Bojanowicz: Cypryjski gaz niezgody

28 listopada 2019, 15:00 Energetyka
Cypr widziany z kosmosu. Źródło:Wikipedia
Cypr widziany z kosmosu. Źródło:Wikipedia

Cypr jeszcze do niedawna kojarzył się z mitem o narodzinach bogini Afrodyty, ciepłym morzem, pięknymi plażami oraz trwającą od 1974 roku nieformalną aneksją północnej części wyspy przez Turcję. W latach 2009-2011 odkrycie trzech dużych pól gazowych na Morzu Lewantyńskim podsyciło trwający od 45 lat grecko-cypryjsko-turecki kryzys militarno-polityczny i zwiększyło zainteresowanie wyspą i jej zasobami naturalnymi. Przez ostatnie dwa lata tureckie statki wiertnicze prowadziły badania w wyłącznej cypryjskiej morskiej strefie ekonomicznej. Unijni ministrowie spraw zagranicznych ostrzegali Ankarę przed konsekwencjami wierceń na wodach terytorialnych Cypru, jednak ich głos został całkowicie zignorowany. W odpowiedzi turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan zagroził, że skutkiem wprowadzenia sankcji będzie uwolnienie wszystkich dżihadystów związanych z Państwem Islamskim (ISIS) i wysłanie ich do Europy. W połowie listopada tuż po uchwaleniu sankcji gospodarczych wobec Turcji, specjalistyczna jednostka Fatih (Zdobywca) rozpoczęła prace nad wydobyciem węglowodorów z tego obszaru – pisze Roma Bojanowicz, współpracowniczka BiznesAlert.pl.

Spór o złoża gazu wokół Cypru

Podjęcie przez Turcję działań na wodach terytorialnych Cypru jest kolejną odsłoną konfliktu na linii Ankara–Nikozja, który nabiera nowego znaczenia w kontekście obecnej sytuacji w Syrii i starań Recepa Erdogana o utrzymanie dominującej pozycji politycznej w kraju. Starań, których sukces jest silnie związany z obecnością i działaniami realizowanymi przez Rosję w ostatnich kilku latach. 

Jeszcze w 2005 roku całkowite roczne zużycie gazu przez Turcję wynosiło zaledwie 25,7 mld m sześc. Natomiast w rekordowym pod tym względem 2017 roku wyniosło już 51,7 mld m sześc. Chcąc zaspokoić wzrastające potrzeby wewnętrznego rynku energetycznego, Ankara przez lata starała się znaleźć alternatywne źródła gazu. W 2013 roku rozpoczęły się pierwsze prace badawcze nad oszacowaniem wielkości i położenia rezerw gazu łupkowego w Turcji. Z danych posiadanych przez amerykańską Administrację Informacji Energetycznej wynika, że większość złóż tego surowca znajduje się w południowo-wschodniej części Anatolii i Tracji, a ich wielkość określono na 679 mld m sześc. W porównaniu z USA dysponującymi 32,89 bln m sześc. gazu łupkowego, Chinami z 37,57 bln m sześc., czy Kanadą i jej 16,22 bln m sześc., potencjał rezerw w Turcji jest dość niski, a mimo to 6 kwietnia 2017 roku turecki minister energii i zasobów naturalnych ogłosił program „Polityki energetycznej i górniczej”. Podstawowym założeniem tej strategii stało się promowanie wykorzystywania krajowych (węgiel i energetyka jądrowa) i odnawialnych źródeł energii. Kontynuacja badań i poszukiwań nowych pokładów węglowodorów na zlecenie Ministerstwa Energii i Zasobów Naturalnych miało zmniejszyć zależność energetyczną Turcji – w 2018 roku importowała blisko 70 procent energii niezbędnej do funkcjonowania państwa. 

Mimo, że tak duża zależność generuje gospodarcze i polityczne ryzyko, Ankara zdecydowała się na rozwinięcie kolejnego wspólnego gazowego projektu razem z Moskwą – Turkish Stream (TurkStream). Rozpoczęcie komercyjnej eksploatacji pierwszej części tej magistrali zaplanowano na grudzień bieżącego roku. Nową magistralą popłynie do Turcji 15,75 mld m sześc. surowca rocznie. Drugi rurociąg zostanie dalej przedłużony do Europy Południowej i Południowo-Wschodniej, między innymi do Bułgarii i na Węgry.

