Kloc: Brexit to lekcja dla budowniczych Nowego Zielonego Ładu (FELIETON)

3 lutego 2020, 07:15 Energetyka
Unia Europejska Wielka Brytania Brexit

Coś złego dzieje się z Unią Europejską, skoro opuszcza ją kraj stawiany za wzór demokracji, swobód obywatelskich i wolności gospodarczej. Kto jest winien? Kto zdradził unijne ideały? Wielka Brytania czy może… sama Unia Europejska? (…) W filozoficznej koncepcji „zielonego ładu” nie mieści się, m.in. energetyka oparta na tradycyjnych surowcach, a to oznacza ogromne problemy dla wielu krajów członkowskich z Polską na czele. Siłą rzeczy, tak realizowana polityka klimatyczna nie przyczyni się do wzmocnienia unijnych więzi – pisze Izabela Kloc, poseł Parlamentu Europejskiego, członek Komisji Przemysłu, Badań Naukowych i Energii.

Unijna wspólnota doszła do punktu krytycznego. Po raz pierwszy w historii zamiast rozszerzać zacznie się kurczyć. Przełoży się to na straty gospodarcze i niedogodności dla obywateli, ale nie one stanowią esencję problemu. Największa, wręcz nie do odrobienia strata tkwi w samej symbolice Brexitu, który odarł Unię Europejską z mitu wszechmocy i patentu na nieomylność. Trwa szukanie winnych. Komentatorzy pytają, co złego stało się z Wielką Brytanią, że odwróciła się plecami do kontynentu? Przy okazji wyliczają konsekwencje, jakie czekają niesfornych wyspiarzy. Cła, granice, nowe umowy i miliardy euro strat. To wszystko prawda, choć warto pamiętać, że w swojej burzliwej, ponad tysiącletniej historii Anglia stawiała czoła trudniejszym wyzwaniom i zawsze wychodziła z nich zwycięsko. W ciemno można założyć, że podobnie będzie i tym razem. Trudno natomiast prognozować, jak ten rozwód skończy się dla Unii Europejskiej? Jej staż na międzynarodowej arenie jest krótki, a doświadczenie w takich sytuacjach jak Brexit, zerowe. Na europejskich salonach dominuje przekonanie, że przyczyna obecnego zamieszania tkwi w błędnej i pochopnej decyzji o referendum w 2016 roku. A może jest odwrotnie? Referendum zakończone decyzją o Brexicie nie było przyczyną, lecz skutkiem wewnętrznego kryzysu Unii Europejskiej. Takie postawienie sprawy otwiera furtkę do innych pytań. Co stało się z Unią Europejską, że Brytyjczycy zdecydowali się na tak drastyczny krok?

Londyn od lat sygnalizował, że unijna wspólnota pogrąża się w kryzysie demokracji. Trudno się z tym nie zgodzić. Komisja Europejska, choć nie ma ku temu żadnych traktatowych kompetencji, zaczyna pełnić rolę superrządu, przypisując sobie coraz więcej uprawnień kontrolnych. Kraje członkowskie wzywane są na „dywanik” do Brukseli, gdzie muszą tłumaczyć się z niepopełnionych grzechów. Ostatnio najbardziej dostało się Polsce za reformę wymiaru sprawiedliwości, choć w Traktacie Lizbońskim sądownictwo zagwarantowano, jako wewnętrzną kompetencję krajów członkowskich. Komisja Europejska zwraca uwagę na praworządność, choć różnie reaguje na jej respektowanie w Polsce, Francji czy Hiszpanii. Oznacza to, że przestrzeganie prawa jest terminem nieostrym, a dzięki temu w rękach Brukseli może stać się instrumentem politycznego nacisku na „niepokorne” kraje.

Jedność europejska rozumiana – jak chcieli ojcowie założyciele – jako „wspólnota narodów Europy”, odchodzi w przeszłość. Powodem jest nie tylko deficyt demokracji. Unia Europejska odchodzi także od swojego drugiego fundamentu, jakim był dotychczas wolny rynek. Polska i pozostałe kraje dawnego bloku wschodniego doskonale wiedzą na czym polega gospodarka planowana, kontrolowana i reglamentowana przez państwo. Teraz doświadczą tego także obywatele krajów zachodniej Europy. Wszystkie planowane regulacje gospodarcze Komisji Europejskiej podporządkowano polityce klimatycznej. Doszło do tego, iż Bruksela jest gotowa poluzować nawet niektóre reguły z Maastricht, bardzo rygorystycznie kontrolujące finanse państw członkowskich. Kraje z dużym deficytem budżetowym, jak Francja czy Włochy, dostaną zgodę na poluzowanie fiskalnego kagańca pod warunkiem, że wydatki pójdą na ekologię.

Nigel Farage, brytyjski polityk uważany za ojca chrzestnego Brexitu, podczas pożegnalnego przemówienia w Parlamencie Europejskim tak mówił o Unii Europejskiej: „To projekt, który daje niektórym władzę bez odpowiedzialności. Władzę dostają ludzie, którzy nie mogą być rozliczani przez wyborców. I dlatego to jest struktura nie do zaakceptowania.”

Ten polityk słynie z kontrowersyjnych poglądów, ale trudno się z nim nie zgodzić, zwłaszcza gdy dopasujemy jego słowa do polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Jeśli z „zielonego ładu” zdejmie się nachalną, ekologiczną propagandę, pozostaną pieniądze. Nikt jeszcze nie wyliczył kosztów transformacji energetycznej, ale najostrożniejsze szacunki mówią o 250 mld euro rocznie. Szykuje się biznes, jakiego świat nie widział od czasu odbudowy Europy po drugiej wojnie światowej. Przepływem tych pieniędzy nie będzie sterował wolny rynek, lecz unijne regulacje. Urzędnicy w Brukseli uniosą kciuk w górę i wskażą, które branże mogą przetrwać. Nie wszyscy mogą liczyć na akt łaski. W filozoficznej koncepcji „zielonego ładu” nie mieści się, m.in. energetyka oparta na tradycyjnych surowcach, a to oznacza ogromne problemy dla wielu krajów członkowskich z Polską na czele. Siłą rzeczy, tak realizowana polityka klimatyczna nie przyczyni się do wzmocnienia unijnych więzi.

Wielka Brytania już nie musi zmagać się z takimi problemami, ale my – Polacy – chcemy im stawić czoła, bo jak żaden inny naród wciąż jesteśmy entuzjastycznie nastawieni do Unii Europejskiej. Brexit uruchomił falę spekulacji na temat krajów, które też mogą zdecydować się na taki krok. Nie to jest najważniejsze. Powinniśmy się raczej martwić, dlaczego z Unii Europejskiej powoli, ale konsekwentnie wychodzi… Unia Europejska.

Dla samego Parlamentu Europejskiego Brexit jest też smutnym wydarzeniem towarzyskim. Deputowani z Wielkiej Brytanii stanowili jedną z najciekawszych, najbardziej komunikatywnych i otwartych frakcji narodowych. Byli wśród nich ludzi niezwykli, jak choćby odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego Baroness Nosheena Mobarik, należąca do Grupy Europejskich Reformatorów i Konserwatystów. Jestem przekonana, że te osobiste znajomości przetrwają polityczne zawirowania i zaowocują dalszą, może lepszą współpracą między Wielką Brytanią a Unią Europejską. Z angielskimi kolegami nie powiedzieliśmy sobie żegnaj, ale „See you soon” – do zobaczenia wkrótce.