font_preload
PL / EN
Atom Energetyka Energia elektryczna OZE 23 maja, 2018 godz. 16:45   
REDAKCJA

Lipka: Energetyka jądrowa kontra poprawność polityczna

atom energetyka jądrowa

Nietrudno zauważyć, że polska energetyka różni się dość zasadniczo od energetyki w większości krajów europejskich, a wręcz od energetyki wszystkich krajów wyżej rozwiniętych na świecie. Czy proces który tak a nie inaczej ją ukształtował, był jednak procesem naturalnego rozwoju? Twierdzę zdecydowanie że nie, i że jej dzisiejszy kształt jest efektem gry poszczególnych grup interesu – pisze mgr inż. Jerzy Lipka – przewodniczący Obywatelskiego Ruchu na Rzecz Energetyki Jądrowej.

Mam na myśli zarówno te z czasów Edwarda Gierka albo i wcześniejszych, a skończywszy na współczesnych. Tym silnym i dobrze zorganizowanym grupom interesu poszczególne polskie rządy nigdy nie miały niestety odwagi przeciwstawić się! Nie mieliśmy polityków w rodzaju Margaret Thatcher, lub też może nie doszli oni do władzy w naszym kraju.

Racjonalne decyzje zastąpione zostały ,,energetyczną poprawnością” i dogmatem

Oczywiście grupy interesu i rozmaite lobby istniały i są obecne dalej również we wszystkich innych krajach świata. Zwłaszcza w sektorze wytwarzania energii, gdzie w grę wchodzą ogromne pieniądze.

Ich działania są zwykle obroną stanu posiadania jeśli chodzi o rynek dla danej branży. Na zachodzie Europy, także w Kanadzie czy USA branże węglowa i naftowa zaciekle zwalczały wchodzącą na rynek najpierw stopniowo, a od kryzysu naftowego lat 70 tych już zdecydowanie energetykę jądrową. Zarówno w Ameryce jak i Europie aktywne działania organizacji antynuklearnych wspierały zarówno pieniądze radzieckie, jak i wykładane na ten cel przez branże konkurujące z atomem i broniące swej dotychczasowej pozycji na rynku.

Tak więc budowie kolejnych elektrowni jądrowych towarzyszyły zorganizowane protesty, czasem na dużą skalę i przybierające gwałtowne formy. Wśród protestujących byli też idealiści, szczerze przekonani do tego, że energia atomowa jest istotnie zagrożeniem. Wśród nich był również Patryk Moore, jeden z założycieli Greenpeace, który później przejrzał na oczy dostrzegając ślepą uliczkę całego ruchu Zielonych na zachodzie. Ślepą uliczkę polegającą na tym, że Zieloni rzekomo walcząc – jak sami głosili – o czyste środowisko naturalne i zaprzestanie dewastacji Matki Ziemi przez człowieka, jednocześnie zwalczali w miarę czyste ekologiczne i niezwykle wydajne źródło energii jakim jest elektrownia jądrowa.

Nie tylko Patryk Moore, wielu innych aktywistów Zielonych podobnie jak on widzieli te sprzeczności i całkowite oderwanie głoszonego programu od praktyki działania. Zrewidowanie swoich utrwalonych poglądów przyszło im z wielkim trudem, ukazuje to dobitnie film „Obietnica Pandory”. Lecz pod wpływem faktów tylko krowa nie zmienia zdania. No i oczywiście ci wszyscy, którzy działali za pieniądze i którym obojętne jest komu służą. Aby dobrze płacił.

To, że elektrownie jądrowe jednak na zachodzie powstały, było możliwe tylko dzięki bardzo dużemu stopniu determinacji ówczesnych rządów, które potrafiły się oprzeć naciskom i podejmować w miarę racjonalne decyzje, niekoniecznie w interesie potężnych lobby reprezentujących paliwa kopalne. Efektem tych decyzji to właśnie w miarę zróżnicowana energetyka w krajach rozwiniętych zwłaszcza większych i średnich, ale też szeregu mniejszych jak Belgia czy Szwajcaria. Ich sektory energetyczne dziś na tym korzystają, ponieważ energetyka jądrowa dostarcza prąd po w miarę niskich kosztach i bez emisji.

