font_preload
PL / EN
Energia elektryczna Środowisko 10 lipca, 2018 godz. 7:31   
REDAKCJA

Bolesta: Od czystego transportu korona z głowy nie spadnie (ROZMOWA)

spaliny Fot. Wikimedia Commons

Strefy czystego transportu to ważny element walki o czyste powietrze w miastach. Nie można jednak zapominać w trakcie prac o tym, że transport publiczny jest doskonałym narzędziem do tego by zapewnić alternatywę dla starych i zużytych aut, które mogą wlać się na Polskie drogi tuż po tym jak kolejne miasta krajów UE zakażą wjazdu nie tylko do ścisłego centrum autom kilkunastoletnim. O możliwości zmian i potrzebnych regulacjach opowiedział nam Krzysztof Bolesta, ekonomista i Dyrektor ds. badań w centrum analitycznym Polityka Insight, wiceprezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych.
BiznesAlert.pl: Co polskie władze powinny dziś zrobić żeby zahamować napływ starych samochodów do naszego kraju?

Krzysztof Bolesta: Powinny „odkurzyć” ustawę, o stawkach akcyzy, która zaginęła bez słuchu w jakichś przepastnych szufladach. To jest pierwsza i najłatwiejsza rzecz, bo nie trzeba przy tej okazji o nic pytać Komisji Europejskiej. Nie ma tu mowy o dyskryminacji. Wszystkich obowiązywałyby te same zasady.

Przypomnijmy, że chodzi o przepisy, które uzależniały wysokość akcyzy od dwóch czynników: roku produkcji auta i pojemności jego silnika, a dodatkowo uwzględniały czynnik środowiskowy. Ministerstwo Finansów zaprezentowało nowe regulacje pod koniec 2016 roku.

Dokładnie o te przepisy chodzi. Już to zniechęcało by do zakupu starych, paliwożernych zdezelowanych pojazdów. Ja jestem dodatkowo rozczarowany tym jaką formę ostatecznie osiągnięto w pracach na strefami czystego transportu. Było to poprawiane kilka razy, ostateczny kształt miała nadać nowelizacja ustawy o biopaliwach i biokomponentach, ale ten ostateczny kształt naprawdę mnie rozczarowuje.

Debaty i kontrowersje dotyczące Funduszu Niskoemisyjnego Transportu nie pomagały. Dodatkowo połączenie opłaty emisyjnej z cenami paliw – temat promowany w mediach – nie pomogły w zrozumieniu mechanizmów mających wesprzeć walkę o czyste powietrze.

Tak niestety się stało. Ostatecznie brak opłat i narzędzi, z których mogą korzystać samorządy powoduje, że pojawienie się pierwszych stref odsunie się w czasie. Nowelizacja miała pomóc, jednak tak się nie stało. Dodatkowo pomysł związany z wprowadzaniem opłat w wyznaczonych godzinach (9:00 – 17:00, przyp. red.) ogranicza całkowicie możliwość sensownego wprowadzania stref. Wygląda to jakby komuś wyjątkowo zależało na tym, żeby one nie powstały.

Pojawił się także pomysł ograniczenia ruchu pojazdów spalinowych w centrach miast, czyli wprowadzenia opłat dla pojazdów nastoletnich. On też prawdopodobnie nie spotka się ze zrozumieniem. Samo pobieranie opłat może być kłopotliwe.

Niepopularnym i kontrowersyjnym pomysłem jest całkowite zakazywanie poruszania się po pewnych obszarach samochodami niespełniającymi norm emisji euro 3 lub 4. Ale takie właśnie działanie może szybko przynieść efekty. Można przecież sprawdzić ile jest w Polsce takich samochodów, ile osób regulacje dotkną, w jakich rejonach. Ja jestem dodatkowo zwolennikiem zaostrzenia kontroli technicznych pojazdów. W Polsce ciągle można się prześlizgnąć przez kontrolę techniczną samochodem, któremu może koła nie odpadną, ale jego rura wydechowa solidnie zanieczyszcza. Wciąż niewiele osób przejmuje się spalinami. Zastanawiam się, czy nie byłoby rozsądne, aby część kontroli technicznych, szczególnie pojazdów cięższych, komunikacji publicznej nie było robionych przez państwo a nie przez prywatne firmy. To ograniczyłoby pokusę, żeby mieć jak najwięcej zadowolonych klientów.

Dodatkowym wyzwaniem w walce o czyste powietrze i przeciwdziałaniu zalewowi starych diesli jest niewielka ilość połączeń komunikacji publicznej w wielu miejscach w Polsce.

Nie można się obrażać na rzeczywistość, która jest taka, że coraz mniej jeździmy transportem publicznym. Pojawił się transport współdzielony, e-commerce nie wypycha nas tak często po zakupy. Nawet pracować można coraz częściej zdalnie. W efekcie gminy likwidują coraz mniej rentowne połączenia. No i najważniejszy element układanki, czyli to, że za kilkaset czy tysiąc złotych każdy w Polsce może kupić rzęcha, którym dojedzie pod sam sklep czy szkołę, a kto by się przejmował że truje. Chodzi zatem o wyważenie interesów. Po jednej stronie jest myślenie „zdrowiej i czyściej”, a po drugiej „każdy jeździ czym chce i nikogo nie interesuje czy truje czy nie truje”. Linie dotowane nie powinny wozić powietrza, ale powstaje pytanie jak zachęcić władze do inwestowania w nowoczesny tabor na nierentownych liniach i przyciągnąć mieszkańców? To jest też kwestia pilotażowych projektów i pobudzania lokalnych działań, łączenie różnych form transportu, także współdzielonego.

Są miasta, w których ceny biletów są na tyle niskie, że stanowią wyraźną konkurencję dla zakupu, utrzymania i tankowania indywidualnych pojazdów.

Są. Moim ulubionym przykładem innowacji w polityce transportowej jest Jaworzno. Od 4 czerwca roczny bilet komunikacji miejskiej kosztuje ni mniej ni więcej tylko 180 złotych, czyli około tyle ile jeden bak paliwa. Można? Można. Musimy się tylko jeszcze wyzwolić z myślenia, że jak jedziemy swoim autem to znaczy, że się nam dobrze powodzi. To naprawdę nie jest obciach jechać autobusem, czy tramwajem. Rowerem też nie. Sam jeżdżę, jak trzeba nawet w garniturze. Korony udało się jeszcze nie zgubić.

Rozmawiała Agata Rzędowska