font_preload
PL / EN
Bezpieczeństwo 7 sierpnia, 2013 godz. 9:18   
KOMENTUJE: Maciej Mazur

Mazur: Polska może mieć nową, potężną broń

Bogusław Mazur

KOMENTARZ

Bogusław Mazur

Biznes Alert

To może być wielki przełom. Możemy mieć broń, która odstraszy wszystkich potencjalnych agresorów i zmieni geopolityczną pozycję Polski. Mowa o okrętach podwodnych z pociskami manewrującymi.

Taki okręt może osiąść na dnie Bałtyku, stając się „niewidzialnym” dla wroga. W razie potrzeby wystrzeli pociski manewrujące które polecą setki kilometrów tak nisko, że wszelkie systemy antyrakietowe przeciwnika będą bezradne. W wyznaczone cele trafiają z niesłychaną precyzją. Celami może być gazociąg, rafineria czy wielka elektrownia, na początek wodna. Parę trafień i nici z eksportu surowców, kawał kraju bez prądu, jakiś region po wodą, a może i większe nieszczęścia. Dodajmy, że siła rażenia pocisków manewrujących odpowiada sile rażenia małego ładunku nuklearnego. Dlatego jeden podwodny okręt z pociskami manewrującymi jest też w stanie powstrzymać całą flotę przeciwnika.

Podobnych możliwości maskowania i wykonywania kontruderzenia nie mają ani wojska lądowe, ani lotnictwo. Samoloty F-16 łatwo unieruchomić niszcząc, nawet nieznacznie, pasy startowe w naszych dwóch bazach. Siły lądowe też są stosunkowo łatwe do wykrycia i rażenia. Z trzech rodzajów sił to siły morskie mają największy potencjał przetrwania ataku.

Teraz nasze siły lądowe, lotnicze i morskie pełnią rolę obronnej „tarczy”, bez możliwości wykonywania głębokich kontrataków. Ale możemy posiąść „miecz”, czyli okręty podwodne z pociskami manewrującymi, z ich odstraszającą zdolnością do siania zniszczeń.

Piszę w trybie warunkowym, bo okręty z pociskami manewrującymi możemy mieć, ale nie musimy. Owszem, MON do 2030 r. chce zakupić 20 nowych jednostek pływających, w tym trzy okręty podwodne. Jednak nie jest pewne, czy zechce zakupić okręty wyposażone w pociski manewrujące. A bez nich nowe okręty staną się tylko kolejnym dodatkiem do „tarczy”.

Oczywiście pojawią się też populistyczne pokrzykiwania, że w czasach kryzysu trzeba wydawać pieniądze na szpitale, oświatę czy zasiłki a nie jakieś okręty, że nikt nas nie zamierza atakować, że przecież jesteśmy w NATO itp.

Zacznijmy od pieniędzy. Zakup podwodnego okrętu z rakietami manewrującymi to koszt ok. 2 mld zł. Dużo? Zależy, jak się liczy. Bo czas eksploatacji okrętu wynosi 30 lat. Proszę sobie podzielić te 2 mld przez 360 miesięcy i zobaczyć jak ten koszt zakupu się rozłoży. Inaczej mówiąc, jaka jest miesięczna cena bezpieczeństwa.

Ale co ważniejsze, zakup okrętów podwodnych może łączyć się z pobudzeniem gospodarki i z nowymi miejscami pracy. Np. doświadczony francuski koncern DCNS po wyborze ich okrętów jest gotowy zainwestować w polski przemysł zbrojeniowy i podnieść z upadku gdyńską Stocznię Marynarki Wojennej. Otrzymalibyśmy nowoczesne technologie, zakupione okręty byłby remontowane w Gdyni, stocznia mogłaby też rozpocząć produkcję kolejnych jednostek. Byłaby to więc umowa jakościowo o niebo lepsza niż żałośnie marna w skutkach umowa offsetowa związana z zakupem F-16.

A czy groźba konfliktu jest nierealna? Jeśli tak, to w ogóle zlikwidujmy armię. Nikt nie zagwarantuje, że w wyniku np. kryzysu ekonomicznego w jednym z sąsiednich państw do władzy nie dorwą się awanturnicy, którzy zechcą szantażować Europę groźbą zbrojnego zatargu z Polską aby uzyskać dla siebie jakieś wymierne korzyści. Polska bez „miecza” będzie zdana na łaskę państw NATO, stając się jedynie pionkiem w międzynarodowej grze.

I tu się rysuje dodatkowa korzyść z posiadania „miecza”. Państwo, które jest zdolne nie tylko do obrony ale i przeprowadzenia samodzielnego kontrataku, jest o niebo bezpieczniejszym miejscem dla dużych inwestorów niż państwo zdane na pomoc innych państw. „Miecz” zawsze zmienia znaczenie geopolityczne kraju.

Niestety, może być też i tak, że zamiast zakupu „miecza”, pod naciskiem populistów i zwolenników tzw. małpich oszczędności, kupimy parę niemieckich, w dodatku może starych okrętów, oczywiście bez pocisków manewrujących. Bo decyzję o zakupach podejmują politycy, a teatr polityki kieruje się innymi regułami niż teatr działań wojennych. Jak się tak stanie, to będzie znaczyło, że nadal jest u nas żywa tradycja wyrażona przez mickiewiczowskiego Sędziego: Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, ja z synowcem na czele i jakoś to będzie!