Marszałkowski: Rosja maskuje przygotowania do ofensywy

23 listopada 2021, 07:35 Bezpieczeństwo
putin rosja

Putin śmielej wznieca napięcie w Europie, aby przykryć rzeczywisty cel, który przyświeca mu od lat – resuscytacja Związku Sowieckiego w nowym wydaniu. W obliczu problemów wewnętrznych, spadających sondaży i zaufania społecznego, Kremlowi potrzebny jest sukces. Białoruś już wpadła w pułapkę, teraz czas na Ukrainę – pisze Mariusz Marszałkowski, redaktor BiznesAlert.pl.

Tematy „zastępcze” w arsenale Putina

Ukraina od miesięcy zmaga się z bezprecedensową presją ze strony Rosji. Z jednej strony poprzez gromadzenie wojska, Rosja naciska na Ukrainę w sensie militarnym, z drugiej doszło do stosowania silnej presji o naturze gospodarczej. Dariusz Materniak poruszył w swoim tekście aspekt militarny nacisków na Ukrainę. Mają one osiągnąć wiele celów jednocześnie, zarówno na płaszczyźnie relacji dwustronnych pomiędzy Rosją a Ukrainą, jak i bilateralnych, np. w relacjach z USA ale także wielostronnych, m.in. na płaszczyźnie czwórki normandzkiej.

Obecne napięcia w Europie, zarówno związane z falą migracji jak i kryzysem energetycznym, czy tym o charakterze militarnym, trzeba analizować w szerszej perspektywie. Nie są to niezależne od siebie działania, a skoordynowana operacja, której przyświeca jeden główny cel. Rosja od dłuższego czasu próbuje stworzyć podwaliny pod zmianę władz w Kijowie na takie, które będą realizować politykę zgodną z Kremlem. Dotychczas nie udawało się to na żadnej płaszczyźnie, ani w ramach demokratycznej zmiany w wyborach, dzięki obietnicom m. in. obniżki ceny gazu, nie udało się to też poprzez samą presję militarną. Teraz widzimy skorelowane ze sobą działania, mające na celu zmienić rząd w Kijowie bądź, w wariancie minimum, główne akcenty polityki wewnętrznej i zewnętrznej obecnych władz ukraińskich.

Obecnie wachlarz działań Moskwy jest najpotężniejszy od 2014 roku. Poza stałymi już naciskami militarnymi teraz pojawia się aspekt zarówno energetyczny jak i humanitarny.

Kryzys migracyjny, który dotyka Polski i państw bałtyckich wbrew pozorom nie jest głównym dziełem Łukaszenki i wbrew pozorom to nie Polska i Bałtowie są jego głównym celem. Obserwując działania Rosji z lat ubiegłych, oraz kryzys uchodźczy z lat 2015-2016 można z dużą dozą prawdopodobieństwa uznać, że celem nadrzędnym Rosji jest otwarcie „drugiego frontu”, który odciągnąłby uwagę Zachodu od kryzysu ukraińskiego. Rosja ma świadomość, że Zachód pogrążony w kryzysie migracyjnym, kiedy wszystkie media i politycy skupialiby się na przekazach związanych z falą uchodźców podobną do tej z 2015 roku, byłby znacznie mniej responsywny na ewentualny konflikt zbrojny zainicjowany przez Rosję. Tak było m. in. w 2015 roku, kiedy Rosja przygotowywała się do zbrojnego wejścia do Syrii. Zachód zajęty radzeniem sobie z tysiącami migrantów nie zauważył rosnącej rosyjskiej obecności militarnej w tym kraju.

Rosja podsycając negatywne nastroje związane czy to z falą migrantów, czy to z kwestią pandemicznych restrykcji próbuje zdestabilizować sytuację w całej Europie. Władze państw, w których społeczeństwa są spolaryzowane i zajęte tematami bezpośrednio ich dotykającymi mogą mieć mniejszą determinację do śledzenia i angażowania się w problemy, które dotykają, bądź mogą dotknąć Ukrainy.

Energetyka jako klucz do niezadowolenia

Jednak kryzys migracyjny i covidowy to nie jedyne narzędzia, które wykorzystują Rosjanie w walce z Ukrainą. Potężny wpływ ma również broń energetyczna. Obserwując działania Rosjan, ich polityka względem dostaw gazu do Europy może mieć inny cel niż nam się wydaje dostrzegać. W powszechnym rozumowaniu, zmniejszenie przesyłu gazu przez terytorium Ukrainy i Polski ma na celu przymuszenie Europy do szybkiego uruchomienia Nord Stream 2, którego póki co, blokują unijne regulacje w postaci dyrektywy gazowej. To oczywiście może mieć znaczenie, jednak obserwując politykę zagraniczną Rosji w ujęciu strategicznym, to działanie wydaje się mieć inny cel główny. Tym celem jest spowodowanie protestów i wybuchu antyrządowego „Majdanu” na Ukrainie. Ten antyrządowy Majdan może być następnie wykorzystany jako casus belli i legitymizacja wejścia rosyjskich wojsk na Ukrainę.

