Stępiński: Górnicza amnezja polityków

23 września 2019, 07:30 Energetyka
Kopalnia Węgla Kamiennego Mysłowice-Wesoła
Kopalnia Węgla Kamiennego Mysłowice-Wesoła / fot. Wikimedia Commons

Śląsk to kolejny przystanek na kampanijnej trasie liderów dwóch głównych partii politycznych. Jak można było przypuszczać, politycy PiS i PO przerzucali się odpowiedzialnością za kondycję górnictwa w Polsce. Zapomnieli jednak, że każda z formacji przyczyniła się do takiego stanu rzeczy – pisze Piotr Stępiński, redaktor BiznesAlert.pl

Kto sprowadza węgiel z Rosji?

Politycy znowu ruszyli w teren, aby umocnić w wierze swój elektorat, jednocześnie próbując zarazić tą wiarą niezdecydowanych lub przejąć głosy drugiej strony. W stolicy polskiego węgla, oprócz nowych propozycji dla wyborców, poruszono temat kondycji i przyszłości sektora węglowego w naszym kraju. Po raz kolejny przerzucali się odpowiedzialnością za taki stan rzeczy i wskazywali, kto bardziej chce niszczyć górnictwo i zamykać kopalnie.

Jako pierwsi licytację rozpoczęli przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej. Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna w trakcie konwencji w Sosnowcu podawał w wątpliwość wiarygodność tych, którzy przez ostatnie lata sprowadzają węgiel z Rosji. – PiS sprowadził węgiel z Rosji za 7 mld złotych. Gdzie ich troska o polskie kopalnie? – pytał. To prawda, że w ciągu ostatnich kilku lat obserwowany jest znaczący import surowca ze wschodu. Pod tym względem rok 2018 był rekordowy. Do Polski napłynęło 19,63 mln ton węgla, z czego 13,4 mln ton z Rosji. Wiele wskazuje, że w tym roku wolumeny importu mogą utrzymać się na wysokim poziomie. Według danych Eurostatu, tylko od stycznia do maja Polska importowała ok. 7,27 mln ton węgla, z których 4,8 mln ton pochodziło z Rosji. Choć importowaliśmy o 0,47 mln ton mniej niż w analogicznym okresie w roku ubiegłym, dane nie napawają optymizmem. Tym bardziej, że import z Rosji pozostał na podobnym poziomie.  Warto jednak zaznaczyć, że  rosyjski węgiel nie trafiał do Polski tylko w latach 2005-2007 czy 2015-2019. Jak pokazuje poniższy schemat, węgiel z Rosji importowany był również w trakcie rządów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Co więcej, w 2008 roku Polska z kraju eksportującego węgiel stała się importerem netto i, mimo krótkiej, dwuletniej przerwy, pozostaje nim do dziś.

Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych ARP, Eurostat

Wówczas obecni rządzący, będąc w opozycji, wzywali do nałożenia embarga na rosyjski węgiel. Obecny minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak przekonywał, że dzięki eksportowi węgla Władimir Putin czerpie określone korzyści i ma pieniądze, aby napadać na sąsiednie kraje, a tym samym odtwarzać imperium rosyjskie. Kilka lat później, już dawno po wygranych wyborach, obecny minister środowiska Henryk Kowalczyk, odpowiadając na pytania o rosnący import węgla z Rosji stwierdził, że „rosyjski węgiel jest jak każdy inny. Nie możemy pozbawić ludzi ciepła zimą i dlatego musimy importować węgiel”.

Do tej pory Polska nie była w stanie wprowadzić zakazu importu węgla z danego kraju. PiS spróbowało w inny sposób przyblokować napływ rosyjskiego paliwa. Pod koniec 2018 roku wprowadzono ustawę o normach jakości węgla, która miała uporządkować sytuację handel surowca dla małych kotłowni i gospodarstw domowych. Zakazano sprzedaż odpadów węglowych, a także obrotu węgla niesortowanego, który w tej formie najczęściej jest importowany z Rosji. Mimo to importerzy dalej sprowadzają surowiec zza wschodniej granicy. Wszystko dzięki luce w przepisach. Jeżeli na granicy importerzy zadeklarują, że paliwo nie zostanie sprzedane dla gospodarstw domowych to wówczas względem nich nie stosuje się wspomnianych norm. W konsekwencji z rynku zniknęła część rodzimego surowca, a nie zatrzymały fali ze wschodu.

