Behrendt: Na Morzu Południowochińskim chodzi nie tylko o wyspy

4 kwietnia 2017, 07:30 Bezpieczeństwo
Liaoning
Chiński lotniskowiec Liaoning. Fot. Wikimedia Commons

Determinacja, z jaką Chiny walczą o rozsiane po Morzu Południowochińskim wysepki, może budzić zaskoczenie i niedowierzanie. Postawa Pekinu ma jednak swoje poważne uzasadnienie natury strategicznej, politycznej i gospodarczej – mówi portalowi BiznesAlert.pl Paweł Behrendt, analityk Centrum Studiów Polska-Azja.

Przedmiotem sporu są archipelagi Wysp Paracelskich i Spratly, do których pretensje zgłaszają także Wietnam, Filipiny, Malezja i Brunei. O ile poszczególne państwa mają roszczenia do konkretnych wysp, czy ich grup, to Pekin żąda na dobrą sprawę całego akwenu. Wytyczona jeszcze w latach 30 ubiegłego wieku przez rząd Czang Kaj-szeka tak zwana linia 9 kresek przyznaje Chinom około 90 procent Morza Południowochińskiego i do dziś stanowi podstawę dla roszczeń nie tylko ChRL, ale także Tajwanu.

Konflikt nie gaśnie

Trwający od lat 70 spór przechodził różne fazy. W ciągu minionych ponad 40 lat doszło już do dwóch bitew morskich (w 1974 i 1988 roku między Chinami a Wietnamem), starć między strażami wybrzeża poszczególnych państw, walk z udziałem rybaków, budowy sztucznych wysp i widowiskowych manewrów wojskowych. Sprawa dotarła nawet do Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego w Hadze. Filipiny pozwały Chiny, które odmówiły poddania się arbitrażowi. Niemniej trybunał uznał, że ChRL naruszyła prawa Filipin wynikające z Konwencji ONZ o Prawie Morza.

We wszystkich tych działaniach Chiny były stroną bardziej ofensywną. Nie oznacza to, że pozostałe państwa przez cały czas zachowują się biernie, ale chińskie działania są zawsze prowadzone na większą skalę i przez to bardziej widoczne. Ta widowiskowość ściągnęła baczniejszą uwagę innych mocarstw, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych i Japonii, ale także Indii, Rosji, Francji oraz Wielkiej Brytanii. Mimo wszystko Pekin ma jednak wiele powodów, aby prowadzić taką, a nie inną politykę.

Miękkie podbrzusze

Południowe wybrzeże od dawna uważane jest za miękkie podbrzusze Chin, a kontrola chociażby tylko nad Wyspami Paracelskimi znacząco zmienia ten stan. Instalacja systemów radarowych i obrony przeciwlotniczej w decydujący sposób przesuwa linię obrony, a tym samym daje siłom zbrojnym więcej czasu na reakcję w przypadku poważniejszego konfliktu. Wszystko kręci się wokół wyspy Hajnan, na której zlokalizowane są bazy atomowych okrętów podwodnych z rakietami balistycznymi. Od lat trwa także rozbudowa tamtejszego kosmodromu, który ma się stać głównym ośrodkiem chińskiego programu kosmicznego.

Jest również szerszy kontekst, związany z podobnym sporem toczonym z Japonią na Morzu Wschodniochińskim. Ambitny plan uczynienia z ChRL globalnego gracza wymaga stworzenia odpowiednio silnej floty. Chińska marynarka wojenna jest więc intensywnie rozbudowywana od dobrych piętnastu lat.

Dwa łańcuchy, a potem…

Niezależnie jednak od wszelkich wysiłków Chiny pozostają odcięte od otwartych wód Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Według chińskich admirałów kluczowe znaczenie ma uzyskanie dominującej pozycji na akwenach ograniczonych przez tak zwany pierwszy łańcuch wysp, wyznaczony przez Wyspy Japońskie, Tajwan i zachodni brzeg Borneo. Jak łatwo zauważyć, jest to obszar odpowiadający Morzom Południowo- i Wschodniochińskiemu. Objęcie tych wód kontrolą umożliwi przejście do drugiej fazy, czyli rozszerzenia akwenu operacyjnego po drugi łańcuch wysp, czyli Kuryle, Wyspy Bonin, Filipiny i Nową Gwineę. Dopiero potem planowane jest wyjście na otwarte wody Pacyfiku.

Te chińskie działania są szczególnie uważnie obserwowane w Stanach Zjednoczonych. W Waszyngtonie utarło się przekonanie, że zdominowanie basenu Morza Południowochińskiego umożliwi Chinom osiągnięcie statusu globalnego mocarstwa. Wysnuwana jest paralela z historią Stanów Zjednoczonych, które – zanim stały się światowym hegemonem – zapewniły sobie dominację w basenie Morza Karaibskiego.