Marszałkowski: Rok później kryzys zanieczyszczonej ropy nadal wpływa na Rosję

23 kwietnia 2020, 07:31 Energetyka
Ropociąg fot. Transnieft
Ropociąg fot. Transnieft

Kryzys zanieczyszczonej ropy wstrząsnął w zeszłym roku Rosją i Białorusią, ale także całym sektorem energetycznym Europy Środkowo-Wschodniej. Rosjanie utracili reputację przewidywalnego dostawcy tego paliwa. Kryzys ten wpływa również na potencjał Rosji w trwającej cichej wojnie cenowej o klientów w Europie z Arabią Saudyjską – pisze Mariusz Marszałkowski, redaktor BiznesAlert.pl.

Niebezpieczne chlorki

Kryzys zanieczyszczonej ropy rosyjskiej został nagłośniony 19 kwietnia 2019 roku, kiedy białoruski operator systemu przesyłowego Przyjaźń – Gomeltranieft Drużba, poinformował o wykryciu znacznego przekroczenia poziomu chlorków organicznych, znajdujących się w ropie przesyłanej z Rosji. Polskie ministerstwo energii ogłosiło wstrzymanie przesyłu ropy Ropociągiem Przyjaźń na terytorium Polski 24 kwietnia 2019 roku.

Chlorki organiczne są stosowane m.in w płuczkach, mających na celu zwiększenie przepływu ropy z odwiertów lub przy czyszczeniu urządzeń wiertniczych. Dichloroetan, bo taka jest chemiczna nazwa tego związku, jest bezbarwną i bezwonną cieczą, która nie miesza się z wodą. Podczas podgrzewania substancji powyżej 150 stopni Celsjusza, roztwór rozkłada się, łączy z wodorem i tworzy kwas solny. Związek ten jest szkodliwy dla bezawaryjnej pracy instalacji rafineryjnych, a także powoduje ich korozję. Limit chlorków, według normy GOST, wynosi 10 ppm (10 cząstek chloru na milion cząstek ropy).  Przy budowie rosyjskich rafinerii zakładana była większa odporność na działanie chlorków. Stężenie pozwalające im pracować bez przeszkód wynosić nawet w okolicach 4,5-5 ppm. Norma w rafineriach zachodnioeuropejskich to poziom chlorków nieprzekraczający 1 ppm.

Zanieczyszczona ropa w systemie przesyłowym

Rosyjska sieć przesyłowa ropy liczy ponad 70 tys. kilometrów ropociągów. Wprowadzenie jej do systemu przesyłowego możliwe jest w 237 punktach, z których 52 należą do operatora Transnieftu, a 152 do spółek dostarczających ten surowiec. Ropa wprowadzona do systemu musi ona uzyskać certyfikat jakości wystawiany przez Transnieft. Najpierw jest przechowywana w zbiorniku buforowym węzła przepompowni, a następnie wprowadzana do magistrali przesyłowej. W Rosji funkcjonują 24 przepompownie ropy, z których cztery główne, eksportowe, odpowiadają za wprowadzanie ropy do głównych magistrali eksportowych. Są to stacj Łopatino (na samym początku magistrali Przyjaźń), Klin, Nikolskoje i Uniecza na granicy z Białorusią. Łączna zdolność przechowywania ropy w tych czterech węzłach wynosi ponad 2,5 mln ton.

Według informacji podawanych przez Transnieft, do systemu przesyłowego trafiło około 4,3 mln ton zanieczyszczonej ropy. Z czego:

– 690 tys. ton ropy do Niemiec i Polski;

– 700 tys. ton ropy do Czech, Słowacji i Węgier;

– 1,3 mln ton na Białoruś;

– 1,6 mln ton do morskiego terminala naftowego w Ust-Łudze. 