Inna sprawa, że rządzący na zachodzie politycy w przeciwieństwie do swoich poprzedników choćby z lat 70 tych i 80 tych, z czasem zachowywali się coraz mniej racjonalnie. Życie polityczne w coraz większym stopniu toczył rak „politycznej poprawności”, słynne „political correctness” z którym miałem możliwość zetknąć się na kursie audytorów energetycznych w Szwecji, organizowanym przez KAPE (Krajowa Agencja Poszanowania Energii) we współpracy ze szwedzką firmą AF w roku 1996.

Kiedy do władzy doszło pokolenie kontestatorów i ćpunów, swoją młodość przeżywających w latach 60 tych, i którzy swoją tożsamość budowali na zaprzeczeniu wszelkim wartościom wyznawanym przez starsze pokolenia, wtedy skończyło się racjonalne rządzenie. Także w kontekście energetycznym. A przecież energetyka jest dziedziną wymagającą długofalowego mądrego planowania. Tu nic nie da się zmienić z dnia na dzień ani naprawić błędów, które kosztują bardzo drogo.

W energetyce odpowiednikiem politycznej poprawności stała się doktryna, można powiedzieć dogmat i nowa religia, że energia ma pochodzić wyłącznie ze źródeł wiatrowych, słonecznych i wspierających w postaci spalania biomasy. Nie dodaje się na głos, że tak budowany system wymaga radykalnego zwiększenia zużycia i gazu ziemnego, którego spalanie ma uzupełniać dostarczanie energii w momentach ciszy wiatrowej i braku słońca. Już zupełnie natomiast milczy się o tym, że gaz nie jest źródłem bezemisyjnym. Emituje ok. 70% tej ilości dwutlenku węgla co analogicznej mocy źródła węglowe, oraz około połowy tlenków azotu. I o tym, że oznaczać to musi radykalne zwiększenie uzależnienia całej Europy od dostaw gazu ze strony Gazpromu i z kierunku wschodniego. W końcu Nordstream I i II to konsekwencja prowadzonej w Niemczech rewolucji energetycznej, wyzbywania się wydajnych i najtańszych na tamtejszym rynku źródeł jądrowych i zastępowania ich masowym rozwojem OZE, a w praktyce zwiększeniem spalania gazu a nawet węgla brunatnego. Z większą emisyjnością oczywiście.

Podszyte jest to korupcją polityczną, jaką do perfekcji opanował władca na Kremlu Władimir Putin, ofiarowując byłemu Kanclerzowi Niemiec i wpływowemu politykowi SPD właśnie z pokolenia „kontestatorów” stanowisko w Radzie Nadzorczej Gazpromu. W zamian za popieranie w Niemczech jego interesów.

Inne kraje zachodu, może poza Danią i Austrią, nie poszły tak daleko, ale wszędzie brakuje strategicznego długofalowego planowania. Budowane w latach 70 tych i 80 tych reaktory jądrowe kiedyś trzeba będzie wyłączyć, a to wymaga zaplanowania i realizowania nowych inwestycji. To dzieje się w zbyt małym zakresie, czego jaskrawym przykładem Belgia, ale też W. Brytania starająca się gorączkowo nadrobić zapóźnienia kilkudziesięciu lat, mając cały czas na gardle nóż braku dostaw niezbędnych gospodarce ilości energii. Zostawmy jednak Zachód z jego problemami, koncentrując się na naszych własnych.

Rządy grupy interesu w naszym kraju:

W przeciwieństwie do państw zachodnich, nasze władze nawet w okresie realnego socjalizmu przyjmowały postawę ulegania wpływowym lobby. W okresie Edwarda Gierka np. istniały w aparacie władzy zwalczające się frakcje i grupy interesu, z których najsilniejsza była zawsze frakcja surowcowa Wicepremiera Zbigniewa Szałajdy. Narzucała ona w procesie wewnętrznych tarć i walk w ramach aparatu PZPR nieracjonalne decyzje gospodarcze, które w systemie centralnego planowania i centralnego rozdzielnictwa środków na inwestycje oznaczały, że wędrują one na inwestycje surowcowe typu Huta Katowice czy głębokościowa kopalnia Halemba, od zarania swych dziejów przynosząca straty. Brakowało ich natomiast na branże mogące przynosić gospodarce dochód i stanowiące o rozwoju cywilizacyjnym jak elektronika, przemysł samochodowy, przemysł lekki i chemiczny.

