Jurasz: Silni, zwarci i gotowi?

6 lipca 2015, 09:54 Bezpieczeństwo
Twardy

ANALIZA

Witold Jurasz

Prezes Ośrodka Analiz Strategicznych

Spore poruszenie w polskiej opinii publicznej wywołała zapowiedź umieszczenia w naszym kraju, państwach bałtyckich, Rumunii i Bułgarii magazynów sprzętu armii amerykańskiej. Mowa jest o ponad 1200 pojazdach, w tym 250 czołgach M1-A2 Abrams, wozach bojowych Bradley, haubicach i innym sprzęcie, przy czym w Polsce stacjonować będzie jedynie pewna cześć ww. wyposażenia. Decyzja Waszyngtonu niewątpliwie cieszy, a urzędnicy wysokiego szczebla, którzy do tego doprowadzili winni zostać docenieni również przez nowe władze RP po wyborach. Jeśli jednak przywołać słowa b. ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego o tym, iż sojusz z USA nas usypia i daje złudne poczucie bezpieczeństwa to warto zadać sobie pytanie jakie zdolności obronne posiadła Polska w ciągu ostatnich dwóch lat, tj. od chwili wybuchu wojny na Ukrainie?

Co się zmieniło?

Nie sposób nie odnotować tego, iż po latach opóźnień podjęto wreszcie decyzje o kupnie systemu obrony przeciwlotniczej „Patriot” oraz śmigłowców transportowych Caracal, ale tego sprzętu nie zobaczymy jeszcze przez dłuższy czas. Niezależnie jednak od kontrowersji, które towarzyszą ww. rozstrzygnięciom sam fakt, iż nie odłożono po raz kolejny decyzji jest pozytywny. Ogłoszono również decyzję o zakupie taktycznych pocisków manewrujących AGM-158 JASSM. Poważne zamówienia dla armii zawsze są decyzjami politycznymi – tak było i będzie również w przyszłości. Trudno jednak sobie wyobrazić, by Stany Zjednoczone, z racji niewielkich z ich punktu widzenia zamówień naszej armii, miały zmienić politykę zagraniczną wobec Rosji i podjąć decyzję o rozmieszczeniu w Polsce nie tylko swych magazynów, ale wręcz jednostek bojowych. Gdyby tak się miało stać warto za sprzęt przepłacać. Jeśli jednak miałoby to okazać się mrzonką to warto zadać sobie pytanie o cenę lobbingu. Najważniejszym kryterium zakupów winno jednak zawsze być – również wówczas, gdy w grę muszą wchodzić względy polityczne – to, aby kupowany sprzęt spełniał wymagania naszych sił zbrojnych – jeśli spełnia nasze wymogi to z powodów politycznych można za niego przepłacić. Jeśli nie – nie należy go kupować. Pod koniec 2013 r., jeszcze przed rosyjską inwazją na Krym, podjęto decyzję o kupnie 128 czołgów Leopard – 2 (głównie nowocześniejszej o tej pory posiadanej wersji A4, odmiany A5), co było słuszną decyzją. Polska dzięki temu zakupowi zaczyna bowiem wyrastać na jedno z państw europejskich z największym potencjałem pancernym. Co istotne Leopardy 2, obok brytyjskich Challengerów-2, amerykańskich M1-A2 Abrams, francuskich AMX-56 Leclerc to najnowocześniejsze czołgi na świecie. Nowszych konstrukcji, tj. czołgów tzw. IV generacji, poza de facto prototypowym japońskim Type-10, po prostu nie ma. W polskiej armii zachodzą zatem zmiany, ale większość z nich zakłada, iż mamy jeszcze czas. Zagrożenie wojną istotnie wydaje się być odległe, ale warto zadać sobie pytanie, czy na pewno możemy modernizację naszej armii planować w perspektywie wielu lat? Jeśli założyć, że mamy mniej czasu i że Władimir Putin koniec końców nie okaże się człowiekiem racjonalnym, a Stany Zjednoczone, w razie czego, będą dokładnie badać, czy pojedyncze incydenty zbrojne to już wojna, czy może jeszcze nie, to nie sposób zadać sobie pytania o stan sił zbrojnych w dniu dzisiejszym. Ten zaś nie jest najlepszy. W ocenie Ośrodka Analiz Strategicznych scenariusz, w którym Polska będzie zagrożona wojną, jest na razie mało prawdopodobny, ale warto go mimo to rozważyć. W poniższym tekście będzie więc mowa nie o tym, jak zbudować nowoczesną armię w perspektywie 20 lat, ale jak szybko wzmocnić tą, która jest. Punktem wyjścia dla naszych założeń jest lekcja z konfliktu na Ukrainie, która dowodzi, że Rosja może naprzemiennie uciekać się do walk prowadzonych przez oddziały specjalne oraz ofensyw z użyciem sił pancernych z dużym wsparciem siły ogniowej artylerii. Błędem jest teza, iż należy szykować się na ten lub inny scenariusz, skoro obydwa są możliwe. Będziemy więc analizować armię jako całość, nie próbując prognozować z jakiego typu konfliktem musiałaby się zmierzyć.

