font_preload
PL / EN
Energetyka Gaz Ropa 13 lutego, 2018 godz. 7:31   
REDAKCJA

Menkiszak: Rosja boi się zemsty USA (ROZMOWA)

putin rosja

Marek Menkiszak, kierownik zespołu rosyjskiego w Ośrodku Studiów Wschodnich, opisuje zmagania Rosji z problemami gospodarczymi w obliczu sankcji zachodnich. Jak groźba nowych obostrzeń USA wpływa na Rosjan? Czy zaszkodzi spornemu projektowi Nord Stream 2?

BiznesAlert.pl: Jak rosyjska gospodarka radzi sobie w okresie podwyżki cen ropy naftowej?

Marek Menkiszak: Pozostaje ona zależna od modelu surowcowego, eksportu ropy naftowej i gazu ziemnego. Potrzebuje inwestycji zagranicznych. Rosja wyszła z recesji i weszła w stagnację. Jest wyraźnie lepiej, bo nie ma spadku PKB. Według pierwszej oceny w zeszłym roku zanotowano wzrost 1,5 procent. Warto jednak podkreślić, że jest to poniżej oczekiwań, które zakładały wzrost na poziomie 2,1 procenta. Jest pewien zawód władz rosyjskich. Kwartalne wskaźniki pokazują, że po pierwszym entuzjazmie z drugiego kwartału, kiedy wzrost PKB wyniósł 2,5 procenta, nastąpiło wyraźne spowolnienie. Produkcja przemysłowa zanotowała 1 procent wzrostu. To słabo. Owo tempo potwierdza przewidywania niezależnych analityków rosyjskich, którzy twierdzili, że problemem rosyjskiej gospodarki będzie brak zrównoważonego, dynamicznego wzrostu gospodarczego. Rysuje się perspektywa stagnacji: wzrostu 0-2 procent PKB rocznie, co przy kiepskim klimacie inwestycyjnym i małym napływie kapitału zagranicznego nie daje szans na dynamiczny rozwój ekonomiczny, który pozwoli Rosji poprawić pozycję międzynarodową. Jednakże taki wzrost wystarczy, aby zapewnić stabilność finansową i utrzymać poziom wskaźników społeczno-gospodarczych. Gospodarka rosyjska może utrzymywać się na tym poziomie przez długie lata.

I przejść spokojnie przez wybory…

…dokładnie. Priorytetem Kremla jest utrzymanie stabilności politycznej. Głównym zagrożeniem dla tego jest pauperyzacja społeczeństwa na tyle duża, aby przełożyła się na stabilność. Jeżeli spojrzeć na wskaźniki socjalne, to czwarty rok z rzędu spadają dochody Rosjan. W 2016 roku sięgał on prawie 6 procent, a w 2017 roku było to 1,7 procent. Wciąż nie został przezwyciężony negatywny trend spadkowy dochodów realnych. Około 40 procent rosyjskiego społeczeństwa nie starcza pieniędzy na niektóre podstawowe wydatki, jak ubranie i jedzenie. Topnieją ich oszczędności. Ponad dwie trzecie Rosjan nie ma żadnych. Do tego dochodzi problem, że dotyka to głównie emerytów, których problemów nie rekompensuje indeksacja emerytur przy rosnących cenach żywności i lekarstw. Widać, że rząd zdaje sobie z tego sprawę. W kampanii wyborczej ten temat będzie ważny. Władza podejmie jakieś działania, albo będzie próbowała sprawić wrażenie, że to robi.

Jaką rolę odegra tutaj przemysł militarny i energetyczny?

Te dwa sektory są w Rosji kluczowe. Dochody naftowo-gazowe to za zeszły rok około 190 mld dolarów. Połowa to eksport ropy, 30 procent – produktów naftowych i dopiero 20 procent – eksport gazu. To więcej, niż w 2016 roku, bo wtedy te dochody wynosiły 150 mld dolarów ale dużo mniej od rekordowego 2013 roku – kiedy Rosja zarobiła na eksporcie surowców energetycznych prawie 350 mld dolarów. Ten obecny wzrost cieszy Rosję, bo średnioroczna cena ropy naftowej marki Urals wzrosła z 42 dolarów w 2016 roku do 53 dolarów w 2017 roku. Ceny miesięczne zwiększyły się jeszcze bardziej. To pomaga budżetowi i redukuje jego deficyt. Rosja stara się przy tym oszczędzać. Wyliczenia budżetowe są konserwatywne i zakładają dochody liczone według, średniej ceny ropy na poziomie 40 dolarów.