Bułgaria jest całkowicie zależna od dostaw rosyjskiego gazu tłoczonego przez ukraińskie gtsy. Trwające od lat tarcia na linii Moskwa–Kijów i groźba zakończenia tłoczenia gazu dotychczasowymi magistralami spowodowały, że Sofia postanowiła dołączyć do realizowanego właśnie projektu Turkish Stream. Poprzez Balkan Stream, czyli europejską kontynuację tureckiego rurociągu, w latach 2020-2022 błękitne paliwo popłynie do Bułgarii, Serbii, na Węgry i Słowację, aż do hubu w austriackim Baumgarten. Dzięki rewersowi Gazociągu Transbałkańskiego, już pierwszego stycznia 2020 roku Bułgaria będzie mogła pobierać gaz płynący przez Turkish Stream.

Węgry, podobnie jak Bułgaria, są uzależnione od dostaw rosyjskiego gazu dostarczanego przez terytorium Ukrainy. Dołączenie do gazociągu Turkish Stream stało się priorytetem dla Węgier, ponieważ, jak powiedział premier Węgier Wiktor Orban, otwiera to alternatywną trasę dostaw rosyjskiego gazu. „TurkStream to dla nas preferencja, im wcześniej możemy dołączyć, tym lepiej”- powiedział Orban na wspólnej konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, które dobyło się pod koniec października w Budapeszcie.  

Z jednej strony widać, że Ankara dąży do maksymalnego uniezależnienia się energetycznego. Z drugiej zaś, Turcji najwyraźniej marzy się rola kraju tranzytowego o pozycji porównywalnej do obecnej pozycji Ukrainy – do niedawna jednego z najważniejszych graczy mających realny wpływ na europejski rynek gazowych. Niebagatelne znaczenie w tej sytuacji mają również ambicje polityczne prezydenta Erodogana, który chce wzmocnić swoją polityczną pozycję w kraju wykorzystując do tego wszelkie narzędzia, które oferuje mu obecna sytuacja geopolityczna w regionie. Opuszczenie syryjsko-tureckiego pogranicza przez wojska USA, ułatwiło Turcji prowadzenie regularnej operacji wojskowej „zarówno z powietrza, jak i siłami lądowymi” przeciwko bojownikom kurdyjskiej milicji YPG – ugrupowanie, które według Ankary, jest odłamem Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) uznawanej przez rząd za organizację terrorystyczną. Jednostki tureckie wsparły w ten sposób rosyjskie siły pokojowe, które wkroczyły na kurdyjskie tereny, do niedawna kontrolowane przez amerykańskich komandosów.

Takie bezpardonowe wejście do Syrii jest jasnym sygnałem, że Turcja czuje się bardzo pewnie na arenie międzynarodowej. Wszelkie poważniejsze protesty UE, odnoszące się do sytuacji syryjskich Kurdów, zostały bardzo szybko stłumione zapowiedzią prezydenta Erdogana o możliwości przesłaniu kolejnej fali syryjskich uchodźców do Europy. Dlatego nikogo nie powinno dziwić, że Ankara coraz śmielej poczyna sobie na wodach terytorialnych Cypru, którego północna część 45 lat temu została zaanektowana przez Turcję.

Turcja od wielu dziesięcioleci jest silnie związana gospodarczo ze strukturami europejskimi. Od 1963 roku była członkiem stowarzyszonym EWG, a ostateczne negocjacje w kwestii przystąpienia do UE rozpoczęto w 2005 roku. Zmieniająca się sytuacja militarna i polityczna w rejonie (zwiększone zaangażowanie Rosji w Syrii) spowodowały jednak, że Ankara z coraz większym dystansem reaguje na decyzje, które wobec niej podejmuje Bruksela. Dotyczy to zarówno sytuacji syryjskich Kurdów, jak i wydobycia węglowodorów znajdujących się w cypryjskiej morskiej strefie ekonomicznej. Rada UE, decyzją z dnia 11 listopada 2019 roku w sprawie środków ograniczających w związku z odwiertami we wschodniej części Morza Śródziemnego prowadzonymi bez zezwolenia przez Turcję, wprowadziła sankcje wobec osób fizycznych lub prawnych, podmiotów i organów odpowiedzialnych za prowadzenie prac wydobywczych i udzielających wsparcia finansowego, technicznego lub materialnego, związanymi z poszukiwaniem i produkcją węglowodorów. Na mocy powyższej decyzji te osoby i organizacje mają zakaz wjazdu do państw członkowskich UE lub tranzytu przez ich terytoria. Standardowo zamrożone zostały również wszelkie środki finansowe i zasoby gospodarcze należące do nich lub będące w ich dyspozycji. Pomimo tego już 15 listopada światowe media obiegła informacja o rozpoczęciu przez turecki statek wydobywczy Fatih (Zdobywca) prac u wybrzeży północno-wschodniego Cypru, a wiceprezydent Turcji, Fuat Oktay, zapowiedział kontynuowanie działań nad wydobyciem gazu z tego rejonu. W tym samym czasie drugi turecki statek wiertniczy, Yavuz (Okrutny), znajdował się na zachodnim wybrzeżu Cypru.

