font_preload
PL / EN
Bezpieczeństwo Energetyka Gaz 19 lipca, 2016 godz. 15:15   
REDAKCJA

Głogowski: Kiedy i dlaczego Zachód zaczął tracić Turcję?

Tureckie wojsko Tureckie wojsko

KOMENTARZ

Dr hab. Aleksander Głogowski

Uniwersytet Jagielloński

W nocy z piątku na sobotę uwaga opinii publicznej skupiła się na wydarzeniach w Turcji. Można byłoby je nazwać „kabaretowym zamachem stanu”, gdyby nie ofiary jakie pociągnęło za sobą to niepowodzenie. Nie do końca wiadomo, jakie poglądy polityczne i sympatie geopolityczne reprezentowali jego przywódcy: czy byli to zwolennicy świeckiego państwa wg wzorów kemalistowskich, czy (jak chce prezydent Erdoğan) sympatycy przebywającego na wygnaniu w USA Fethullaha Gülena? Bardziej interesujące jest jak sądzę to, jakie pucz może mieć reperkusje geopolityczne i czy ewentualnie można było im zapobiec.

Bardzo ważna z punktu widzenia zarówno geopolitycznego, jak i spoistości NATO (a więc i bezpieczeństwa Polski) jest kwestia, czy Turcja po puczu będzie współpracować z Zachodem, czy też zwróci się ku Rosji. Erdoğan do tej pory umiejętnie rozgrywał dwie strony tak, by umacniać władzę w państwie i zarabiać pieniądze na kolejnych woltach. Mógł to robić dlatego, że w odróżnieniu np. od Polski, Turcja od dawna nie była bezpośrednio zagrożona przez Rosję (czy wcześniej Związek Sowiecki), a współpracę w ramach NATO wybierała wyłącznie z powodu interesu: dostępu do nowoczesnych technologii wojskowych, gwarancji nienaruszalności granic z Grecją, oraz współpracę gospodarczą z Zachodem, a zwłaszcza z Niemcami (tu także warto wspomnieć o licznych gastarbeiterach/imigrantach). Po upadku bloku wschodniego znaczenie Turcji chwilowo uległo zmniejszeniu, ale wzrosło ponownie wraz z pojawieniem się możliwości budowy gazociągów łączących złoża Azji Centralnej z europejskimi odbiorcami.

Interesy tureckie i zachodnie znalazły się na „kursie kolizyjnym” wraz z rozpoczęciem wojny w Iraku: wówczas pojawiła się realna szansa na powstanie autonomii kurdyjskiej w Iraku, co w sposób bezpośredni zagroziło żywotnym interesom Ankary. Każde państwo bowiem jako podstawowy cel stawia zachowanie swojej integralności terytorialnej, zatem stworzenie kurdyjskiej autonomii. Dla Turków każdy taki byt polityczny był potencjalnie „Piemontem”, który mógłby stać się zalążkiem państwa, które miałoby naturalną tendencję do dążenia do poszerzenia terytorium o ziemie zamieszkane przez Kurdów także w Turcji, Syrii czy Iranie. Sytuacja z tego punktu widzenia pogorszyła się jeszcze bardziej, gdy na krawędzi upadku znalazł się rząd Assada w Damaszku, a tamtejsi Kurdowie stali się jedną z głównych sił zbrojnej opozycji. Proces ten musiał bardzo zaniepokoić Ankarę: naturalnym skutkiem procesu emancypacji politycznej Kurdów w Iraku i Syrii byłoby dążenie do utworzenia własnego państwa. Jego powstanie zaś oznaczałoby dążenie do przyłączenia terenów zamieszkanych przez Kurdów w Turcji… Zatem ciąg wydarzeń prowadziłby do rozpadu państwa tureckiego w obecnym kształcie. Tych strat prestiżowych nie rekompensuje nawet mglista obietnica członkostwa w Unii Europejskiej czy zniesienia wiz. Oczywiście Rosja skrzętnie wykorzystuje te uzasadnione obawy Ankary, starając się ją przeciągnąć do swojej strefy wpływów. A to z kolei staje się bardzo niebezpieczne dla spoistości Sojuszu Północnoatlantyckiego. Trudno też wymagać od Turcji, by wspierała Kurdów syryjskich czy irackich w walce z Państwem Islamskim, które dla Ankary jest zagrożeniem stosunkowo niewielkim w porównaniu z separatystami, z którymi walczą już od wielu dekad.

