu z Syrią zapadnie w Gabinecie Owalnym.

Możliwe, że kolejne informacje o naradach w zachodnich gabinetach politycznych przeciekające do mediów mają służyć uruchomieniu wojny nerwów, która skłoni Assada do ustąpienia. Świadczyłyby o tym świadczą coraz odleglejsze terminy posiedzeń decyzyjnych gremiów w Europie). Jednak możliwość rychłego ataku biorą na poważnie pod uwagę rynki. We wtorek 27 sierpnia Dow Jones spadł o 170,33 punkty lub 1,1 procenta do poziomu najniższego od dwóch miesięcy. Indeks giełdowy Standard & Poor’s 500 stracił 26,30 punktów a Nasdaq 79,05 punktów, co oznacza spadek o 2,2 procent do poziomu 3578,52 punktów. Tego dnia inwestorzy intensywnie sprzedawali akcje. Wzrosła tymczasem wartość złota a spadła cena federalnych obligacji. Także niemiecki Dax i francuski Cac 40 straciło po około 2,5 procent. Giełda londyńska FTSE straciła 0,8 procent. Wzrosły ceny ropy naftowej. Choć Syria nie jest ważnym eksporterem tego surowca, to niepokoje na Bliskim Wschodzie mogą zakłócić dostawy z tego regionu. Baryłka ropy Brent osiągnęła wartość 111 dolarów i sięgnęła poziomu najwyższego od pięciu miesięcy.

Brent Crude Oil Spot Price Chart

Brent Crude Oil Spot Price data by YCharts

Tymczasem wczoraj dziennik The Telegraph opublikował informację o tym, że Arabia Saudyjska zaoferowała w Rosji tajną umowę dotyczącą rynku gazu i ropy naftowej w zamian za zgodę na interwencję w Syrii. Saudyjczycy oferowali zgodę na zmowę cenową między kartelem naftowym OPEC a Rosją, pozwalającą windować ceny do poziomów zapewniających ogromny dopływ petrodolarów do budżetu. Arabia Saudyjska ma wielki wpływ na organizację ze względu na możliwość dowolnego regulowania wydobycia ropy naftowej, a tym samym jej ceny. Saudyjska delegacja miała także proponować rezygnację z rywalizacji o europejski rynek gazu ziemnego. Wysłannik do Rosji sygnalizował, że propozycja wychodzi z poruczenia Waszyngtonu. Mimo to, prezydent Władimir Putin miał ją odrzucić w brutalny sposób. Nazwał przy tym rebeliantów syryjskich „Wątrobożercami” nawiązując do krążącego w sieci filmu na którym jeden z nich zjada wątrobę żołnierza Assada. Jeżeli rewelacje brytyjskiego dziennika znajda potwierdzenie, dadzą podstawy do wysnucia kluczowych wniosków. Są one uprawnione pod warunkiem, że informacje The Telegraph nie są dezinformacją.

  1. Pierwszy to taki, że Amerykanie w dążeniu do realizacji swoich celów mogą zrezygnować ze swojej polityki energetycznej w Europie i pozwolić Rosjanom na samowolę w sektorze gazowym i naftowym, w zamian za zgodę na dalsze zwiększenie wpływów amerykańskich na Bliskim Wschodzie. Świadczy o tym rzekoma propozycja Saudyjczyków.
  2. Drugi wniosek to taki, że Rosja jest skłonna porzucić swoje aspiracje energetyczne w Europie, by utrzymać wpływy na Bliskim Wschodzie i nie dopuścić do zwiększenia tam siły Amerykanów. Świadczy o tym odmowa Moskwy. Okazuje się, że w decydującym starciu geopolitycznym zarówno Stany jak i Rosja są gotowe zrezygnować z energetyki. Zmiana reżimu w Syrii oznaczałaby utratę jedynego zdeklarowanego sojusznika Rosji w regionie. Moskwa musiałaby się także liczyć z tym, że po długim okresie destabilizacji, nowy reżim mógłby być proamerykański. Perspektywa wejścia Amerykanów do Syrii może być odczytywana na Kremlu jako kolejny, po wojnach w Afganistanie i Iraku, krok do okrążenia geopolitycznego Iranu i Rosji.
  3. Z tych rozważań wynika trzeci wniosek. Interesy amerykańskie i rosyjskie w Europie są dla nich obecnie mniej ważne, niż te na Bliskim Wschodzie. Amerykanie są przekonani, że Europejczycy jakoś sobie z Rosją poradzą, pomimo ich mniejszego zaangażowania. Rosjanie wierzą, że dojdą do porozumienia z Europą, nawet jeśli Amerykanie będą ograniczać ich wpływ przez wspieranie projektów dywersyfikacyjnych i integracyjnych. Ich główne zaangażowanie jest obecnie gdzie indziej – na Bliskim Wschodzie.

Niezależnie od tego, czy wojna z Syrią rzeczywiście wybuchnie i jaki będzie miała charakter, wnioski te implikują pewne rekomendacje dla Warszawy.

  1. Skoro energetyka w Europie jest dla Amerykanów mniej ważna, niż Bliski Wschód, nie powinniśmy liczyć na ich silne zaangażowanie w polskie projekty dywersyfikacyjne. Nie można oczekiwać, że Waszyngton poprze przykładowo powrót Exxon Mobil do poszukiwań gazu łupkowego w naszym kraju, ani że będzie naciskał na firmy eksportujące LNG, by te podpisywały umowy na dostawy tylko dlatego, że Polsce na tym zależy. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, Rosjanie będą skłonni zablokować takie działania Amerykanów w zamian za ustępstwa na Bliskim Wschodzie – w regionie bardziej priorytetowym dla USA.
  2. Skoro interesy Amerykanów w Europie są mniej ważne od bliskowschodnich to Polska dzięki wsparciu ich na Bliskim Wschodzie zyska na znaczeniu w relacjach z nimi. Być może powinna targować się w oparciu o wymianę Syria za wsparcie projektów dywersyfikacyjnych. Chodzi o wspomniane poszukiwania gazu łupkowego oraz umowy na dostawy LNG do Polski.

Scenariusz wielkich zysków w zamian za wsparcie USA miał spełnić się już po zaangażowaniu naszych żołnierzy w Afganistanie i Iraku. Nie potwierdził się jednak. Stąd zapewne wynika silny sprzeciw premiera Donalda Tuska wobec udziału Polaków w ewentualnej akcji. Jednak media informują, że Warszawa nie była jeszcze sondowana w tej sprawie, dlatego moim zdaniem Premier mógł poczekać z przedstawieniem tak zdecydowanego stanowiska. Skoro za poświęcenie w obu wojnach rozpętanych przez USA otrzymaliśmy niewiele, tym razem mogliśmy targować wysoko. Jeżeli rozmowy o interwencji to tylko nacisk na Assada a wojny nie będzie – straciliśmy dużo. Jeżeli wojna będzie – nie zyskaliśmy nic, bo i tak już w konkretnych rozmowach moglibyśmy ograniczyć udział do skali, na jaką mielibyśmy ochotę.  Gra w otwarte karty w dyplomacji nigdy się nie opłaca. Tymczasem Polska ustami Premiera już się z niej wypisała. Dlatego nic nie zyska i nic nie straci, pozostając na marginesie tego wielkiego tematu w stosunkach międzynarodowych.