Tureckie media podają, że Turkish Petroleum w ciągu ostatnich 12 miesięcy korzystając z technologii sejsmicznej 3D na Morzu Śródziemnym, zwiększył łączny obszar swoich eksploracji o 41 procent z 6 617 do 9 342 km² (stan na czerwiec 2019 roku). Dzięki wykorzystaniu statku Barbaros Hayreddin Paşa do badań sejsmicznych i geologicznych udało się określić wielkość potencjału węglowodorów znajdujących się pod dnem Morza Śródziemnego. 

Zaangażowanie tak dużych sił i środków w prace poszukiwawcze w morskiej strefie ekonomicznej Cypru nie jest kwestią przypadku, a raczej wyborem obecnego tureckiego rządu. Sposób w jaki władzę sprawuje prezydent Recep Erdogan jest powszechnie uznawany za dość autokratyczny. Po nieudanym zamachu stanu w lecie 2016 roku, Erdogan robi wszystko aby zabezpieczyć swoje interesy wewnątrz kraju. W kwestiach dotyczących sytuacji w regionie, Turcja ewidentnie „gra pod siebie”. Straszy UE wypuszczeniem z obozów syryjskich uchodźców oraz bojowników ISIS i kompletnie ignoruje protesty Brukseli w kwestii wydobycia cypryjskiego gazu. Jednocześnie na terytorium Turcji budowany jest gazociąg, którym do krajów na południu UE popłynie rosyjski gaz w perspektywie kilku najbliższych lat. Z jednej strony jest jednym z najważniejszych członków NATO. Z drugiej zaś kupuje od Rosji zestaw S-400, jeden z najnowocześniejszych systemów obrony ziemia-powietrze, czym naraża się na niezadowolenie ze strony USA. 

Wejście rosyjskich sił pokojowych wraz z protureckimi oddziałami do syryjskiego Kurdystanu, legimityzuje zbrojną aktywność Ankary skierowaną przeciwko Kurdom. Brak stanowczej reakcji świata zachodniego na działania w Syrii, dał Turcji swego rodzaju przyzwolenie na obecne wydarzenia w obrębie wód terytorialnych Cypru. UE nie zatrzyma nieuprawnionego wydobycia cypryjskiego gazu, podobnie jak nie udało mu się zatrzymać budowy Nord Stream 2. Bruksela zajęta była ostatnio sprawami wewnętrznymi (negocjacjami w sprawie Brexitu, czy kwestią niekontrolowanego napływu imigrantów z Afryki do Europy), że zabrakło jej nieco pomysłu, jak rozładować napięcie w relacjach z Ankarą. Wszyscy byli tak bardzo przekonani o zachodnich aspiracjach Turcji, że nikt nie pomyślał o długofalowych skutkach zrzucenia na Turcję obowiązku przyjęcia wielu milionów uchodźców wojennych z Syrii. Dlatego po kilku latach funkcjonowania takich obozów w Turcji, UE stała się poniekąd zakładnikiem Erdogana. A to jest bardzo na rękę Rosji, która od lat jest mocno zaangażowana w Syrii i w całym regionie. 

Wsparcie Asada przez zbrojne siły rosyjskie spowodowało, że wojna domowa w Syrii trwa już ponad dziewięć lat. Zmusiło to miliony ludzi do ucieczki ze swoich domów w kierunku relatywnie bezpiecznej północy. Zdestabilizowało to mocno sytuację w Europie Południowej i rozbiło wewnętrzną jedność państw UE (część krajów odmówiła przyjęcia uchodźców). Korzystają z tego dwaj nieoczekiwani sojusznicy: Rosja umacnia swoją militarną i polityczną pozycję na Bliskim Wschodzie oraz ekonomiczną na południu Europy. Natomiast Turcja, dzięki swojemu położeniu geograficznemu i rozbudowanej sieci gazociągów łączących producentów węglowodorów w Azji z ich europejskimi odbiorcami w UE, chce mieć szansę na stanie się tranzytowym hubem gazowym dla dwóch kontynentów. Na dobrą sprawę jest to ostatni moment na wykorzystanie uzależnienia Europy od węglowodorów, gdyż postępująca dekarbonizacja naszej części świata może szybko zmienić tę sytuację na niekorzyść Turcji. Czy w takiej sytuacji przetrwają długofalowe sojusze oparte na współpracy militarnej i energetycznej? To się okaże, być może szybciej, niż Rosja wyczerpie swoje źródła gazu ziemnego.

Bojanowicz: EastMed i śródziemnomorski trójkąt energetyczny (ANALIZA)