Problemem nie jest sam rosyjski węgiel, lecz to, dlaczego w ogóle musimy go importować. Zwłaszcza, że politycy przekonują, iż Polska węglem stoi, a jego zasoby mają wystarczyć jeszcze na 200 lat. Odpowiedź na pytanie o konieczność importu surowca jest niestety brutalna. Węgiel trzeba wydobywać z coraz głębszych pokładów, to przekłada się na koszty wydobycia, a tym samym na spadek konkurencyjności polskiego paliwa. Bez inwestycji w nowe kopalnie i bez restrukturyzacji sektora, rodzimy surowiec będzie przegrywał walkę z tańszym i mniej zasiarczonym surowcem z zagranicy. Z drugiej strony pojawia się pytanie, czy przy rosnących ambicjach polityki klimatyczno-energetycznej Unii Europejskiej inwestycje w górnictwo i szeroko rozumiany węgiel są uzasadnione?

To wszystko powinno skłonić do poważnej refleksji nad stanem polskiego górnictwa. Trudno jednak spodziewać się, aby będąc na Śląsku, szczególnie w trakcie kampanii, na trzy tygodnie przed wyborami, politycy mówili o transformacji regionu i zamykaniu kopalń. To raczej nie przyniosłoby poparcia.

Stępiński: Bez reformy w Polsce będzie coraz więcej węgla z Rosji

Kto chce likwidować kopalnie?

Politycy Prawa i Sprawiedliwości prawdopodobnie mieli tego świadomość, walcząc w minioną sobotę o poparcie w Katowicach. Mówili wiele o propozycjach dla przedsiębiorców, ale nie zabrakło wątków związanych z górnictwem. W stolicy Górnego Śląska była premier, a obecnie poseł do Parlamentu Europejskiego Beata Szydło odwołała się do sytuacji z 2015 roku, gdy PiS obejmował rządy. – Był pomysł naszych poprzedników, aby likwidować i zwijać górnictwo. Zastanawialiśmy się, co zrobić, żeby ratować górnictwo? Było dla nas jasne i pewne, że górnictwo jest ważnym elementem polskiej gospodarki – stwierdziła.

Warto cofnąć się do wspomnianego 2015 roku. Jeszcze w styczniu rząd Ewy Kopacz przedstawił plan naprawczy Kompanii Węglowej posiadającej 14 kopalń. Zakładał on zmianę struktury spółki i powołanie Nowej Kompanii Węglowej, do której mogli przejść pracownicy, z zastrzeżeniem, że zgodzą się na nowe warunki zatrudnienia. Dodatkowo plan zakładał przeniesienie czterech trwale nierentownych aktywów do Spółki Restrukturyzacji Kopalń w celu stopniowego wygaszania działalności. Propozycje rządu PO-PSL wywołały protest górników, którzy zagrozili nawet wstrzymaniem wydobycia. W efekcie premier Kopacz wycofała się z planów zamknięcia czterech kopalń. Warto dodać, że wówczas działało ich 29. Czy zatem ewentualne wygaszenie/zamknięcie/wyciszenie czterech było rzeczywiście zwijaniem górnictwa?

W listopadzie rządy objęło PiS, któremu udało się to, co nie udało się rządowi PO-PSL. Kilka miesięcy później, zamiast Nowej Kompanii Węglowej, powstała Polska Grupa Górnicza. W jej skład weszło 11 kopalń Kompani Węglowej. W ten sposób powstała największa spółka górnicza w Europie. Na ratowanie kopalń złożyły się wówczas spółki energetycznej m.in. PGNiG Termika, PGE Górnictwo i Energia Konwencjonalna, Enea i Energa Kogeneracja. Problem został zażegnany przynajmniej na chwilę. To jednak nie oznaczało, że przyszłość kopalń została przesądzona. W 2016 roku Komisja Europejska zatwierdziła wart 8 mld złotych program naprawczy dla górnictwa, który zakładał, że jednym z warunków jest przekazanie do SRK siedmiu podmiotów (kopalń lub ich części). Co ciekawe, trzy z nich to te same kopalnie, które chciał „wygasić” rząd PO-PSL. Chodziło o kopalnie Sośnica, Makoszowy oraz Ruch Pokój KWK Ruda. Oprócz nich do zamknięcia zostały przeznaczone kopalnia Krupiński, ruch Jas-Mos, Ruch Rydułtowy i Ruch Śląsk. Dwa lata później Polska wnioskowała o kolejne 5 mld złotych na dalszą pomoc dla restrukturyzacji górnictwa. Tym razem na lata 2019-2023. Środki te miały być przeznaczone m.in. na pomoc w zamykaniu kopalń. Innymi słowy to, co nie udało się PO-PSL, udało się PiS.