Koszty

27 maja Sejm RP uchwalił ustawę zwiększającą wydatki obronne z 1,95 do 2 proc. PKB. Podnieśliśmy więc budżet obronny o 0,05%, czyli o jedną dwudziestą procenta. Mimo to minister obrony Tomasz Siemoniak stwierdził, że „to jeden z najważniejszych dni w mojej kadencji jako ministra obrony narodowej, realizacja tego, o czym premier Ewa Kopacz mówiła w expose, o czym mówił prezydent Bronisław Komorowski. Jesteśmy na poziomie zalecanym przez NATO i potwierdzonym na szczycie w Newport”. Powyższy cytat nie jest przywołany po to, by atakować wicepremiera Siemoniaka, który zapewne stoczył naprawdę ciężki bój o owe dziesiętne części procenta, ale po to by uświadomić z jak w istocie niepoważnym podejściem do problemu obronności mamy do czynienia. Jeśli bowiem zwiększenie budżet obronnego o 0,05% jest czymś znaczącym to albo zagrożenie, o którym mówimy nie istnieje, albo nie reagujemy na nie w sposób dostatecznie poważny. Co więcej ledwie ok. jednej piątej budżetu sił zbrojnych przeznaczone jest na zakup nowego sprzętu, inwestycje we wspólne programy obronne w ramach NATO i UE oraz dotacje na badania naukowe. Większość środków przeznaczana jest na utrzymanie sił zbrojnych w ich obecnym kształcie (w tym również na administrację wojskową, emerytury etc.). Równocześnie trwa festiwal życzeń odnośnie sprzętu, który ma być kupowany przez polską armię. Mowa jest przy tym o sprzęcie nowoczesnym, spełniającym nieraz bardzo wyśrubowane kryteria. Istnieje tymczasem zasadnicza sprzeczność między ciągłym powtarzaniem, że na nic nie ma pieniędzy, a próbami budowy supernowoczesnej armii. Po pierwsze więc albo przestańmy snuć marzenia o nowoczesnych siłach zbrojnych, albo skokowo zwiększmy budżet, ale nie o 0,05%, ale np. o 1,05% tj. do poziomu 3%. Powyższe wymaga politycznej odwagi, ale jest możliwe – przyszłe pokolenia nie wybaczą nam jeśli Polska będzie ulegać szantażowi potencjalnego przeciwnika, gdyż będzie zbyt słaba, a równocześnie w tym samym okresie miliardy będą wyciekać np. poprzez wyłudzenia VAT. Propozycja tak znacznego podniesienia wydatków zbrojeniowych może nas narazić na zarzut braku realizmu, ale realistyczne nie jest to, na co starcza nam odwagi (szczególnie jeśli od lat odwaga w polityce jest towarem deficytowym), ale to, co jest możliwe. Równocześnie należy uszczelnić wydatki. Pierwszym krokiem może być rozliczenie marnotrawstwa, którego zupełnie bezprecedensowym przykładem jest budowa korwety Gawron, na którą wydano setki milionów złotych i w efekcie zbudowano niewiele więcej niż kadłub.