To wtedy właśnie nastąpił rozwój górnictwa znacznie przekraczający realne polskie potrzeby, także rozwój i koncentracja głównie na południu i częściowo w centrum wielkich elektrowni węglowych. Przy braku innych rodzajów energetyki oraz braku lokalizacji dużych źródeł energii na północy gdzie przecież istniał silnie rozwinięty przemysł stoczniowy, także energochłonny.
Energetyka jądrowa w tym czasie nie wyszła poza prace koncepcyjne, blokowana wyraźnie przez lobby surowcowe, niezainteresowane powstaniem dla nich branży konkurencyjnej w Polsce. A Edward Gierek, co byśmy o nim nie myśleli, nie był typem dyktatora w rodzaju choćby Tito czy Causescu.

Prace koncepcyjne przewidywały wybudowanie dwóch elektrowni jądrowych w północnej i zachodniej Polsce. Na Pomorzu miała powstać EJ Żarnowiec – 1760 MW mocy, a druga większa w Wielkopolsce koło miejscowości Klempicz – 4000 MW. Razem dostarczyłyby krajowi ok. 20 do 25% energii elektrycznej, przełamując monopol spalania węgla kamiennego i brunatnego.

Sprawy paradoksalnie uległy przyspieszeniu w okresie niezwykle dla Polski ciężkim, w czasie Stanu Wojennego. Być może dlatego, że lobby surowcowe nie miało większego wpływu na aparat wojskowo milicyjny, a władze komunistyczne mogły być zainteresowane częściowym uniezależnieniem gospodarki od węgla, by móc przetrzymać ewentualny strajk w górnictwie. Dość powiedzieć, że sprawy ruszyły z miejsca niemal natychmiast, poczynając od stycznia 1982 roku. Co prawda z Klempicza władze komunistyczne musiały zrezygnować, z uwagi na brak środków na jej zbudowanie. PRL lat 80 tych była krajem pogrążonym w ciężkim kryzysie gospodarczym, z którym władze nie chcąc zerwać z dotychczasowym systemem, ani nawet gruntownie go zreformować, nie mogły się uporać!

Tym niemniej prace przy budowie Żarnowca stopniowo postępowały naprzód. Do momentu decyzji Rady Ministrów o jej likwidacji z 4 września 1990 roku zaawansowanie prac osiągnęło 40 procent. Przy czym zaplecze socjalne wybudowane zostało w 90%. Świadkowie którzy sami pracowali na tej budowie mówią o wolnym tempie prac, lecz bardzo solidnym wykonaniu robót. Legendą rozpowszechnianą chyba jednak celowo były pogłoski o uskoku tektonicznym czy też rzekomym pękaniu betonu. Elektrownia do dziś ma tak solidne fundamenty, że byłoby niezwykle ciężko je rozebrać. Poziom jakości prac oceniany przez niezależnych ekspertów z zachodu oceniany był wysoko (misje Electrabel czy Siemensa), a ogólne zalecenia mówiły o możliwości zastosowania zachodnich systemów bezpieczeństwa w tej elektrowni.

Pomimo dużego zaawansowania prac przy budowie elektrowni, wstrzymanych decyzją rządu w 1989 roku, przeważyły głosy zdecydowanych jej przeciwników w rodzaju prof. Włodzimierza Bojarskiego, czy samego Ministra Przemysłu Tadeusza Syryjczyka, w rządzie T. Mazowieckiego. Nawiasem mówiąc tenże Włodzimierz Bojarski lobbował przeciw energetyce jądrowej jeszcze w latach 70 tych, mając swobodne wejście do Komisji Planowania gdzie obowiązywały ściśle limitowane przepustki, a nawet mając dostęp do ludzi w randze wiceministrów.

Dość powiedzieć, że Minister Przemysłu powołał zespół do opracowania założeń polityki energetycznej państwa do roku 2010, opartej niemal wyłącznie na samym węglu, z dużym jego importem na poziomie 26 mln ton rocznie, co przekreślało energetyczną niezależność. Dodajmy gwoli sprawiedliwości, że założenia te zostały przez sejm RP odrzucone, z uwagi na wymogi ekologiczne.