Obecnie jest to prawie 70 dolarów.

Tak. Kolejny element to kompleks przemysłu zbrojeniowego. Trudno to rozdzielić, bo są zakłady pracujące jednocześnie dla sektora cywilnego i wojskowego. Poza tym jedna czwarta budżetu federalnego jest utajniona. Faktem jest, że wydatki zbrojeniowe Rosji, które systematycznie rosły nawet mimo kryzysu, mają funkcję nie tylko czysto militarną i geopolityczną, czyli budowę wizerunku mocarstwa i odstraszanie przeciwników, ale także funkcję socjalną. To sektor, w który pompowane są duże pieniądze także po to, aby utrzymać stabilność społeczną w Rosji. Te kilkanaście milionów ludzi zatrudnionych w tym sektorze, to – wraz z rodzinami – istotna część społeczeństwa.

Czy to jest nowa klasa średnia w Rosji?

To zależy jak ją definiować. Klasa średnia w Rosji jest definiowana mniej przez dochody, a bardziej przez aspiracje.  W Rosji zalicza się do niej nie tylko przedsiębiorców, ale także przedstawicieli szeroko rozumianej administracji  publicznej. Liczebność tej grupy jest w związku z tym szacowana na 20-25 procent społeczeństwa. To pojęcie nie pokrywa się z rozumieniem jego na Zachodzie, zwłaszcza pod względem dochodów.

Nadzieje części krytyków reżimu Władimira Putina pokładane są właśnie w tych ludziach. Czy sankcje przekonają ich do buntu?

Z jednej strony, jeżeli spojrzymy na dane gospodarcze, to w dużym stopniu gospodarka rosyjska zaadaptowała się do sankcji. To jednak nie oznacza, że sankcje nie działają, a władze nie są zainteresowane ich łagodzeniem. Nie uważają jednak, że jest to warunek konieczny dla zachowania bieżącej stabilności, bo tak nie jest. Sankcje przede wszystkim mogą mieć wpływ długofalowy na potencjał sektora energetycznego i zbrojeniowego. Ponadto, sam fakt, że one obowiązują, a istnieje ryzyko ich eskalacji, szczególnie w USA, odstrasza inwestorów. To jest bardzo niekorzystne dla rosyjskiej gospodarki. Aby mogła się rozwijać, musi mieć napływ kapitału zagranicznego. Jest problem systemowej korupcji, brakuje pewności prawa i bezpieczeństwa własności, brak niezawisłego systemu sądowego. Do tego dochodzą sankcje.

Czy pomoże pomoc spoza Zachodu?

Porozumienie z kartelem naftowym OPEC, w tym Arabią Saudyjską, o zamrożeniu wydobycia przyczyniło się do wzrostu cen ropy na rynkach. Miało to oczywisty, pozytywny skutek dla gospodarki rosyjskiej. Mimo to liczby pokazują, że przed zawarciem porozumienia koncerny rosyjskie zaczęły pompować ropę na potęgę, po czym weszły w życie uzgodnienia o zamrożeniu pułapu wydobycia. Efekt jest zatem bardziej psychologiczny, niż ekonomiczny. Rynki reagują na takie sygnały emocjonalnie, nie można jednak przeceniać ich znaczenia. Wielkie pieniądze z Arabii Saudyjskiej także nie płyną. Rozmowy toczą się stale wokół symbolicznych funduszy. To wirtualny temat. Chiny to poważniejsza sprawa. Z jednej strony Rosja próbuje i udaje jej się powoli dywersyfikować współpracę gospodarczą w tym kierunku. Mamy duże projekty infrastrukturalne, jak gazociąg Siła Syberii. Jego znaczenie także jest przeceniane, bo na początku będzie tłoczył kilka z planowanych 38 mld m sześc. rocznie, a jego wykorzystanie będzie rosło powoli. Dodatkowo duże kontrakty Rosnieftu na eksport ropy do Chin tworzą wizerunek Rosji, która chce pokazać, że jeżeli Europa nie chce się otworzyć na dostawy, to jest alternatywa na Wschodzie. To teza tylko częściowo prawdziwa. W dającej się przewidzieć przyszłości dominującym rynkiem dla Rosji będzie ciągle rynek europejski.

Już to nawet komunikują, zrobił to Gazprom w okresie wzrostu sprzedaży do Europy.