Offset

Przy zakupach sprzętu warto zrezygnować z osławionego offsetu. Jest to bowiem najdroższa metoda pozyskiwania technologii. Co gorsza doświadczenie uczy, że przy silnym lobby naszym sojusznikom udaje się zmusić nas do zaliczenia w poczet inwestycji offsetowych, środków, które i bez tego zostałby zainwestowane w Polsce. Co gorsza niejednokrotnie środki te trafią do przedsiębiorstw należących do firm, od których kupujemy uzbrojenie. Tym samym przepłacamy za sprzęt po to, by obca firma zmodernizowała swoją fabrykę w Polsce – korzyści dla naszego budżetu są więc wątpliwe. Konieczność offsetu powoduje jednak, iż cena, którą płacimy jest wyższa niż mogłaby być, gdyby nie musiano uwzględniać owego wątpliwego mechanizmu – trudniej ją też porównać z ceną płaconą przez inne państwa. Offset, jak pokazują przykłady z innych państw, nieraz służył ukryciu kosztów łapówek wręczanych przy okazji kontraktów zbrojeniowych – warto, w imię przejrzystości reguł, również iż tego powodu zrezygnować z offsetu.

Odstraszanie

Pierwszoplanowym zadaniem jest jednak określenie czego chcemy od naszej armii. Z jednej bowiem strony mowa jest o budowie potencjału obronnego – z drugiej wprowadza się w życie program „Polskie Kły”, przewidujący, iż nasz kraj byłby w stanie dokonać uderzenia odwetowego na potencjalnego przeciwnika. Jeśli jednak zamiast eufemistycznego określenia jakim jest ów „potencjalny przeciwnik” jasno określić, że mamy na myśli Rosję, to jasnym staje się, że nie jest to kraj, który przejąłby się nawet poważnymi stratami ludzkimi, gdyby podjął decyzję o ataku na nasz kraj. Pytaniem, na które należy udzielić odpowiedzi jest czy kupowane przez nas pociski JASSM, w sytuacji, w które nie są wyposażone w głowice jądrowe, mogłyby zmienić jakiekolwiek plany Kremla (szczególnie jeśli mamy owych pocisków posiadać ledwie 40). Jeśli zaś Polska miałaby wejść w posiadanie broni jądrowej, np. w ramach programu NATO Nuclear Sharing, to czy jesteśmy pewni, że nasi sojusznicy nie uniemożliwiliby nam jej użycia. Kolejnym komponentem naszego potencjału odstraszania mają być 3 nowe okręty podwodne wyposażone w pociski Tomahawk. Co ciekawe i to może częściowo odpowiedzieć na pytanie o zakres naszej autonomii, gdy minister Tomasz Siemoniak ogłosił plan wyposażenia nowych jednostek podwodnych w te pociski ambasador USA w Warszawie Stephen Mull stwierdził, że „musimy jednak zbadać kwestie techniczne”. Innymi słowy nie mamy w ogóle pewności, że Waszyngton sprzedałby nam owe pociski samosterujące. Wydanie 7,5 miliarda złotych na okręty podwodne wydaje się ekstrawagancją, gdy brakuje pieniędzy na sprawy podstawowe, tj. na tradycyjnie rozumianą obronę. Można odnieść wrażenie, że rola Marynarki Wojennej nie jest jasno określona – jeśli jej celem ma być obrona wybrzeża to rolę tą mogą pełnić nadbrzeżne dywizjony rakiet, jeśli linii zaopatrzeniowych to nie jest jasne czy w razie otwartego konfliktu byłoby czego w ogóle bronić (wątpliwe, by jakikolwiek tankowiec wypełniony gazem zechciał wpłynąć do gazoportu, gdyby ten był zagrożony atakiem) – jeśli do odstraszania to pytanie, czy jesteśmy w stanie, przy tych środkach, które posiadamy, w ogóle Rosjan odstraszyć.

