Cabak: Azja wyznaczy trendy transformacji energetycznej (ANALIZA)

29 listopada 2019, 07:30 Energetyka
energa_farma_fotowoltaiczna_w_gdansku_7_
Farma słoneczna. Fot. Energa

Kto wyznaczy trendy transformacji energetycznej? Azja – przekonuje Mateusz Cabak, współpracownik BiznesAlert.pl.

Polska transformacja energetyczna

Premier Morawiecki w listopadowym expose wskazał główne kierunki gospodarczego rozwoju Polski na następne 4 lata. Rząd stawia na energetykę jądrową oraz odnawialne źródła energii, w tym energetykę prosumencką, wiatrową, morskie farmy wiatrowe czy fotowoltaikę. Zapowiada też powołanie pełnomocnika ds. energetyki odnawialnej.

Może to być sygnał, że Polska porzuciła ostatecznie obronę węgla, który nie cieszy się w krajach Unii Europejskiej popularnością i ostro skręca w stronę dekarbonizacji. Oczywiście ten proces wymaga czasu i nakładów finansowych. Produkcja energii elektrycznej z węgla systematycznie spada, ale to cały czas główny polski surowiec, którego udział w krajowym miksie energetycznym wynosi ponad 70 procent. Z kolei produkcja energii elektrycznej z OZE stale wzrasta. Tylko we wrześniu br. jej potencjał wyniósł blisko 2 TWh, co stanowi ok. 15-procentowy udział w bilansie energetycznym za ten okres i dalej będzie rosła, biorąc pod uwagę że dzięki przyszłym inwestycjom w farmy wiatrowe na Bałtyku chcemy wytwarzać w ten sposób maksymalnie 5 GW energii do 2030 r. Z drugiej strony, zgodnie z szacunkami, krajowe zapotrzebowanie na energię elektryczną do 2030 r. wzrośnie o jedną trzecią (vs. 2010 r.), tak więc Polska będzie musiała zagospodarować w zrównoważony sposób nowe bloki energetyczne, czego dowodem jest m.in. brak decyzji o rozbudowie elektrowni w Ostrołęce. Największą niewiadomą przyszłego miksu pozostaje energetyka jądrowa. Wszak do tej pory rząd nie wybrał głównego wykonawcy elektrowni ani nie upublicznił modelu jej finansowania a realizacja takiego przedsięwzięcia, nawet w opcji SMR (tzw. small modular reactor), zajmuje 10 lat. Czarne chmury zbierają się również nad gazem, który wylansowano na główne źródło dywersyfikacji polskiego sektora energii. Niestety nie jest ani na razie nie będzie to gaz łupkowy z Niżu Polskiego, ale surowiec pochodzący z Morza Północnego i Norweskiego oraz LNG. Wg szacunków zapotrzebowanie na błękitne paliwo wzrośnie na przestrzeni najbliższych kilku lat aż o 10 mld m sześc./rok (obecnie Polska konsumuje ok. 17 mld m sześc. gazu ziemnego rocznie). Mimo niskoemisyjności gaz jest jednak mieszaniną węglowodorów pozostawiającą pewien ślad. Odnotował to Europejski Bank Inwestycyjny, który przyjął niedawno nowe kryteria dotyczące wspierania inwestycji energetycznych. Zarząd banku zdecydował o rezygnacji z zaangażowania po 2021 r. w inwestycje związane z paliwami kopalnymi, a więc i gazem. Od teraz priorytetowe będą inwestycje w OZE oraz efektywność energetyczną.

Ten trend idzie w parze z nową koncepcją Komisji Europejskiej, w myśl której EBI będzie wspierał realizację polityki Europejskiego Zielonego Ładu.  Na szczęście nowoprzyjęte kryteria uwzględniają konieczność finansowania tzw. sprawiedliwej transformacji państw i regionów węglowych. Dzięki środkom zabudżetowanym w ramach nowej perspektywy finansowej (po 2021 r.) EBI przyjął m.in. możliwość finansowania do 75 procent kosztów inwestycji w ramach funduszu sprawiedliwej transformacji a wśród beneficjentów są państwa, które korzystają z obecnego funduszu modernizacyjnego (utworzonego w ramach dyrektywy ETS), a więc potencjalnie i Polska. Pytanie z jakiej opcji skorzysta nasz rząd, bo na horyzoncie pojawił się równolegle pomysł stworzenia krajowego funduszu celowego, który kumulowałby środki pochodzące ze sprzedaży emisji CO2. Je z kolei można by bez większych przeszkód przeznaczyć na sfinansowanie krajowych inwestycji węglowych czy nawet jądrowych, które
dla Unii są passe.