Stopień zaangażowania lobbingu rosyjskiego w projekt Nord Stream 2 pokazuje, gdzie realnie leżą priorytety. Chińczycy byli dotąd mocno wstrzemięźliwi pod względem ratowania gospodarki rosyjskiej przed sankcjami. Był to jeden z pośrednich efektów zachodnich sankcji. Chińskie firmy obawiały się ryzyka wystawienia na sankcje amerykańskie. Pekin zaczął inwestować w sposób wybiórczy w te firmy i osoby, które należą do nieformalnej elity w Rosji. To oczywiście Igor Sieczin i Rosnieft, Giennadij Timczenko i Novatek. Punktowe wspieranie projektów i osób, które mają silne przełożenie polityczne to sprytna strategia chińska, która z jednej strony nie naraża Chin na duże wydatki finansowe, a z drugiej strony wzmacnia polityczny aspekt współpracy rosyjsko-chińskiej. Chińczycy inwestują w elity polityczne Rosji w celu pozyskania określonych korzyści. Korzyścią jest na przykład to, że Sieczin jest znanym lobbystą współpracy z Chinami i przekłada się to na faktyczną współpracę. To co jest mniej znane opinii publicznej, to  na przykład chińsko-rosyjska wymiana doświadczeń przy systemach inwigilacji obywateli, blokowania Internetu i polityki kadrowej.

Jak wpłynął na tę współpracę ostatni kryzys koreański?

Współpraca się zacieśniła. Mamy nieformalny podział pracy. To jednak Chiny do tej pory utrzymywały i nadal utrzymują reżim koreański. Formalnie oba kraje popierają sankcje ONZ wobec Korei Północnej. Jak jednak oceniają eksperci z dostępem do wiedzy na ten temat oraz informują media, mamy do czynienia z obchodzeniem sankcji. Bardziej widocznym podmiotem jest tu Rosja. Słyszymy o rosyjskich produktach naftowych docierających do Korei Północnej, szmuglowanych z użyciem dziwnych pośredników. Opinia wśród ekspertów jest taka, że dzieje się to w porozumieniu rosyjsko-chińskimi. Chiny używają Rosji do ukrycia się za jej plecami, a Rosjanie są gotowi…

…by stać się chłopcem do bicia. Jaki mają w tym interes?

Interesem strategicznym Rosji jest, aby reżim w Korei Północnej się utrzymał, bo jest wrogiem USA. To rozumowanie jest proste. Stany Zjednoczone są fundamentalnym przeciwnikiem z punktu widzenia ludzi rządzących obecnie Rosją. Każdy kto rzuca wyzwanie USA i doprowadza do pogorszenia się ich wpływu na świecie jest, w ten czy inny sposób,  wspierany przez Rosjan. Rosja nie ma problemu z tym, że Korea Północna ma wojskowy program nuklearny i posiada już broń jądrową. Ważne jest, że osłabia w ten sposób USA.

Czy substytucja importu impregnuje Rosję na sankcje?

Obraz jest raczej negatywny. Substytucja częściowo się odbywa w dwóch kierunkach, ku zmianie dostawcy i wzmocnieniu produkcji krajowej. Jeśli spojrzeć na statystykę, to produkcja rolno-spożywcza intensywnie rośnie, co wynika także z dużego urodzaju w zeszłym roku. Kolejny rok sankcji zwiększa zapotrzebowanie na produkcję rosyjską. Problem polega na tym, że oficjalne badania rynkowe pokazują poważny spadek jakości. Co z tego, że niezłej jakości produkty są zastępowane przez rosyjskie, skoro ich cena rośnie przez brak konkurencji, a jakość spada przez niską technologię i chęć zaoszczędzenia przy produkcji. Na półkach jest mnóstwo produktów, które nie spełniają standardów rosyjskich. Nie da się też wszystkiego zastąpić. Przykładowo poziom importu wysokowydajnych obrabiarek z Zachodu sięgał 90 procent. Nie da się tego łatwo uzupełnić produktami z Rosji i musi to w konsekwencji prowadzić do spadku jakości. Jest coraz więcej informacji o usterkach i wypadkach wynikających z tego, że rosyjski sprzęt zawodził tam, gdzie zastępował zachodni.

Czy inaczej jest w sektorze węglowodorowym?