Obrona

Skoro nie stać nas na wszystko, co chcielibyśmy kupić to warto zastanowić się nad optymalizacją tego, co mamy. Jedynym kryterium, które winno decydować o kupnie nowego uzbrojenia oraz modernizacji i utrzymaniu już posiadanego winien być stosunek ceny do ilości wyeliminowanej siły żywej oraz zniszczonego sprzętu przeciwnika. To, a nie jego nowoczesność czy też to w jakim stopniu dane uzbrojenie pasuje do modnej w danej chwili koncepcji winno mieć decydujące znaczenie. Armia, niezależnie od tego jak politycznie jest to niepoprawne, służy do zabijania i obojętnym jest to, czy zabija przy pomocy sprzętu bardziej czy mniej nowoczesnego, amerykańskiego czy sowieckiego (o ile mamy możliwość jego samodzielnego remontowania), byleby robiła to skutecznie i w dużych ilościach. Nasz bowiem potencjalny przeciwnik, w przeciwieństwie do Amerykanów, którzy straciwszy w Mogadiszu kilkunastu marines wycofali się z Somalii, stratami nie będzie się przejmował, chyba, że będą one na tyle duże, że uniemożliwią mu one osiągnięcie zaplanowanych celów militarnych. Muszą to być przy tym straty na tyle duże, by atak przeciwnika stracił impet, a sojusznicy zdążyli podjąć decyzję o przyjściu z odsieczą. Warto rozważyć modernizację sprzętu. Przykłady wielu czołowych armii świata dowodzą, że odpowiedni „upgrade” w sposób zasadniczy zwiększa możliwości bojowe nawet bardzo starego sprzętu – finansowo zaś modernizacja jest dużo tańsza niż kupno nowego uzbrojenia. Przykłady można byłoby mnożyć, ale dobrym jest armia izraelska, w której jeszcze pod koniec lat 90 służyły, obok nowoczesnych czołgów Merkava, również czołgi rodziny Magah , czyli zmodernizowane M-48 i M-60. Demagogią jest porównywanie naszych czołgów PT-91 (czyli głębokiej modernizacji T-72M) oraz T-72M do najnowszych czołgów zachodnich (M1-A2 TUSK, Leopard-2 A7) skoro nasz potencjalny przeciwnik po wycofaniu z linii czołgów T-80 dysponuje wyłącznie zmodernizowanymi T-72 oraz T-90 (który to z kolei czołg jest niczym innym jak jeszcze głębiej zmodernizowanym T-72). Warto rozważyć więc z jednej strony dalszą modernizację PT-91 oraz równoczesne doprowadzenie posiadanych T-72M do standardu PT-91. Zarówno PT-91, jak i T-72, z racji słabości pancerza głównego (który był inny w T-72M niż w sowieckich T-72B, na których opierają się współczesne rosyjskie „siedem dwójki” oraz T-90) nigdy nie dorówna wozom rosyjskim, ale bez modernizacji (wyposażenia naszych T-72 w pancerz reaktywny, modernizacji systemu kierowania ogniem i wymiany silnika) przeżywalność naszych czołgów na polu walki będzie znikoma. Podobnie, o ile nie znacznie gorzej, ma się rzecz z wozami piechoty BWP-1, których wartość bojowa, a już szczególnie podatność na przebicie pancerza jest dramatycznie niska. Albo więc zmodernizujmy ten sprzęt, albo przekażmy go Agencji Mienia Wojskowego na sprzedaż do państw Afryki lub Azji, których przeciwnicy, inaczej niż Rosjanie, nie dysponują dużą ilością skutecznych pocisków przeciwpancernych. Doświadczenie wojny na Ukrainie dowodzi, że siłą strony broniącej się może być artyleria – kluczowe jest jednak, by dysponowała ona dokładnymi danymi odnośnie położenia wroga. Dziedziną, która wymaga doinwestowania jest C3I (dowodzenie, kontrola, komunikacja oraz wywiad – „Command, Control, Communications and Intelligence”). Nasze technologiczne zapóźnienie w tym zakresie paradoksalnie może być atutem – Rosja dysponuje bowiem poważnym potencjałem środków walki radioelektronicznej oraz