Schemat przedstawiony w ten sposób wygląda następująco. Od kilku miesięcy Rosjanie nie przesyłają zakładanych wolumenów przez terytorium Ukrainy na zachód Europy. Dodatkowo, nie uzupełniają swoich magazynów gazu zlokalizowanych m.in. w Niemczech, Austrii i Holandii. To działanie powoduje, że cena gazu na europejskim rynku konsekwentnie od kilku miesięcy rośnie, osiągając historyczne rekordy. To oczywiście uderza we wszystkich uczestników gazowego rynku, jednak Ukraina może być jednym z bardziej poszkodowanych państw. Pomimo relatywnie dużego wydobycia własnego, sięgającego około 17 mld m sześć rocznie, Ukraina musi importować rocznie około 10 mld m sześć gazu. Od 2015 roku Ukraina nie realizuje zakupów gazu bezpośrednio od Gazpromu, a kupuje gaz na zachodzie w oparciu o ceny na giełdzie niemieckiej. Obecnie wysokie ceny uderzają zatem głównie w ukraiński Naftogaz, który w przeciwieństwie do innych gazowych podmiotów w Europie, nie opiera swoich umów na długoletnich kontraktach.

W konsekwencji, to właśnie ta spółka jest dziś jedną z tych, które są najbardziej narażone na wysokie ceny gazu. Co więcej ze względu na wymogi międzynarodowych instytucji finansowych, m.in. Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy Banku Światowego oczekujących liberalizacji kolejnych gałęzi ukraińskich gospodarki, również w aspekcie energetyki, ceny te mogą odbić się na ukraińskim społeczeństwie. Kolejnym aspektem, który wykorzystują Rosjanie jest węgiel energetyczny. Większość kopalni węgla energetycznego na Ukrainie pozostała na terenie okupowanego przez siły prorosyjskie Donbasu. W rezultacie duża część ukraińskich elektrociepłowni opalanych węglem musi opierać się na dostawach węgla z importu.

Naturalnym dotychczas kierunkiem importu była Rosja. Pod koniec października Moskwa zdecydowała nałożyć embargo na dostawy węgla energetycznego na Ukrainę. Węgiel sprowadzany z Rosji był paliwem w kilku ukraińskich elektrowniach, głównie tych, zlokalizowanych na wschodzie kraju. Z powodu braku odpowiedniej ilości paliwa do zapewnienia stałej pracy elektrowni, ukraiński koncern Ukrenergo donosi, że na jego składach znajduje się 2,5 raza mniej opału niż jest to wymagane do zapewnienia funkcjonowania wszystkich 23 bloków energetycznych będących w jego posiadaniu. Obecnie, zgodnie z danymi z 21 listopada, jedynie 3 bloki elektrociepłowni pracują. Pozostałe 20 stoi ze względu na brak węgla. Sytuację ratują dodatkowo uruchomione bloki jądrowe i prywatne ciepłownie należące do Renata Achmetowa, jednak sprawy mogą przyjąć tragiczny obrót kiedy nadejdą mrozy.

Sytuacja Centenergo jest tym bardziej trudna, że koncern zamówił 700 tys. ton węgla z Kazachstanu. Ten jednak nie dotrze na Ukrainę z powodu… blokady transportów przez Rosję. Rosja wstrzymała połączenia towarowe z węglem na Ukrainę tłumacząc to dużym obciążeniem sieci kolejowych po swojej stronie. To powoduje, że transporty węgla przeznaczonego dla Ukrainy nie mogą opuścić Kazachstanu. To duży cios dla Kijowa, ponieważ kazachski węgiel ma nie tylko najniższą cenę, ale jest też jednym z najodpowiedniejszych jakościowo do spalania w kotłach ukraińskich elektrowni. Z tego względu Ukraińcy zdecydowali się na dodatkowe zakupy surowca z Polski, USA oraz Kolumbii. Ponadto, Ukraińcy byli zmuszeni do zakupów energii elektrycznej pochodzącej z Białorusi. Biorąc pod uwagę realia polityczne i fakt, że Ukraina dołączyła do zachodnich sankcji przeciwko swojemu północnemu sąsiadowi, obecna sytuacja energetyczna nad Dnieprem jest szczególnie groźna.

Rosjanie uderzają w Ukrainę nie tylko redukując, czy wręcz wstrzymując dostawy węgla, ale również wprowadzając embarga, np. na paliwa czy energię elektryczną. Z tego względu Ukraina musi ograniczać sprzedaż niektórych rodzajów paliw na stacjach benzynowych.

Jak zareaguje Zachód?

Te wszystkie kroki, powiązane z działaniem na innych odcinkach oraz ofensywami medialnymi i informacyjnymi, powodować mają wzrost niezadowolenia i frustracji wśród ukraińskiego społeczeństwa. Winę za zły stan przygotowania państwa do sytuacji kryzysowej mają ponosić politycy oraz prezydent Wołodymyr Zełeński we własnej osobie. Rosjanie liczą, że gniew społeczny będzie na tyle duży, że Ukraińcy sami zdecydują się obalić obecną władzę. Wtedy Rosjanie, pod pretekstem ochrony swojej mniejszości mogą zechcieć wkroczyć na Ukrainę zbrojnie, tak jak uczynili to w 2014 roku. Przed samym wkroczeniem Rosja może posłużyć się prowokacjami i działaniami dywersyjnymi, które miałyby na celu dać podstawy do ofensywy.

Kreml poprzez podnoszenie napięcia bada również reakcję Zachodu, głównie Stanów Zjednoczonych. Póki co, zważywszy, że podobne zaognienie sytuacji o charakterze militarnym miało również miejsce na wiosnę bieżącego roku, Zachód nie zachowuje się właściwie. Putin wykorzystuje słabość liderów zachodnich do podbijania stawki. Powstrzymać Rosję może tylko silna i zdecydowana reakcja USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Francji. Czy liderów tych państw na to stać? Tego nie wiadomo.

Gazprom daje Mołdawii 48 godzin na zapłatę za gaz, inaczej wstrzyma dostawy