Są atrakcyjne złoża oraz technologie pozwalające na nowe wydobycie w Rosji. Niektóre można importować spoza Zachodu. Pozostaje jednak pytanie o opłacalność. Inwestowanie w technologię i nowe źródła energii jest nieopłacalne, jeżeli metody tradycyjne zapewniają tani surowiec, to nie ma impulsu politycznego. Są programy rozwoju odnawialnych źródeł energii, ale to punktowe inwestycje, które niekoniecznie są opłacalne i rozwijanie ich na dużą skalę w przypadku Rosji nie ma większego sensu.

Co z zastępowalnością złóż w Rosji?

Nowe złoża konwencjonalne w Arktyce, w tym na lądzie i część złóż syberyjskich to spory zasób dający Rosji możliwości działania. To ciągle główna baza surowcowa. Z tym się wiążą koszty, ale istnieje mechanizm zastępowania starych złóż, których eksploatacja jest coraz droższa, przez nowe. To jednak są głównie złoża konwencjonalne. Rosja stara się rozwijać technologie niekonwencjonalne, ale nie jest to priorytet ekonomiczny. Rosjanie chcą uczestniczyć w międzynarodowej konkurencji. Jest to zatem także sposób na przyciągnięcie uwagi zagranicznego kapitału. Wracamy tu jednak do problemu sankcji.

Tymczasem w Politico pojawia się artykuł o doktrynie generała Gierasimowa. Przekonuje, że Rosjanie wpływają na wydarzenia na całym świecie. Mają względną stabilność. Czy rzeczywiście próbują zmienić losy świata?

Nazwisko pana generała Gierasimowa jest chyba teraz bardziej znane na Zachodzie niż w Rosji. Oczywiście, Rosjanie prowadzą działania ofensywne, których nie można bagatelizować. Nie są to jednak rzeczy nowe. Historia się powtarza. Związek Sowiecki też prowadził wyszukane działania za granicą. Zmieniły się tylko środki, ale nie filozofia, mechanizmy i podejście. Nie należy szukać wszędzie śladu rosyjskiego. Fakt, że setki tysięcy fałszywych kont w mediach społecznościowych sterowanych z Rosji promowało Brexit. Nie oznacza to jednak, że Rosjanie doprowadzili do wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. To prawda, że Rosja próbuje wykorzystywać różne problemy, kryzysy lokalne i napięcia, wszystko to, co może zdestabilizować sytuację w krajach zachodnich, które są naturalnym przeciwnikiem. Z drugiej strony to nie Rosja doprowadziła do Brexitu, to nie ona sprowokowała referendum w Katalonii i nie ona wybrała Donalda Trumpa na prezydenta USA. Ona tylko wykorzystała istniejące procesy do swoich działań dywersyjnych i propagandowych. Tworzenie wrażenia, że Rosja jest wszechmogąca działa na jej korzyść. To jest paradoks. Nie należy oczywiście bagatelizować zagrożenia. Jednak z punktu widzenia Kremla najgorszą perspektywą jest ignorowanie Rosji. Z tego powodu władze rosyjskie, na miarę swych ograniczonych możliwości, próbują pokazać, że są w stanie podjąć pewne działania destabilizujące i, że są przeciwnikiem, z którym należy się liczyć i negocjować. Rosja chce doprowadzić do rozmowy z Zachodem o rozgraniczeniu sfer wpływów. Wciąż nie doszło do tego przetargu, ale wydaje się, że Kreml wyciąga z tego wniosek nie o tym, że należy zmienić politykę na bardziej pozytywną, choć Rosja próbuje już poprawić swój wizerunek, na przykład w Korei Północnej, Syrii i na Ukrainie. Rosja chce tu pokazać, że traktowana dobrze jest w stanie zrobić coś dobrego. Mimo to jednak elity na Kremlu nadal sądzą, że instrumenty negatywne są skuteczniejsze i że są warunkiem koniecznym uznania Rosji za mocarstwo, jej interesów i zdolności do partnerstwa w negocjacjach.

Czy w 2018 roku Zachód pójdzie na koncesje wobec Rosji?

