Roszkowski: Białoruś płaci za bezmyślne decyzje Łukaszenki

27 listopada 2020, 16:00 Atom
Łukaszenka Białoruś
Aleksandr Łukaszenka. Fot.: president.gov.by

Relacji białorusko-rosyjskich nie można określić jako usłanych różami. To raczej związek oparty na chłodnej kalkulacji. Moskwa postrzega Białoruś jako jedynego sojusznika, który dodatkowo pełni funkcję buforu między Rosją a NATO. Białoruś z kolei uznaje Rosję za gwaranta zachowania pozycji politycznej, a także głównego donatora centralnie sterowanej, zacofanej gospodarki. Preferencyjne warunki dostaw to rodzaj subsydium gwarantującego stabilność ekonomiczną – pisze prezes Instytutu Jagiellońskiego Marcin Roszkowski w komentarzu dla Dziennika Gazety Prawnej.

Polityka wywierania presji

Prezes Marcin Roszkowski podkreśla, że Białoruś nie ma znaczących złóż węglowodorów. – Posiada jednak rozbudowany sektor petrochemiczny, który generuje ponad 10 procent PKB, odpowiada za 25 procent eksportu i dostarcza blisko 20 procent dochodów budżetowych. Tak duże uzależnienie od jednej gałęzi przemysłu oznacza wyjątkową podatność na zmiany cen na światowych rynkach oraz wrażliwość w stosunkach z Moskwą. Białoruś jest przy tym państwem tranzytowym dla rosyjskich surowców. To przez jej terytorium biegnie główna magistrala eksportowa ropy na Zachód, czyli ropociąg Przyjaźń. Gazociąg Jamał–Europa, przez lata będący jednym z głównych szlaków dla gazu płynącego do Polski i Niemiec, również przebiega przez ten kraj. Jednak to, co może się wydawać zbawieniem, równocześnie jest przekleństwem. Białoruś nie jest beneficjentem położenia, lecz jego zakładnikiem – czytamy w komentarzu dla DGP.

Zdaniem eksperta, Kreml prowadzi wobec Białorusi politykę wywierania presji, która wynika z błędów popełnionych przez Łukaszenkę, który za doraźne korzyści w postaci nisko oprocentowanych kredytów, tanich surowców i umarzania starych długów oddawał białoruskie srebra rodowe w ręce Rosji. – Kolejną nieprzemyślaną decyzją Łukaszenki, która zwiększy uzależnienie, było powierzenie Rosjanom budowy elektrowni jądrowej w Ostrowcu. Inwestycja, która miała uniezależnić kraj od rosyjskiego gazu, uzależnieni go od rosyjskiego paliwa jądrowego i wymusi konieczność wieloletniego spłacania kredytu, dzięki któremu elektrownia powstaje. Tego typu katastrofalne w skutkach decyzje, połączone z brakiem realnej polityki wielowektorowej, dodatkowo osłabiały i tak już marną pozycję negocjacyjną Białorusi. Wszystkie białoruskie zwroty ku Zachodowi były jedynie zaczepkami wymierzonymi w Rosję. W ślad za nimi nie były podejmowane żadne decyzje inwestycyjne. Białoruś niejednokrotnie hucznie ogłaszała poszukiwanie alternatywnych źródeł surowców, jednak poza doraźnymi działaniami w postaci zakupu kilku partii ropy nie zrealizowano żadnych projektów, które realnie ułatwiłyby proces jej pozyskiwania. Motywacja Białorusi w dążeniu do dywersyfikacji w latach 2010–2011 okazała się porażką, a współpraca między Biełnaftachimem a Ukrtransnaftą skończyła się kilkuletnim sporem przed trybunałem arbitrażowym. Nie poprawiło to sytuacji Białorusi, a wręcz pogorszyły się jej stosunki z Ukrainą, która przegrała spór w arbitrażu – pisze Marcin Roszkowski.

Prezes Instytutu Jagiellońskiego zaznacza, że ostatni kryzys w relacjach naftowych obserwowaliśmy na początku 2020 roku, kiedy strony nie były w stanie uzgodnić warunków i kosztów dostaw. – Kością niezgody była wysokość premii, którą Białorusini płacą rosyjskim koncernom. Premia była kompromisem w kontekście bezcłowej sprzedaży surowca. Białorusini uważali, że skoro nie mają już preferencyjnych warunków, czyli bezcłowych dostaw, nie są zobowiązani wypłacać premii. Gdy ropa przestała płynąć do rafinerii w Mozyrzu i Nowopołocku, Białoruś szukała alternatywnych źródeł, zawierając jednorazowe umowy na dostawy z Arabii Saudyjskiej, Azerbejdżanu, Norwegii i USA. Dostawy trafiały na Białoruś przez Kłajpedę i Odessę. Jednocześnie władze upatrywały rozwiązania w uruchomieniu rewersowych dostaw za pomocą ropociągu Przyjaźń. Surowiec miałby tam trafiać przez naftoport w Gdańsku. Takie rozwiązanie pozwoliłoby na efektywną dywersyfikację dostaw. Ropa z Odessy, zanim trafi do Mozyrza, musi pokonać dłuższą trasę, niż gdyby płynęła z Gdańska. Dodatkowo infrastruktura gdańskiego naftoportu pozwala na większą elastyczność w porównaniu do ukraińskiego odpowiednika. Dostawy z Gdańska byłyby korzystniejsze także od tych z Kłajpedy, skąd ropa jest transportowana do Nowopołocka koleją, co wydłuża czas i zwiększa koszty. Podobnie nieciekawie jawi się sytuacja z gazem. Białoruś zużywa rocznie 20 mld m sześc. Całość zapotrzebowania pokrywa Rosja. W odróżnieniu od ropy, dywersyfikacja jego dostaw wydaje się praktycznie niemożliwa. Wszystko za sprawą przejęcia systemu przesyłowego przez Gazprom, który prawdopodobnie będzie blokował każdą próbę dywersyfikacji – podkreśla.

Zdaniem Marcina Roszkowskiego, szansą może być Gazociąg Polska–Litwa (GIPL), który ma powstać do końca 2021 roku. Ekspert uważa, że przy jego wykorzystaniu, po odpowiednim dostosowaniu technicznym, możliwe byłoby dostarczanie na Białoruś gazu z Baltic Pipe czy terminali LNG w Kłajpedzie lub Świnoujściu. – Alternatywą mógłby być też rewers na Gazociągu Jamalskim, jednak z racji konieczności uzyskania na to zgody Rosji ten wariant na wstępie wydaje się niemożliwy do zrealizowania. Chcąc osłabić rosyjską presję, bez względu na dalszy rozwój sytuacji politycznej w Mińsku, białoruskie władze będą zmuszone do kontynuacji dywersyfikacji energetycznej w oparciu o państwa UE. Nie można porzucić planów, które w następnych latach dałyby możliwość połączenia białoruskiej i unijnej infrastruktury energetycznej – czytamy w komentarzu dla DGP.

Opracował Jędrzej Stachura

Białoruś chce 25-procentowej podwyżki opłaty za przesył rosyjskiej ropy