Dodajmy, że część środowiska naukowego usiłowała bronić elektrowni. Byli to między innymi prof. Andrzej Strupczewski, czy Prezes Państwowej Agencji Atomistyki Roman Żelazny. Minister Przemysłu był jednak głuchy na argumenty merytoryczne.

Biorąc pod uwagę, że zdecydowana większość protestujących przeciw elektrowni była ludźmi z zewnątrz, a nie mieszkańcami okolic Żarnowca, można powiedzieć o sterowanej zorganizowanej kampanii przeciw energetyce jądrowej. Wykorzystana tu została tragedia czarnobylska, ale w wyjątkowo zakłamany sposób. Mianowicie twierdzeniami, jakoby reaktory stosowane w Żarnowcu są rzekomo takie same jak te w Czarnobylu. Nikt tych kłamstw niestety nie prostował w mediach.

Skutki tamtych wydarzeń i tamtych decyzji niestety ponosimy do dziś. Jej efektem taki a nie inny kształt polskiej energetyki, nie zapewniający nam energetycznego bezpieczeństwa, co wykazał 20 stopień zasilania z sierpnia 2015 roku. Jej efektem też energetyczne ubóstwo całej północnej Polski pozbawionej większych źródeł energii. Gdzie tylko 40 procent zużywanej energii produkowane jest na miejscu (woj. Pomorskie, w Warmińsko-Mazurskim jest jeszcze gorzej). Także korzyści utracone przez społeczeństwo, jakie przynosiłaby Pomorzu i całej Polsce elektrownia jądrowa Żarnowiec. Więcej wkrótce ukaże się na ten temat w mojej książce pt.: „Odkłamać Żarnowiec” opartej o dokumenty i wywiady ze świadkami uczestnikami tamtej inwestycji.

Olbrzymie kłopoty z emisją szkodliwych zanieczyszczeń jakie ma polska energetyka, to efekt tego, że przez dziesiątki lat grupy interesu w energetyce i przemyśle wydobywczym w praktyce decydowały o kierunku rozwoju branży. Kolejne rządy po 1989 roku były wyjątkowo słabe i nieodporne na ich naciski. Jest to jak sądzę kontynuacja bardzo złej tradycji słabej władzy, a silnych zorganizowanych egoistycznych koterii, jakie istniały w I Rzeczpospolitej i jakie w efekcie doprowadziły stopniowo do rozkładu państwa i utraty niepodległości. Jeśli władza i szerzej klasa polityczna idzie „z prądem” oglądając się trwożliwie na sondaże, to nigdy nie realizuje Polskiej Racji Stanu. Idzie po prostu w populizm i tyle. Taka też była ogólnie rzecz biorąc władza w 1990 roku podejmująca decyzje w sprawie Żarnowca.

Dziś stoimy przed ogromnym problemem starzenia się bloków energetycznych w większości polskich elektrowni. Spada ich sprawność, mnożą się awarie, konieczne remonty bieżące. Jest to zagrożenie ale i szansa zarazem zmiany niekorzystnej struktury paliwowej na bardziej zdroworozsądkową i zrównoważoną. Kierunek stopniowego co prawda, ale jednak odchodzenia od masowego spalania paliw stałych wydaje się przesądzony także wskutek dość zdecydowanej polityki UE w kwestii emisji. Dywersyfikacja zatem ma szansę stać się faktem.

Bardzo byłoby jednak źle i popełnilibyśmy ten sam błąd co przed laty, gdybyśmy postawili na jeden tylko kierunek rozwoju, zastępując dotychczasowy monopol innym. To byłoby znów bardzo nieracjonalne. A do tego jak sądzę zmierzają konsekwentnie grupy interesu (przynajmniej niektóre) powiązane z OZE (głównie energetyką wiatrową i słoneczną). Przeszczepili oni na polski grunt ów fetysz o rzekomej absolutnej uniwersalności tzw. źródeł odnawialnych całkowicie pomijając ich wady i słabości z polskiej perspektywy. Nową religią i dogmatem staje się energetyka prosumencka, która przecież w ciepłownictwie nie zdaje całkowicie egzaminu, powodując zanieczyszczenie środowiska na gigantyczną, niespotykaną nigdzie w Europie skalę. Tylko dlatego, że połowa konsumentów ciepła nie jest podłączona do scentralizowanej sieci ciepłowniczej i wytwarza je po swojemu, z całkowitym pominięciem wymogów ochrony środowiska! Byle taniej.