Wydaje mi się, że nie. W Unii Europejskiej dominuje poczucie zmęczenia sytuacją. Wojna niskiej intensywności w Donbasie w coraz mniejszym stopniu interesuje Europę, zwłaszcza zachodnią. Istnieje wrażenie, że należy iść dalej i rozmawiać z Rosją na tematy, w których potrafimy współpracować, szczególnie gospodarczo. Istnieje pokusa normalizacji relacji z tym krajem. Podejście USA jest z kolei brutalnie pragmatyczne. Jest w nim chęć ukarania Rosji za przekroczenie czerwonych linii poprzez ingerencję w politykę amerykańską w czasie wyborów. Z drugiej strony istnieje przekonanie, że sankcje mają służyć temu, aby to Rosja wyszła z ofertą. Ta polityka mi się podoba. To odwrotność polityki poprzedniej administracji, zwłaszcza w pierwszej kadencji, kiedy istniało – charakterystyczne dotąd dla Europy Zachodniej – podejście, że w razie agresywnego działania Rosji należy zadać sobie pytanie: Co złego zrobiliśmy, że Rosja stała się tak agresywna? I kolejne: Co możemy Rosji zaoferować aby zmieniła ona swoje postepowanie? Amerykanie działają dziś inaczej. Są krytyczni wobec Rosji i uderzają w nią swoimi działaniami. Kreml ma wybór. Może iść dalej na zwarcie i otrzymywać kolejne ciosy, albo wykazać dobrą wolę i spróbować konstruktywnej postawy, w tym poprzez składanie ofert wobec USA. Ta polityka zaczyna przynosić efekty. Gesty otwarcia Rosji według mnie w mniejszym stopniu wynikają z tego, że Kreml jest przekonany o swej sile. Rosja prawdopodobne obawia się, że obecne sankcje to nie koniec i mogą zostać poszerzone. To także poczucie niepewności i brak nadziei na normalizację, upadek sankcji i zmianę polityki USA, Francji i Niemiec, która była tak silna w Moskwie jeszcze rok temu. Znaczenie ma także rosyjski kalendarz polityczny, czyli wybory prezydenckie 18 marca i letnie mistrzostwa świata w piłce nożnej, które mają być wielkim sukcesem propagandowym Rosji. Sport w Rosji zawsze pełnił ważną rolę polityczną i jest elementem legitymizacji reżimu Putina. Dlatego dla władz rosyjskich bardzo ważne jest, by nie było prób destabilizacji politycznej w okresie wyborów, czego obawia się obsesyjnie Kreml. Obawia się on swoistej zemsty amerykańskiej, na przykład poprzez działania informacyjne. Dlatego moim zdaniem, jeśli nie zajdą nadzwyczajne okoliczności, jak bardzo radykalne działania USA wobec Rosji, to Moskwa nie podejmie żadnych poważnych działań agresywnych w swoim otoczeniu.

Jak o stanie tych relacji świadczy Nord Stream 2?

To w rzeczywistości ten sam wątek. Jeżeli spojrzeć bez emocji na ten projekt, to jest on zły przede wszystkim dlatego, że zmieni on rynek Unii Europejskiej poprzez długoterminowe i jeszcze mocniejsze związanie Europy z Rosją, jako głównym źródłem dostaw gazu. Uczyni on z Niemiec główny hub energetyczny i  wciągnie je  w politykę wzmacniania obecności i wpływu Rosji w Europie. Chcąc nie chcąc te państwa – Niemcy i Rosja – będą ze sobą coraz ściślej współpracować. To zła perspektywa z punktu widzenia Polski, ale także – abstrakcyjnego interesu europejskiego. Opór Danii może doprowadzić do rewizji szlaku Nord Stream 2, ale nie jego zablokowania. W Radzie Europejskiej trudno uzyskać poparcie dla ewentualnej blokady ze względu na zaangażowanie części dużych spółek europejskich w to przedsięwzięcie. Po tym jak upadły rozmowy o tzw. koalicji jamajskiej w Niemczech, jedynym poważnym zagrożeniem dla realizacji tego projektu jest w tym momencie ryzyko sankcji amerykańskich, a niekoniecznie samo ich wprowadzenie. Byłoby bardzo trudne, bo oznaczałoby poważny konflikt USA-Niemcy. Chodzi raczej o stworzenie wiarygodnej możliwości wprowadzenia takich obostrzeń. Z tym musiałyby się liczyć firmy europejskie. Chociaż sankcje nie zostały dotąd wprowadzone, to udziałowcy przedsięwzięcia nie są obecnie częścią konsorcjum, a jedynie udzielają Gazpromowi pożyczek. Oznacza to, że te firmy stawiają się w innej pozycji wobec Nord Stream 2, który  pozostaje projektem Gazpromu. Ryzyko finansowe bierze na siebie strona rosyjska.

Rozmawiał Wojciech Jakóbik