zdolnościami hakerskimi – warto, by nowoczesne, cyfrowe środki łączności były zdublowane przez środki analogowe. Kluczowe jest też stworzenie autonomicznej, narodowej kryptografii. Prace w tym zakresie zostały już podjęte, co należy skądinąd z uznaniem odnotować. Unowocześniając systemy walki warto pamiętać, że najskuteczniejszą bronią w starciu z przeważającymi siłami wroga czasem okazuje się system najprostszy. Jeden z liderów Hezbollahu, zapytany po wojnie w Libanie 2006 r. o przyczyny skuteczności Hezbollahu odpowiedział słowami „Toyota Land Cruiser”. Powyższe było oczywiście znacznym uproszczeniem, bowiem Hezbollah posiadał zaawansowane, ale zarazem stosunkowo (w porównaniu do sprzętu izraelskiego) tanie systemy przeciwpancerne, przy pomocy których zdołał zniszczyć kilkanaście najnowocześniejszych, ciężko opancerzonych czołgów Merkava. Polska posiada znaczną ilość pocisków przeciwpancernych Spike – warto rozważyć zakup jeszcze większej ilości tego typu systemów. Podobnie amerykańskie doświadczenia z Iraku i Afganistanu dowodzą, że prymitywny improwizowany ładunek wybuchowy (słynny „ajdik” czyli IED Improvised Explosive Device) jest w stanie zniszczyć lub co najmniej wyłączyć z działania czołg tej klasy, co M1A2 Abrams. Istotne jest również duże nasycenie pododdziałów systemami typu Manpad (np. produkcji krajowej: Igła) – tego typu systemy nie są skuteczne w stosunku do wysoko lecących samolotów, ale są poważnym zagrożeniem dla śmigłowców bojowych i transportowych. Im większe zagrożenie dla tych ostatnich tym trudniej operować siłom specjalnym, tj. tym, które są głównym atutem armii rosyjskiej. W zakresie lotnictwa warto rozważyć wydłużenie resursów samolotów Su-22 oraz modernizację Mig-29 (szczególnie ten drugi samolot nie wyczerpał jeszcze swoich możliwości w zakresie jego unowocześniania). Zasadnym pytaniem jest kwestia zakupu kolejnych samolotów – na F-35 najprawdopodobniej nas nie stać – warto więc może kupować to, na co nas stać, a nie marzyć o tym, na co nie możemy sobie pozwolić. Mówi się, że często generałowie gotowi są do poprzedniej wojny. W naszym wypadku ważne, aby nie okazało się, że przygotowując się do wojny, która może wybuchnąć pojutrze, nie być bezbronnym, gdyby wybuchła jutro. W ostatnim okresie pojawiła się koncepcja kupna (czy realistyczna jest tematem na inny tekst) używanych amerykańskich samolotów A-10. Podobną rolę, w ramach sił lądowych, mogą spełniać jednak śmigłowce uderzeniowe. Warto by kupnu nowych towarzyszyły jednak remonty generalne posiadanych dotąd Mi-24, których wartość bojowa jest nadal duża. Przy inwestycjach w systemy OPL warto brać pod uwagę scenariusz, w którym Rosjanie zdołaliby jednak zneutralizować nasze systemy broniące lotnisk. Sprawą zupełnie zasadniczą jest więc przywrócenie do właściwego stanu drogowcy odcinków lotniskowych (z 21 istniejących w stanie zdatnym do użytku znajduje się jeden – sic!). Brak sprawnych DOL (i dodatkowo jeszcze wysokie wymogi F-16 w stosunku do stanu nawierzchni pasa startowego) może oznaczać, iż nasze lotnictwo zostałoby szybko wyłączone z walki. Szkoda skądinąd, że przy inwestycjach drogowych realizowanych ze środków UE w ostatnich latach nie zadbano o budowę nowych DOL. Skoro już jednak o inwestycjach infrastrukturalnych mowa to ważne jest również operacyjne przygotowanie obszaru kraju do obrony, tj. stworzenie stref zapór minowych i niszczeń oraz zatopień – lub też, jako minimum, odnowienie planów w tym zakresie.