24 kwietnia operator polskiego odcinka ropociągu Przyjaźń, spółka PERN podjęła decyzję o wstrzymaniu tranzytu zanieczyszczonej ropy dalej na zachód. Była to bezprecedensowa decyzja w historii spółki. Przerwa ta trwała 46 dni. Dopiero na początku lipca 2019 roku, udało się przywrócić pełny przesył ropy w kierunku zachodnim. Jednak na terytorium Polski pozostały duże ilości ropy, którą jest zmuszony magazynować PERN. Spółka poinformowała w odpowiedzi na pytania BiznesAlert.pl, że system nie został w 100 procentach pozbawiony zanieczyszczeń, jednak ich poziom systematycznie spada. Trwają negocjacje na temat rekompensat z tytułu zanieczyszczenia ropy z udziałem firm rosyjskich oraz PKN Orlen i Grupy Lotos, które nie przyniosły dotąd rozstrzygnięcia.

Kozły ofiarne czekają na proces

Po okryciu zanieczyszczeń ropy, od razu rozpoczęło się poszukiwanie winnych. Transnieft oskarżał koncerny naftowe z Tatnieftem, Basznieftem i Rosnieftem na czele. Te oskarżały Transnieft o brak należytej kontroli jakości. Ostatecznie Kreml postanowił przerzucić odpowiedzialność finansową na Transnieft, jako spółkę odpowiedzialną za transport surowca. Nie wiązało się to jednak z żadną odpowiedzialnością personalną wobec prezesa Transnieftu – Nikołaja Tokariewa, bliskiego współpracownika Władimira Putina z czasów jego służby w NRD.

Szybko jednak znalazł się kozioł ofiarny wygodny dla wszystkich „wielkich” graczy na rynku naftowym, czyli niewielki terminal naftowy Samaratransieft i firma go obsługująca – Nieftopierewałka. 

Według Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej, prowadzącego śledztwo w sprawie umyślnego zanieczyszczenia ropy naftowej w rosyjskim systemie przesyłowym, winni są przedstawiciele Nieftopierewałki, która pozbyła się resztek ropy naftowej skażonych chlorkami, wprowadzając je do punktu wysyłki ropy w węźle Łopatino nieopodal Samary. Według śledczych, motywem działania tej firmy był fakt, że od sierpnia 2018 roku do kwietnia 2019 roku jej kierownictwo przywłaszczyło 30 ton ropy wartej około milion rubli. Wtłoczenie zanieczyszczonej ropy do systemu miało ukryć ten proceder. Od tamtego czasu cztery osoby związane ze spółką oraz węzłem Łopatino oczekują na proces w areszcie.  Pozostawiam czytelnikom ocenę wiarygodności tych oskarżeń.

Zaostrzenie norm

Po tych wydarzeniach doszło do zaostrzenia norm technicznych GOST w Rosji. Od 1 lipca 2019 limit został zmniejszony z 10 do 6 ppm. Częstotliwość pomiarów jakości ropy wzrosła z jednego na 10 dni do kontroli codziennie. Zważywszy jednak na fakt kilkukrotnego wykrycia podwyższonego stężenia chlorków dochodzącego do 5 ppm w 2019 roku, należy uznać, że problem wciąż nie został całkowicie usunięty, a faktyczny winowajcą nie jest Nieftopierewałka, a jeden z graczy liczący się na rynku naftowym w Rosji.

W winę tej spółki wątpią również niezależni eksperci, m.in Mojsej Gelman, który wnikliwie analizuje możliwości techniczne wprowadzenia ropy do systemu przez węzeł Łopatino w swym opracowaniu. Według niego, gdyby przez ten punkt faktycznie miało dojść do wtłoczenia zanieczyszczonego surowca, cały proces trwałby ponad pięć lat.

Kto zyskał?

Po kryzysie zanieczyszczonej ropy w Rosji pojawiały się głosy, jakoby stał za nim Transnieft, lub co najmniej przymykał na nie oko. Prezes Tokariew od dłuższego czasu chciał przejąć pozostałe punkty wprowadzania ropy do ropociągów. Kryzys dawał szanse na zmuszenie organów państwowych do reakcji i przekazania Transnieftowi takich kompetencji. 