Błędy Zachodu, polegające na nie braniu pod uwagę interesów tureckich i obawie przed wyimaginowanym „imperium osmańskim” mogą mieć bardzo poważne reperkusje geopolityczne. Turcja w NATO i będąca lojalnym sojusznikiem Zachodu jest konieczna dla utrzymania wpływów na obszarze postsowieckim w rejonie Południowego Kaukazu, a więc w szczególności w Gruzji. Jest kluczowa jeśli chodzi o budowę rurociągów z Azerbejdżanu i Turkmenistanu, oraz hamowanie podobnych projektów rosyjskich. Silna Turcja jest też istotną przeciwwagą na Bliskim Wschodzie dla Iranu oraz państw arabskich na czele z Arabią Saudyjską. Silna Turcja historycznie była i jest także ważnym elementem polityki powstrzymywania imperializmu rosyjskiego, co widoczne jest co najmniej od Wojny Krymskiej, a dało o sobie znać choćby przy okazji ostrej krytyki aneksji Krymu przez Putina i wsparcia dla tamtejszych Tatarów. Należy pamiętać, że Turcja posiada też pewne wpływy w Azji Centralnej, związane z bliskością kulturową z narodami tureckimi które tam zamieszkują. Potencjał ten próbowano z marnym skutkiem wykorzystać na początku lat 90-tych. Można również i w przyszłości używać go razem z czynnikiem surowcowym dla osłabienia pozycji Rosji w tamtym regionie.

Nieudany pucz w Turcji uczynił sytuację jeszcze bardziej skomplikowaną. Gdyby się udał, dawałoby to szanse na nowe otwarcie w relacjach z Ankarą i abstrahowanie od opisanych wcześniej błędów. Utwardzające się autorytarne rządy Erdoğana będą jeszcze bardziej nieufne wobec Zachodu nie tylko z powodów opisanych wcześniej, ale także z racji cechującej każdą dyktaturę swoistej paranoi: obawy przed obaleniem przez wroga zewnętrznego. Niewątpliwie na tej sytuacji skorzysta Rosja, jeśli Erdoğan będzie teraz prowadzić politykę zgodną z jej interesami. Możliwe są tu różne scenariusze: od przepuszczenia do UE kolejnej fali tzw. „uchodźców” aż po uruchomienie art. 5 NATO pod pretekstem zagrożenia dla integralności terytorialnej Turcji przez kurdyjską partyzantkę (co stanowiłoby poważne wyzwanie dla Sojuszu i test lojalności, którego mógłby nie zaliczyć). Bez udziału Turcji nie będzie też możliwości budowy rurociągu Nabucco, choć niedawno pisano o powrocie do tej koncepcji. Pojawi się natomiast możliwość realizacji koncepcji South Stream.

Powstaje zatem bardzo poważne pytanie: czy warto było w imię idee fixe państwa kurdyjskiego ryzykować utratę cennego sojusznika jakim jest Turcja (z jej drugą co do wielkości armią w NATO)? Tym bardziej należy się nad tym zastanowić w kontekście geopolitycznym: traktat Sykes-Picot być może nie jest idealnym rozwiązaniem, jednak nienaruszalność obecnych granic na Bliskim Wschodzie jest złem mniejszym. Rozmontowanie postkolonialnego układu (zmienionego jedynie na terytorium Palestyny) grozi tragiczną w skutkach bałkanizacją nie tylko tego regionu, ale także sąsiadującej z nim Azji Środkowej a nawet Południowej. Wszędzie tam mamy bowiem do czynienia ze sztucznie wytyczonymi granicami.