Dyslokacja

Gross naszych sił stacjonuje w zachodniej części kraju. Blisko Obwodu Kaliningradzkiego mamy bardzo skromne siły, które w razie ataku byłyby narażone na otoczenie i łatwo – przy manewrze oskrzydlającym wyprowadzonym z Białorusi, mogłyby znaleźć się w kotle. Na białoruskim i ukraińskim odcinku granicy nie mamy tymczasem w istocie żadnych poważniejszych sił. Podciągnięcie naszych wojsk, w razie konfliktu bliżej stolicy lub do centralnej i wschodniej części kraju, przy braku zabezpieczenia logistycznego oraz baz oznaczałoby, iż powtórzylibyśmy casus Ukrainy, która dopiero w obliczu rosyjskiej agresji na gwałt zaczęła budować miasteczka namiotowe dla swych jednostek. Siły stacjonujące na zachodzie kraju, szczególnie jeśli mówić o ciężkich czołgach Leopard, które z racji swej wagi – w przeciwieństwie do lżejszych PT-91 i T-72 – nie pokonają dowolnego mostu, mogłyby, w razie zaskakującego ataku, nie dotrzeć na pole walki. Istotne jest ponadto, iżby jednostki zgrupowane w pobliżu granicy z Obwodem Kaliningradzkim miały możliwość odejścia w razie ew. ataku – tym samym w ich przypadku zasadne jest rozważnie przesunięcia ich dalej od granicy, a zarazem bliżej innych jednostek, tak aby żadne siły nie prowadziły osamotnionej walki. Powyższe wiąże się z dużymi kosztami, ale cały proces wzmacniania naszej armii nie ma sensu, jeśli jednostki nie będą stacjonować tam, gdzie należy. Zaniechania w tym zakresie są tak poważne, że kto wie czy ten aspekt nie wymaga sanacji jeszcze pilniejszej niż zaplecze sprzętowe. Przy zmianie dyslokacji konieczne jest uwzględnienie możliwości napadu powietrznego, którymi dysponuje Rosja, ale też warto pamiętać, że w razie konfliktu na dużą skalę przewaga lotnictwa rosyjskiego byłaby na tyle duża, że całe terytorium byłoby w istocie zagrożone.

Handel bronią i przemysł zbrojeniowy

Środki na modernizację sił zbrojnych winny być zasilane pieniędzmi pochodzącymi ze sprzedaży broni za granicę, przy czym zadania tego nie może zrealizować Polski Holding Obronny, niezależnie od tego ile razy i na jaką zmieni nazwę, jeśli w tym od lat trapionym trudnościami przedsiębiorstwie nie wprowadzi się zdrowych zasad zarządzania. Eksport broni jest ponadto niemożliwy bez wsparcia politycznego – sprzedaż broni powinna wiec stać się jednym głównych zadań polskich placówek dyplomatycznych (a w ich ramach – konkretnie ambasadorów) w Azji, Ameryce Południowej i Afryce, tj. tam, gdzie, nie licząc nielicznych wyjątków, Polska nie ma interesów innych niż ekonomiczne. Sanacji wymaga również sposób handlu bronią przez Agencję Mienia Wojskowego. Używana broń i sprzęt nie jest bowiem sprzedawana na świecie poprzez przetargi. Zazwyczaj kupują ją firmy, które pośredniczą w handlu bronią, które nie mogą jednak złożyć wiążącej oferty w żadnym kraju jeśli nie wiedzą kiedy i za ile mogą kupić sprzęt od AMW. Agencja mogłaby również sama wejść na rynek handlu bronią, ale wymagałoby to uznania, że należy się dostosować do reguł obowiązujących w międzynarodowym handlu bronią, tj. takich, które nie zakładają, iż można cokolwiek sprzedać bez odpowiednio umocowanych pośredników. Czas na to, by AMW zajęła się zbywaniem sprzętu, a nie jego konserwacją w magazynach i przedłużaniem swego żywota jako instytucji. Ofertę AMW można byłoby ponadto wzbogacić sprzętem wycofywanym z jednostek. Polski przemysł zbrojeniowy również wymaga programu naprawczego. Nie należy z jednej strony stawiać przed nim zadań niemożliwych do wykonania – nie jesteśmy w stanie produkować nowoczesnych czołgów, skoro nawet produkcja silników do zmodernizowanych czołgów o technologii sprzed 30 lat była niemal ponad nasze siły. Badania naukowe muszą być dostosowane do realiów – wydawanie ułamka tego, co wydaje się w innych państwach skutkuje budową makiet, a nie prototypów (a od tych do produkcji seryjnej też jeszcze droga daleka). Środki te mogłyby zostać wydane mądrzej. Równocześnie istnieją w naszym przemyśle zbrojeniowym zakłady produkujące nowoczesny sprzęt – te jednak nieraz spotykają się z sytuacją, w której ich produkty poddawane są procedurom kontrolnym dalece bardziej wymagającym niż te, którym poddawane są produkty pochodzące z zagranicy. Podstawowym jednak problemem jest to, iż od ponad 20 już lat toczy się ze zmiennym szczęściem walka pomiędzy dwoma koncepcjami – w pierwszej to armia ma się dostosować do przemysłu, w drugiej – przemysł do armii. Wojna na Ukrainie powinna rozstrzygnąć ten spór.