Tę napiętą sytuację można również odczytywać w kontekście animozji personalnych. Jednym z największych i najpotężniejszych przeciwników Igora Sieczina, prezesa Rosnieftu, jest właśnie wpływowy i równie potężny Nikołaj Tokariew, prezes Transnieftu. W 2019 roku doszło do kilku otwartych, wzajemnych prób podważania pozycji przez tych oligarchów. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów był list Sieczina do prezydenta Władimira Putina z września 2019 roku, w którym  zarzucił Transnieftowi, że psuje jakość ropy Rosnieftu i niedostatecznie wypełnia obowiązki związane z kontrolą. Transnieft, również publicznie, odpowiedział, że to Rosnieft dostarcza ropę niskiej jakości. 

Po niedawnym mianowaniu Tokariewa na następną, pięcioletnią kadencję można uznać, że pomimo problemów z 2019 roku, Kreml nadal docenia jego pracę na stanowisku prezesa Transnieftu. To za jego kadencji powstały ropociągi ESPO do Chin i BTS, który uniezależnia Rosję od dostaw ropy przez Białoruś i Polskę, pozwalając na dostawy przez terminal w Ust-Łudze. Jego zasługą jest również rozwój morskich terminali naftowych w Tuapse, Primorsku i Noworosyjsku. 

Zanieczyszczona ropa pozostaje problemem

Mimo, że mija rok od kryzysu zanieczyszczonej ropy, wciąż ma on istotny wpływ na sektor naftowy, nie tylko w Rosji. Poza Białorusią, która „wypchnęła” zanieczyszczoną ropę z powrotem do Rosji, pozostałe państwa, czyli Niemcy, Polska, Węgry i Czechy nadal muszą się zmagać z wolumenem brudnej ropy na ich terytorium. 

Szczególny problem ma jednak Rosja. W grudniu 2019 roku minister energetyki Rosji Aleksander Nowak powiedział w wywiadzie dla RBK, że pozbycie się całej zanieczyszczonej ropy magazynowanej w Ropociągu Przyjaźń i bazach naftowych Samara-1 oraz Samara-2 nastąpi najwcześniej w połowie 2020 roku. Wobec kryzysu cen baryłki i konieczności zapewnienia jak największej przestrzeni do magazynowania tego surowca, każda zajęta przez zanieczyszczony surowiec jest bardzo niebezpieczna. Według niektórych źródeł na początku roku w Rosji mogło się znajdować około miliona ton brudnej ropy. Jest ona stopniowo mieszana z czystym surowcem i przetwarzana przez rosyjskie rafinerie bądź sprzedawana ze zniżką do innych państw. 

Kryzys zanieczyszczonej ropy wpłynął także na postrzeganie Rosji jako stabilnego i wiarygodnego dostawcę tego surowca. Ta zmiana może wpłynąć na warunki kontraktów zawieranych z rosyjskimi firmami w Europie. Tradycyjnie rosyjska ropa gatunku Urals jest tańsza niż Brent, jednak kryzys dodatkowo uderzył w jej wycenę na rynkach. Pomimo opisywanego doświadczenia, które według rosyjskich ekonomistów kosztowało Rosję około pięć mld dolarów, nadal ma problemy z wdrożeniem środków zaradczych, pozwalających zmniejszyć szanse na powtórzenie się kryzysu w przyszłości. Śledztwo jest prowadzone mozolnie, bez chęci znalezienia prawdziwego winnego. Wszystko to odbywa się w cieniu walki i wzajemnego podgryzania się oligarchów siedzących na tronach naftowych, a także państwowych spółek pod ich kontrolą. Nie można wykluczyć, że winny znajdzie się po latach i będzie nim ten, kto akurat utraci poparcie Kremla. 

Marszałkowski: Czy Rosja podoła nowemu porozumieniu naftowemu?