Europa na ślepym torze 

Znakiem czasu jest, że UE – spadkobierczyni gospodarczych idei Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali odchodzi od obu. Pytanie, na które wkrótce otrzymamy odpowiedź, to z jakich pobudek Unia rzeczywiście pretenduje do miana lidera ochrony klimatu. Czy naprawdę chodzi jedynie o kwestie klimatyczne czy raczej o rozwój nowych technologii bazujących na alternatywnych źródłach energii i spieniężenie ich potencjału? Wreszcie dla kilku znaczących gospodarek UE 28 (Francja, Włochy czy Hiszpania) problem śladu węglowego w ogóle nie istnieje, gdyż udział tego surowca w ich bilansach energetycznych wynosi zaledwie klika procent. Z kolei fiasko Energiewende w Niemczech pokazuje, że najskuteczniejszym sposobem na zrównoważony rozwój jest skuteczna dywersyfikacja źródeł energii w oparciu zarówno o te konwencjonalne, jak i alternatywne. Wspólnota stoi dziś na energetycznym rozdrożu głównie za sprawą właśnie Niemiec, które cały czas wykazują brak konsekwencji w realizacji polityki energetyczno-klimatycznej. Aktualnym tego przykładem jest rozbieżność zdań pomiędzy Komisją Europejską a rządem RFN w kwestii wspomnianej już przeze mnie decyzji EBI zamrażającej po 2021 r. finansowanie m.in. projektów gazowych. Lansowanie się UE jako lidera polityki proklimatycznej jest z wielu powodów błędem. Oczywistym jest że Unia w pojedynkę nie ochroni środowiska na całym świecie. Wg danych Our World in Data UE 28 była odpowiedzialna za niecałe 10% emisji CO2 w 2017 r. W tym okresie udział Chin wyniósł 27%, USA 15%, Indii ok. 7% a Rosji prawie 5%. Członkowie Wspólnoty, specjalnie ze sobą nie konkurując, mogą pod jednym szyldem UE z korzyścią transferować zielone technologie w świat, tak jak robili to np. XX wieku z rozwiązaniami wykorzystującymi paliwa kopalne.

To Azja wyznaczy kierunek 

A konkretnie Chiny i Indie, które już dziś plasują się odpowiednio na 2. i 5. pozycji jeśli chodzi o nominalne PKB. Wg statystyk chińskie PKB stanowi w 2019 r. 16,4 procent globalnego produktu brutto a indyjskie 3,4 procent. Z jednej strony, jak podają szacunki Międzynarodowego Funduszu Walutowego, PKB USA jest nadal wyższe od chińskiego o ponad 7 bln USD. Z drugiej, jak podaje to samo źródło, chińska gospodarka rozwija się w tym roku w tempie 6,15 procent a indyjska 6,1 procent podczas gdy amerykańska o 2,35 procent, japońska 0,9% a niemiecka zaledwie 0,55 procent.

Ta dynamika pozwoli Chinom zmniejszyć dystans do Stanów o ponad 2 bln USD na przestrzeni najbliższych pięciu lat. W tym samym czasie Indie zwiększą swoją przewagę nad 6. w rankingu Wielką Brytanią o blisko 1,5 bln USD i zrównają się praktycznie z Niemcami, których gospodarka przewyższa dziś indyjską o ok. 0,9 bln USD. By utrzymać dotychczasowe tempo wzrostu zarówno w Chinach, jak i Indiach zapotrzebowanie na energię powinno rosnąć. Obecnie obie gospodarki są uzależnione od węgla. Chiny pozyskują z niego blisko 60 procent swojej energii elektrycznej (w 2012 r. było to blisko 70 procent) a Indie ok. 70 procent. Oba kraje są też sygnatariuszami Porozumienia Paryskiego, zgodnie z którym zobowiązały się do redukcji w wykorzystaniu tego surowca odpowiednio o 40 procent i do 35 procent do 2030 (vs. zużycie w 2005 ). By zrealizować tak ambitne plany kluczowy jest kierunek w jakim pójdą budując przyszłe bloki energetyczne.

Co prawda Chiny i Indie mają potencjał i robią wiele w zakresie OZE (w przypadku Chin ceny energii pozyskiwanej z OZE już zrównały się z węglowymi). Zdaniem instytutu Rocky Mountain Chiny są w stanie zredukować do zera ślad węglowy w 2050 roku i utrzymać jednocześnie dotychczasowe tempo wzrostu gospodarczego. Rozwiązaniem jest m.in. dwukrotne zwiększenie inwestycji w elektrownie słoneczne i nawet czterokrotne w wiatrowe. Ale jak wskazują statystyki na przestrzeni ostatniego 1,5 roku Państwo Środka jako jedyne zwiększyło i to o ponad 40 GW moc energetyczną pozyskiwaną z węgla a w tej chwili realizuje inwestycje w elektrownie węglowe o łącznym potencjale blisko 150 GW. Potwierdza to najnowszy raport organizacji Carbon Brief, który prognozuje co prawda 3-procentowy (w liczbach bezwzględnych to rekordowe 300 TWh) spadek udziału węgla w produkcji prądu na świecie w tym roku. Jednak za taki scenariusz odpowiada przede UE, gdzie w pierwszej połowie br. spadek produkcji energii z węgla wyniósł aż 19 procent. Rekord ustanowiła Irlandia, która zanotowała spadek r/r o blisko 80 procent. W Niemczech wyniósł on nieco ponad 20 procent a w Polsce 6 procent. Dodatkowe spadki dorzuci USA, gdzie mimo porzucenia zobowiązań Porozumienia Paryskiego, produkcja energii elektrycznej z węgla ma spaść w 2019 o ok. 14 procent. Z przedstawionego obrazu jasno wynika że za kolejne 10 lat to nie UE czy nawet Stany będą decydowały o klimatycznym losie naszej planety. Zrobi to polityka współczesnych tygrysów Azji, które na własnej skórze coraz bardziej odczuwają wpływ rozwoju gospodarczego na środowisko naturalne.