Polityka zagraniczna

Sprawa bezpieczeństwa państwa wymaga również odważnych decyzji w zakresie polityki zagranicznej. Po pierwsze jeśli Rosja zdecydowałaby się na uderzenie na nasz kraj, to atak zostałby wyprowadzony z całą pewnością nie tylko z Obwodu Kaliningradzkiego, ale i z terytorium Białorusi, która w takiej sytuacji zostałby zmuszona do udziału w wojnie. Czas więc na poważnie zadać sobie spytanie czy uparte prowadzenie nieskutecznej polityki ws. stosunku do Mińska jest wyrazem konsekwencji, czy raczej głupoty. Od ponad 3 lat wiemy o tym, iż Rosja planuje rozmieszczenie na Białorusi pułku myśliwców rodziny Su-27. Przez cały ten okres Polska nie podjęła żadnej próby dialogu z Mińskiem, by tak się nie stało. Białorusi zapewne nie da się przeciągnąć na stronę Zachodu, ale jeśli za cenę naszej neutralności wobec reżimu w Mińsku zdołalibyśmy uzyskać neutralność Białorusi to byłaby to gra, którą warto podjąć. Kto wie, czy takie rozwiązanie nie odsunęłoby też w ogóle ryzyka konfrontacji z Rosją, która jakkolwiek agresywna to na tym etapie jeszcze chyba ogranicza swoje rzeczywiste apetyty do obszaru WNP. Również relacje z Litwą w kontekście wojny na Ukrainie nabrały znaczenia dla bezpieczeństwa państwa. Czas przeciąć węzeł gordyjski, który skutecznie blokuje relacje Warszawy z Wilnem. Warto pamiętać przy tym, iż węzeł ten zawiązano w Moskwie i tylko Moskwie on służy. Niewątpliwie scenariusz wojny, a o takim – niezależnie od tego, iż jego prawdopodobieństwo oceniamy na tym etapie, jako niskie – wymagałby od Rosji wcześniejszego opanowania Ukrainy. Tym istotniejsze jest więc nieodpuszczenie do przegranej Ukrainy w wojnie, lub tez do upadku władz w Kijowie w wyniku np. wybuchu społecznego powodowanego kryzysem gospodarczym. W rozmowach z USA należy aktywnie podnosić kwestie sprzętu wojskowego. Pomoc wojskowa, a nie wizy winny stać się tym, w sprawie czego jeździmy do Waszyngtonu (byleby nie żądać jak jeden b. minister sprzętu, którego nigdy nie dostaniemy). Łatwiej będzie uzyskać uzbrojenie, jeśli domagać będziemy się przekazywania sprzętu używanego, czy też pochodzącego z nadwyżek, przy czym nie może być to sprzęt taki, jaki Amerykanie podarowali nam, przekazując wymagające kosztownych remontów okręty wojenne. W celu uzyskanie uzbrojenia z USA (oraz oczywiście dyslokacji sił USA w Polsce) należy sięgnąć po inne niż do tej pory metody – z jednej strony wynajmując profesjonalnych płatnych lobbystów (będzie to kosztować miliony, ale może się opłacić), z drugiej – organizując politycznie amerykańska Polonię, która już raz – przy okazji wejścia do NATO – zdała egzamin z aktywności na rzecz starej Ojczyzny. Czas byśmy i my zdali ten egzamin.

Źródło: Ośrodek Analiz Strategicznych