– Górnictwo musi się zmieniać, być doinwestowane i wykorzystywać nowoczesne technologie. Górnictwo musi trwać. Po czterech latach naszego rządu górnictwo jest bezpieczne i rozwija się – mówiła była premier Beata Szydło w Katowicach. Czy na pewno? Górnictwo węgla kamiennego w Polsce zakończyło 2018 rok na plusie. Zysk wyniósł 1,25 mld złotych. Dla porównania w 2015 roku straty przekraczały 4,5 mld złotych. Według danych Agencji Rozwoju Przemysłu w ubiegłym roku na tonie węgla spółki zarabiały średnio 21,29 złotych. Choć jeszcze w 2017 roku było to ok. 40,29 złotych na tonie. Dla porównania w latach 2013-2016 musiały one dopłacać do każdej tony wydobytego surowca.

Z drugiej strony, krajowe wydobycie węgla kamiennego w ostatnich latach systematycznie spada. Jeszcze w 2000 roku Polska wydobywała 103,4 mln ton węgla. W ubiegłym roku wydobycie wyniosło 63,38 mln ton i było o 2,09 mln ton mniejsze niż w 2017 roku. Jest tak, ponieważ dostęp do łatwo dostępnych złóż się kończy. Tendencje spadkowe są widoczne również w 2019 roku. Dziennik Gazeta Prawna informował, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku wydobycie było o 1 mln ton mniejsze niż w analogicznym okresie w roku ubiegłym.

Stępiński: Morderstwo czy samobójstwo węgla w Polsce?

Brakuje pomysłu na górnictwo

Skoro górnictwo w Polsce czeka świetlana przyszłość, to czemu systematycznie spada zatrudnienie w górnictwie sektora węglowego? Jeszcze w 2006 roku pracowało w nim blisko 120 tys. osób. Teraz jest to nieco ponad 80 tys. Jak zatem wytłumaczyć założenia przyjętego w 2018 roku programu dla górnictwa węgla kamiennego, w którym wśród słabych stron sektora wskazano trudną sytuację ekonomiczno – finansową, cechującą się wysokimi stratami, niedoborem środków na bieżącą działalność, niską płynnością finansową lub jej brakiem, wysokim stanem zobowiązań. Poza tym wśród zagrożeń wskazano m.in., konkurencję ze strony importerów węgla, szczególnie z kierunku wschodniego czy też wzrastająca konkurencyjność innych nośników energii na rynku krajowym, jak również na europejskich rynkach energii elektrycznej, również wskutek niskich cen ropy i gazu. Czy nie warto zatem zagrać w otwarte karty i na poważnie – międzypartyjnie – rozpocząć dyskusję o przyszłości węgla w polskiej energetyce i gospodarce?

Tu z kolei widać pewną niekonsekwencję. Z jednej strony można usłyszeć, że węgla wystarczy na 200 lat, a z drugiej padają hasła, że będziemy odchodzić od węgla, a Elektrownia Ostrołęka C będzie ostatnią, nową inwestycją węglową w Polsce. Co zrobić wówczas z surowcem, zwłaszcza że Ministerstwo Energii dopuszcza scenariusz, w którym będziemy potrzebowali mniej węgla? Żadna ze stron politycznego sporu nie przedstawiła jasnego planu, co dalej z węglem. Tak jak pisałem na początku września: w obawie przed utratą poparcia w sondażach chowają węgiel do szafy, stroniąc od trudnych tematów z nim związanych. Im bliżej wyborów, tym bardziej politycy łagodzą przekaz. Na przykład Koalicja Obywatelska jeszcze niedawno twardo mówiła o datach granicznych odejścia od węgla, wskazując na 2040 rok. Teraz Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka Koalicji Obywatelskiej na premiera mówi o tym, że węgiel powinien być wydobywany, dopóki jest to opłacalne, co zresztą znalazło się również w programie wyborczym KO.

To pokazuje, że żadna z partii nie mówi konkretnie, co zamierza zrobić z górnictwem. Można oczywiście wzorem Lewicy przedstawić Zielony Pakt dla Polski (nazwa zbliżona do oferty Ludowców – Nowy Zielony Ład, wzorowanej z kolei na ładzie proponowanym na poziomie europejskim – przyp. red.) i zapowiedzieć, że Polska przestanie sprowadzać węgiel z Rosji, nie wskazując, w jaki sposób to zrobić. Można również powiedzieć, że do 2035 roku większość energii będzie pochodziła z OZE, nie wskazując konkretnie ile. Takie podejście jest jednak nieodpowiedzialne i brzmi podobnie, jak obietnice Konfederacji ustalenia cena benzyny na poziomie 3 złotych za litr.

Stępiński: Czas na Okrągły Stół Węglowy