Ponieważ pisałem o tych rzeczach w poprzednich artykułach, to tu streszczę się. Chodzi o niestabilną pracę źródeł OZE sprawiającą niemałe problemy, co widać po Niemczech właśnie. I generującą dodatkowe duże koszty. Ale z polskiej perspektywy dochodzi jeszcze jeden aspekt. Mianowicie bezpieczeństwo energetyczne.

Zwolennicy wyeliminowania energetyki jądrowej z polskiego mixu a postawienia wyłącznie na OZE nie mówią tego głośno, lecz taki rozwój oznaczać musi masowy wzrost zapotrzebowania na gaz ziemny. Przy czym moc w elektrowniach gazowych musi mniej więcej odpowiadać mocy zainstalowanej w wiatrakach czy energetyce solarnej. Przypominam, że każde 1000 MW mocy w elektrowniach gazowych pracujących cały rok w sposób optymalny, to dodatkowe zużycie gazu na poziomie 1 mld metrów sześciennych tego surowca. Przy obecnym zużyciu około 16 mld metrów sześciennych rocznie (4 mld własne). I możliwościach maksymalnych przesyłu przez Gazoport Świnoujście – 7,5 mld metrów sześciennych rocznie. Jeśli chcielibyśmy zastąpić elektrownię jądrową na Pomorzu systemem gaz-OZE np. w morskich farmach wiatrowych, to trzeba pamiętać że stopień wykorzystania mocy sprawia, że na każde 3000 MW mocy jądrowej potrzebowalibyśmy co najmniej 6000 MW morskich farm wiatrowych a zatem również 6000 MW mocy gazowych. Dostosowanych do zmiennej pracy, zależnej od kaprysów pogody. A zmienna praca to także wyższa emisja. Przykładowo elektrownia gazowa – ale pracująca w sposób optymalny cały rok generuje aż 70% tej ilości CO2 jak węglowa analogicznej mocy, oraz tlenki azotu 50%. To naprawdę dużo jeśli się to doliczy do emisji polskich elektrowni węglowych. Wywiązanie się Polski z już przyjętych przez rząd PO-PSL zobowiązań redukcji emisji CO2 o 40% w roku 2030 w porównaniu z 2005 staje się w tej sytuacji niemożliwe. Podważa to całkowicie wiarygodność naszego kraju. Na zachodzie nikogo nie interesuje jaki rząd te zobowiązania przyjął. Ponieważ przyjął je w imieniu polskiego społeczeństwa.

Co innego gdyby wiatraki morskie współpracowały z elektrownią jądrową. Wtedy emisja wyniosłaby zero, w istotny sposób obniżając średnią ogólnokrajową.

Wariant OZE – gaz bez atomu oznacza też, że osiągnięcie energetycznej niezależności staje się coraz bardziej fikcją. To co najmniej dodatkowe kilka miliardów metrów sześciennych gazu koniecznych do zaimportowania do Polski. Jak również sny o taniej energii kończą się. Bo pomimo niskich stosunkowo kosztów inwestycyjnych energia produkowana w elektrowniach gazowych jest droższa niż w atomowych.

A droga energia oznacza przekreślenie szans na skuteczną odbudowę wielu branż polskiego przemysłu, jak w ogóle na realizację Planu Odpowiedzialnego Rozwoju. Jeśli rząd na takie rozwiązanie pójdzie, czyniąc tradycyjnie zadość grupom interesu, to sam przekreśli realizację swoich planów.

Wykres pochodzi z referatu Prof. A. Strupczewskiego. Kolor niebieski – koszt bieżącej eksploatacji + inwestycyjny (spłata kredytu). Kolor pomarańczowy koszt współpracy z siecią energetyczną. Kolor szary – koszty zewnętrzne czyli ochrony środowiska.