Gawlikowska-Fyk: Austriacka polityka Atomstopp w praktyce

7 lipca 2015, 15:08 Atom
Hinkley Point
Wizualizacja Hinkley Point C

KOMENTARZ

Aleksandra Gawlikowska-Fyk

Polski Instytut Spraw Międzynarodowych

Jeśli ktoś przyjmował za pewnik, że wsparcie budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej będzie oparte na modelu brytyjskim, to czas najwyższy to zweryfikować.

6 lipca Austria, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, wstąpiła na drogę sądową przeciwko Komisji Europejskiej, która zatwierdziła pomoc publiczną dla brytyjskiej elektrowni jądrowej w Hinkley Point C. Choć kolegium komisarzy podjęło decyzję jeszcze w październiku 2014 r., to jej oficjalna publikacja miała miejsce pod koniec kwietnia br., a więc czas dla tych, którzy chcieli się sprzeciwić upływa właśnie teraz.

Austriacki kanclerz Werner Faymann uzasadniał wczoraj, że pozew jest częścią antyjądrowej polityki jego kraju, której celem jest „Unia wolna od atomu”. Ale argumenty nie są mocne – Austriacy nie chcą wsparcia energetyki jądrowej, twierdząc, że to „stara techologia”, mimo że zakłada to wprost Traktat o Euratom, na który zresztą powołała się w decyzji Komisja. Póki co to zatem czas, a nie waga argumentów, może być największym problemem dla Brytyjczyków. Postępowanie przed Trybunałem Sprawiedliwości UE będzie na pewno kolejnym czynnikiem ryzyka dla inwestora (EdF Energy), który zwleka z ostateczną decyzją inwestycyjną, mimo że na terenie Hinkley Point C prace już trwają. Przede wszystkim – nie wiadomo, ile to bezprecedensowe postępowanie może się ciągnąć. Austriaccy prawnicy liczą na opóźnienie budowy o co najmniej pięć lat. Londyn dopiero się zastanawia, co teraz począć i choć nie wierzy, że może dojść do zanegowania decyzji Komisji, to wiadomo, że przygotowuje się także na najgorszy dla siebie scenariusz.

Choć zawsze było jasne, że wśród krajów członkowskich są gorący zwolennicy energetyki jądrowej, jak i jej zaciekli przeciwnicy (Austria dała się we znaki już nawet Polsce w czasie konsultacji transgranicznych), to obecny spór pokazuje, że gdy dyskusja przenosi się na poziom UE, to obie strony będą wykorzystywać wszystkie argumenty. Jaka nauka płynie więc dla Polski? Mianowicie taka, że decyzja o tym, by wspierać energetykę jądrową przy wykorzystaniu instrumentów wymagających zgody na poziomie UE, a w zasadzie, że samo uzyskanie tej zgody, bez wątpienia zaktywizuje wszystkich adwersarzy tej technologii. Choć formalny sprzeciw jak do tej pory wyraziła tylko Austria, to dyskutowano o tym w Berlinie i w Luksemburgu. Do tego ciągle można spodziewać się drugiego pozwu, tzw. grupy Action Alliance (niemieckich i austriackich wytwórców OZE, m.in. Greenpeace Energy). W praktyce nie robi to większej różnicy – jeden głos wystarczy do wszczęcia postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE.

W obecnych uwarunkowaniach staje się więc jasne, że przyjęcie przez jakikolwiek inny kraj unijny mechanizmu opartego na kontraktach różnicowych obarczone będzie ogromnym ryzykiem – nawet nie tyle odmowy ze strony Komisji Europejskiej (choć warto pamiętać, że sprawy z zakresu pomocy publicznej dla energetyki jądrowej rozpatrywane są case-by-case i rozwiązanie brytyjskie nie stanowi precedensu), ile przeciągania w czasie, liczonego nawet w latach. Polski program energetyki jądrowej wkracza właśnie w decydującą fazę i między inwestorem a rządem trwają rozmowy w sprawie systemu wsparcia pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. Oczywiste, że kontrakty różnicowe są opcją, ale tym bardziej teraz trzeba uwzględnić także inne – być może kontrakty długoterminowe (z którymi Polska ma już spore doświadczenie) albo też innowacyjne mechanizmy związane np. z polityką własnościową, wykorzystaniem środków wynikających z uczestnictwa w systemie handlu uprawnieniami do emisji itp. Warto, by wybrany system wparcia udowadniał Komisji Europejskiej, że celem jest ochrona klimatu i zmniejszenie negatywnego oddziaływania polskiej energetyki na środowisko, i jest zgodny z prawem konkurencji UE.